SPOŁECZNOŚĆ
Menu
Żona ma zawsze rację
Buir’Sol próbował oswobodzić się z żelaznego uścisku, który uniemożliwiał mu wstanie. Musiał to zrobić ostrożnie, ale jednocześnie szybko. Wiercił się moment przesuwając niżej w klinczu, ale przez to trzymająca go ręka zaczęła blokować mu dostęp do powietrza. Przyparł brodę do klatki piersiowej i wysunął się z uścisku, po czym szybko odbił nogami i stanął na równe nogi.
– Hmm..errhhmmmm – leżąca wciąż na łóżku Mandalorianka wydała z siebie pomruki z ewidentnymi pretensjami, a następnie odwróciła się na drugi bok zagarniając przy tym pozostawiony nadmiar kołdry.
Komora sypialna „Gniewu Zmarłych” – 27 rok po bitwie o Yavin
Wibrobrzytwa ścinała przy samej skórze włoski na krawędziach brody kształtując przy tym bardziej estetyczną formę. Spora część z nich była już siwa, ale to nawet podobało się właścicielowi. Nigdy nie dbał o kształt zarostu o ile nie przeszkadzał w jedzeniu, ale najwyraźniej nawet mandaloriańskie kobiety mają swój zmysł estetyczny, przy czym potrafiły dobitniej to komunikować. Buir’Sol zamknął swoje zdrowe oko, a nowe cybernetyczne zakręciło się pozwalając na kilkukrotne przybliżenie obrazu co bardzo pomagało przy tak precyzyjnej pracy ostrzem. Na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech, typowy wręcz dla dziecka, które odkrywa nowe funkcje ulubionej zabawki.
– Co Ty się tak pięknisz? Aahh tak, dzisiaj zgrupowowanie floty i holotransmisja z tą Panią Kapitan korwety… Powinna się martwić?
– Oyala! Dobrze wiesz, że gdyby nie Ty to wyglądałbym jak podstarzały Ewok. Poza tym na spotkaniu będę w hełmie. Wolę żeby zapamiętali mnie tak jak będą mnie widzieć na polu walki, żeby się nie zastanawiali kim jest ten szaleniec.
– Czyli dla mnie się golisz? Oj Riduur.. wróć jeszcze do mnie jak się ogarniesz. Tak na 5 minut.
– Ta.. 5 minut, jasne..
Godzinę później Buir’Sol siedział w warsztacie i przygotowywał sprzęt. Do przedziału weszła już w pełni opancerzona w fioletową zbroję Mandalorianka. Zauważyła 2 beskady o szerokim ostrzu zamontowane na plecaku odrzutowym wojownika.
– Jednak się mnie posłuchasz? Co? Blastery nie dają rady na tych dziwolągów?
– Jak się wie jak to dają.. poza tym głównie używam rozpryskowego, a ten mój dziurami ich pancerze bez większych problemów. Hełmów i tak zwykle nie noszą. W tej bitwie może być ciężko utrzymywać sensowny dystans, więc miecze.. a z resztą. Tak masz rację. Zadowolona?
– Tak, zadowolona. – Oyala uśmiechnęła się ładnie, wpakowała pistolet ze stołu do kabury i wyszła lekko skocznym krokiem.
Mandalorianin pokręcił głową, ale uśmiechał się pod nosem. Drzwi nie zdążyły zamknąć się za wychodzącą wojowniczką gdy wyłoniła się z nich zielona głowa Meepera.
– Buir’Sol, ci z Republiki są już gotowi. Mówią że imperium też pomoże w tej bitwie.
– Ciekawe, ale dobrze. Byle nie wchodzili nam w drogę. – odparł Mandalorianin i wpiął pakiet amunicyjny w karabin rozpryskowy, który przerzucił przez ramię.
Przy sterach „Gniewu Zmarłych” – w nadprzestrzeni na drodze ku planecie Ithor
Dwa hologramy oficerów wyświetlały się przed załogą. Jeden przedstawiał młodą kobietę, kapitan Republikańskiej korwety, a drugi mężczyznę, o którego wieku mógł świadczyć bujny siwy wąs.
– Ciekawie widzieć was na jednej transmisji. – zażartował Buir’Sol
– Nie rozdrapuj starych ran Mandalorianinie. Gdy wybuchała druga gwiazda śmierci miałam zaledwie kilka lat. – odparła kapitan Republiki, a na jej słowa oficer Imperium zgarbił się lekko, ale szybko poprawił postawę.
– Skupmy się na naszej roli w tej bitwie. – skwitował mężczyzna z hologramu – Mamy funkcjonować jako połączone siły. Na orbicie planety padły już pierwsze wystrzały, a na statkach miastach najpewniej już za moment wylądują pierwsze grupy Yuuzhan Vongów.
– Dokładnie tak – potwierdziła kapitan – Czy Twoja załoga rozumie plan Mandalorianinie?
– Rozumie. Twoja korweta eskortuje nas i lądowniki Imperium do atmosfery przy czym ogniem z orbity czyścicie strefę lądowania. Imperium ma prowadzić regularne walki utrzymując pozycje w strefie ewakuacji, a my w tym zamieszaniu mamy przebić się, kierując grupami komandosów Republiki, przez linie wroga i zabezpieczyć magazyny paliwa do ekstrakcji. A właśnie. Zaraz wychodzimy z nadprzestrzeni, więc przygotujcie swoich komandosów Pani Kapitan. Zadokujemy tylko na chwilę. Czasu jest niewiele.
– Jasne, zaraz będą gotowi przy grodziach.
Dokowanie poszło książkowo i komandosi republiki w jasnych pancerzach szybko wypełnili sporo wolnej przestrzeni na pokładzie. Po chwili statek zmierzał już ku planecie, na której orbicie mieniło się od wiązek turbolaserów, dział jonowych i eksplozji.
– Wiesz, że to nie pierwszy raz gdy Mandalorianie lecą stoczyć bitwę o Ithor? – Buir’Sol zagaił do posiwiałego Wookiego, którego zdecydowanie irytował ścisk przy rampie desantowej.
– Ta? – odparł Tarrfulor beznamiętnie
– A no, jakieś 4 tysiące lat temu. Podczas wojen mandaloriańskich.
– I kto wygrał?
– Republika.
– Aha. To oby teraz też wygrała Republika. – zaryczał szyderczo wojownik Wookie, na co Mandalorianin przewrócił oczami i założył hełm.
– Słyszysz mnie Riduur? – zapytał przez komkanał prywatny, a szczelny hełm pozwalał na prywatność konwersacji.
– Słyszę. Zwycięstwo dzisiaj zbliża nas do powrotu do dzieci. – odpowiedziała Oyale, głosem pełnym nadziei
– Wiem. Postarajmy się.
Buir’Sol skierował wzrok na stojącą obok żonę i szturchnął ją łokciem. W odpowiedzi zbliżyła się i przyłożyli do siebie czoła hełmów, tak jakby widzieli swoje oczy przez wizjery, co nie było możliwe.
Światło w komorze z rampą desantową zapaliło się na czerwono. Rozległy się odgłosy wpinanych pakietów energetycznych, klikanie przyrządów celowniczych, stuk przestawianych bezpieczników i inne dźwięki świadczące o pośpiesznych przygotowaniach do ocierania się o śmierć. Po chwili zapanowała jednak cisza, którą zaburzały jedynie wibracje silników i nerwowe skrobanie chwytu blastera przez jednego z republikańskich komandosów. Kolor światła nagle zmienił się i komora została rozświetlona na zielono, a zamki rampy desantowej otworzyły się. Opuszczana rampa odsłoniła obraz trwającego już starcia między szturmowcami imperium i vongami. Wraz z obrazem do wnętrza statku zaczęły wpadać też dźwięki. Wystrzały, uderzenia, eksplozje i krzyki. Gdy tylko rampa opuściła się na tyle, że można było po niej przebiec, grupa komandosów Republiki wysypała się z wiszącego nisko nad płytą hangaru statko-miasta. Kilku z nich padło jeszcze na rampie i stoczyło się z niej. Buir’Sol nie widział dokładnie jak otrzymali trafienie, ale mógł spodziewać się miotanych przez Vongów brzytwo-robaków. Mandaloriańska para wyleciała nad rampą desantową ściągając na siebie uwagę wroga. Za nimi dużo bezpieczniej wyskoczył Tarrfulor, który dołączył do komandosów rzucających się ku osłonom. Z okazji skorzystali też szturmowcy imperium, którzy odciążeni zaczęli rzucać różne rodzaje detonatorów wyrządzając ogromne straty w szeregach Vongów. Mandalorianie widząc to obniżyli lot. Oyale wylądowała na przedzie oddziału republiki i poprowadziła ich w głąb statku-miasta. Szybko przedzierając się przez korytarze. Buir’Sol skupiał na sobie jeszcze przez chwilę ataki przeciwnika, ale dwukrotnie draśnięty po pancerzu brzytwo-robakiem zdecydował o poszukaniu osłony na wysokości. Szybko znalazł się na mostku technicznym hangaru, z którego powalał kolejnych najeźdźców swoim karabinem rozpryskowym. Widział jak Vongowie zaczynają wdzierać się na pozycję szturmowców, którzy zaczęli padać od ciosów amfistafów – żywych wężowatych broni mogących sztywnieć i służyć zarówno jako kij, bicz lub nawet razić zabójczym jadem na odległość.
– Meeper, salwa na brzydali, żeby imperialni się utrzymali, a potem zabierz stąd „Gniew”. – krzyknął na komkanale załogi Mandalorianin
– Rozkaz – odpowiedział rodianin za sterami statku
Frachtowiec obrócił się i wypalił serią z działek, która rozbiła natarcie, a pozostali zdezorientowani Vongowie ledwo zdążyli zobaczyć nadlatujące rakiety, gdy zostali pochłonięci przez eksplozje. „Gniew Zmarłych” wyleciał z hangaru i udał się, jak zakładał Buir’Sol, na pozycje za linią połączonej floty.
Mandalorianin wypuścił z mechanicznej protezy potężną falę soniczną porażając kilku przeciwników, na których ogień skupili imperialni i szybko wykończyli.
– Riduur, jak idzie? – wojownik spytał przez komunikator
– Teraz już nie idzie. Dotarliśmy do sztucznej dżungli i tutaj niestety teren sprzyja brzydalom. Ale trzymamy się i czekamy na was. – odkrzyknęła Oyale
– Ja i moja grupa… – przerwał, szukając pod swoją pozycją przydzielonej mu grupy komandosów. Solidnie rozstawieni utrzymywali pozycję – ja i moja grupa dołączymy do was za moment. Tarrfulor jaki status?
– Żyję, jeszcze. Nie można tego samego powiedzieć o połowie mojej grupy, ale jesteśmy chyba blisko Oyale. Słyszę jej miotacz soniczny. – opisał Wookie
– Ok, ruszam. – Mandalorianin wyłączył nadawanie i opuścił się na płytę hangaru z pomocą plecaka rakietowego.
Złapał się wzrokiem z dowódcą szturmowców, który odznaczał się nakładanym pomarańczowym naramiennikiem. Zasygnalizował mu, że wyrusza, co szturmowiec skwitował kiwnięciem hełmu i schowaniem się za osłonę. Buir’Sol dał rozkaz ręką i ruszyła za nim kilkuosobowa grupa republikańskich komandosów. Sierżant oddziału biegł obok Mandalorianina i przypominał mu sytuację taktyczną.
– Magazyny paliwa są po drugiej stronie dżungli, ale oddziela je od niej jałowa strefa przeciwpożarowa. Tam będzie najgorzej, absolutnie żadnej osłony. – żołnierz swoim tonem wyrażał zaniepokojenie
– Musimy przebyć ten pas jak najszybciej. Poza tym, walczymy z brzydalami. Zaufaj mi, wolisz nie mieć osłony niż walczyć z nimi w tej dżungli.
Mijali kolejną sekcję głównego korytarza, a w nim kolejne martwe grupy Vongów. Od czasu do czasu mijali też zwłoki komandosa w różnym stanie, ale nie mogli się zatrzymywać, a żołnierze z tej grupy chyba próbowali unikać wzrokiem widoku twarzy. Mandalorianin pomyślał że boją się zobaczyć przyjaciół.
– Jak tylko zwyciężymy wrócimy po nich i pochowacie ich z honorami. A jeśli któryś podzieli ich los to obiecuję że postąpimy tak samo.
Komandosi nie odpowiedzieli, ale ich bieg się wyrównał i wrócili do poprzedniego tempa, więc raczej udało się poprawić morale.
Do sztucznej dżungli prowadziła para drzwi, które tworzyły coś w stylu śluzy klimatycznej.
Pomiędzy drzwiami w śluzie stał Wookie i zaledwie 3 żołnierzy, z których jeden był widocznie ranny. Włochaty wojownik odwrócił się i zobaczył oddział z Mandalorianinem na czele.
– Buir’Sol, grodzie się zacięły. Nasz saper zginął po drodze. Wyważaj i biegniemy. Grupa Oyale jest w potrzasku. – zaryczał w pośpiechu
– Saper, wyważaj i detonatory ogłuszające na obie za drzwiami. – rozkazał Mandalorianin i zrobił miejsce żołnierzowi.
Komandos który wyjął z plecaka ładunki i ustawił kolegów w formacji wejściowej. Eksplozja ładunku była tak ukierunkowana, że ledwo odczuwalna po tej stronie, ale drzwi wyrwała i wyrzuciła na kilka metrów najwyraźniej razem z dwoma ukrywającymi się za nimi wojownikami Vongów. Detonatory ogłuszające wyleciały z dymu i wybuchły po czym od razu, książkowo i jak na symulacjach, zza drzwi wyłonili się komandosi, którzy szybko rozprawili się z grupką osaczających wejście przeciwników. Mandalorianin skinieniem hełmu wyraził uznanie w kierunku sierżanta i razem z Wookiem wybiegli w stronę linii drzew, skąd dobiegały odgłosy wystrzałów.
Po tej stronie śluzy statek-miasto wyglądał jak zupełnie inne miejsce. Sztuczna dżungla była bardzo wiarygodna. Gęste, wysokie drzewa i masa krzewów oraz innych mniej typowych elementów flory. Szczelny kombinezon nie pozwalał tego odczuć, ale czujniki wskazywały na typową dla dżungli wilgotność i temperaturę.
– Riduur trzymaj się, jesteśmy już na skraju lasu. – Mandalorianin bardziej niż przekazać informację, chciał usłyszeć potwierdzenie Oyale, że jeszcze żyje.
– Trzymam się, Shab, a co mam robić? – odparła po chwili
Buir’Sol uśmiechnął się biegnąc i tuż przed zasłaniającą miejsce starcia gęstwiną wzleciał w powietrze z pomocą plecaka. Komandosi zaczęli przedzierać się przez krzewy, a Wookie obrał drogę po gałęzi jednego z niższych drzew. Ich natarcie udało się zsynchronizować i prawie jednocześnie uderzyli na wojowników Vongów. Buir’Sol zdążył wyeliminować kilku z nich strzelając z powietrza i wylądował tuż obok Oyale, która właśnie wyciągała beskad z wnętrzności nieszczęśliwego Vonga, który podszedł za blisko wojowniczki. Jego amfistaf splunął jadem w oczy Mandalorianki, a ta szybkim ruchem ostrza pozbawiła węża głowy i przetarła wizjer sporym liściem rosnącej obok rośliny.
– Żebym musiała na Ciebie tyle czekać w łóżku to jeszcze zrozumiem, ale na polu walki?
– Tarrfulor byłby szybciej, ale zabili mu sapera. Ja pomagałem jeszcze imperialnym. Zgodnie z planem z resztą! I tak nie jestem pewny czy utrzymają strefę ewakuacji. Gdyby nie Meeper to już by ich nie było.
Szybkie uderzenie połączonych grup komandosów rozbiło nacierających Vongów, z których część wycofała się w gęstwinę dżungli. Z tego miejsca wręcz niemożliwe wydawało się, że faktycznie jest ona sztuczna.
– Musimy ich gonić, zanim się zaszyją! – krzyknął sierżant
– Już się zaszyli. Kto ma termowizję niech odpala i strzelamy w każdy ślad nieoznaczony jako sojusznik. – rozkazał Buir’Sol.
Tarrfulor wydał się zirytowany, że nikt nie produkuje tych systemów w rozmiarze na Wookiego. Wstrzymał ogień, żeby nie marnować amunicji.
Po chwili z wizjerów poznikały plamki w ciepłych odcieniach i zapanowała cisza.
Mandalorianin przeładował karabin rozpryskowy i machnął ręką do przodu, co zrozumiał każdy i po chwili szli już przez dżunglę w formacji luźnego klinu, którego szpic stanowiła mandaloriańska para. Natrafiali na ciała Vongów. Po cichu upewniali się, że na pewno nie żyją. Szli tak przez dłuższy czas w całkowitej ciszy i nie napotkali ani jednego żywego przeciwnika. Z minuty na minutę jednak, napięcie zdawało się rosnąć.
Po jakimś czasie dotarli do miejsca, gdzie przez liście i pnie zaczęły przebijać się elementy jasnych ścian.
– Mam złe przeczucia – powiedziała Oyale do męża
– Ja też. Z planów wynika że ten pas otwartej przestrzeni będzie jeszcze szerszy niż ten przy wejściu. A drzwi są jedne i w dodatku pancerne. – odpowiedział
Znaleźli się już na skraju dżungli, gdy zatrzymali się nie było słychać już nic poza ich własnymi, przyspieszonymi oddechami.
– Shab.. no nie ma innej drogi. Sierżancie? Cokolwiek? – zapytał mandalorianin
– Nie, na termowizji nic, na skanerach nic, ale tu bez niespodzianek.
– No to ruszamy, ale oczy dookoła głowy. Saper do mnie i trzymaj się blisko.
Przechodzili pośpiesznie przez szeroki pas przeciwpożarowy, w połowie zmieniający podłoże z porośniętej gleby na chodnik z fakturowanego duraplastu. Saper bezzwłocznie zaczął zakładać ładunki wyważające gdy tylko sięgnął drzwi. Już miał zakładać ostatni z ładunków na dole grodzi, gdy względną ciszę przerwał świst, a po nim sierżant stojący obok drzwi osunął się po białej ścianie pozostawiając na niej rozcierany czerwony ślad.
Żołnierz z ładunkiem w dłoni przerwał na moment widząc swojego bezwładnego dowódcę, ale wrócił do zadania przy akompaniamencie rozgorzałej już wymiany ognia.
– Gdzie oni są?!
– Termowizja!
– Dostałem!
– Tarcze, rozstawiać zapory!
– Przeładowuję!
– Trzymaj to, trzymaj i dociskaj!
– Aaagh!
– Po prawej, wybuchowe!
Saper nie mógł określić, kto krzyczy o czym. Na komkanałach panował zupełny chaos. Odwrócił się by zasygnalizować gotowość do wyważania i zobaczył kilka ciał swoich kolegów, ślady krwi na białym chodniku i w pośpiechu nierówno rozstawione przenośne zapory balistyczne. Jedno z ciał leżało na plecach, a jasny pancerz komandosa republiki rozpruty był jak puszka. Musiał dostać wybuchowym robakiem. Rzucił się szybko do najbliższej zapory, za którą skulony próbował zmieścić się Tarrfulor.
– Rozniosą nas kapitanie – zaryczał do Mandalorianina
– Żadnych szans? – zapytał zza kolejnej osłony wojownik.
Wookie spojrzał na niego odpowiadającego ogniem wychylonego nad zaporą, za którą Oyale zaciskała opatrunek na udzie. Gdy złapał kontakt wzrokowy pokręcił głową przecząco.
Vongowie stracili cierpliwość. Nagle wysypali się z linii drzew i zaczęli szturmować wątpliwie umocnioną pozycję przy drzwiach.
– Mandalorianinie, wyważam! – krzyknął saper, a drzwi zmieniły się w kłąb ognia i dymu, który odsłaniał jasny korytarz za nimi.
– Oyale, rzuć detonatory i od razu biegnij z resztą. – rozkazał żonie Buir’Sol
– A Ty?
– A ja zadbam żebyście wyszli z tej strefy śmierci. Zaraz do was dołączę.
– Rzućmy co mamy i uciekajmy! Drzwi są blisko! – krzyknęła do niego wojowniczka.
Po jej słowach jeden z komandosów przerzucił osłonę detonatorem i zerwał się do drzwi jako pierwszy. Nie uszedł 2 kroków gdy padł z kolcami z karabinów chitynowych wbitymi w kilka miejsc od szyi po pas.
– Jak widać nie. Rób co mówię! Poza tym już Ci wcześniej przyznałem rację i wziąłem miecze. Ale chcę jeszcze coś przetestować.
Mandalorianin kliknął kilka przycisków na karwaszu. Z protezy lewej ręki zaczęła emitować spora tarcza energetyczna. Dużo większa od standardowej tarczy emitowanej zazwyczaj z karwasza. Przykucnął na płasko położonych stopkach, które oderwały się po chwili od ziemi. „Buty repulsorowe” – pomyślała wojowniczka. Zobaczyła jak mąż dobywa miecz i kieruje na nią swój wizjer, po czym nagle odlatuje z ogromną szybkością. Wychyliła się ledwie żeby tylko widzieć co się dzieje i zobaczyła obraz, który napawał ją dumą. Buir’Sol sunął nad podłożem na butach repulsorowych jednocześnie napędzając się plecakiem odrzutowym. Przyjmował kolejne salwy na tarczę. Postawę trzymał nisko, żeby zasłonić się dokładnie świetlistą tarczą, emitującą co chwilę jaśniejszy puls, wskazujący na trafienie. Po łuku nadleciał na prawą flankę natarcia wrogów i będąc tuż przy nich wyprostował się unosząc szeroki miecz. I ciął! Przecinał się przez szeregi Vongów, przyjmował ciosy na tarczę, odbijał amfistafy mieczem, kręcił niskie piruety tnąć nogi i przyjmując trafienia na zwarte płyty pancerza na skulonym ciele.
Komandosi Republiki szybko zorientowali się, jak bardzo zelżał ostrzał skierowany w nich i zaczęli uciekać przez drzwi. Tarrfulor chwycił Oyale i Sapera, wyciągnął ich, wyrzucił prawie przez futrynę i sam wbiegł przez nią. Znajdowali się teraz w korytarzu prowadzącym do magazynów paliwa – celu misji, ale Buir’Sol nadal walczył na skraju dżungli. Dużo lepiej upozycjonowani teraz komandosi strzelali do zajętych sunącym jak kometa wojownikiem. Skupiali się na tych, którzy mieli największą szansę mu zagrozić. Oyale kucała trzymając się za opatrzone udo i strzelała z pistoletu blasterowego, ale chyba tylko po to, żeby nie czuć się winna i bezradna, bo nie miała z tego dystansu szans na przebicie pancerzy z krabów.
Buir’Sol wyleciał z lewej flanki rozbitego szturmu wroga ciągnąc za sobą strugę czarnej krwi, ale nie tylko czarne ślady krwi zostawił za sobą. Zaczął kreślić łuk w stronę drzwi trzymając tarczę skierowaną lekko w tył. W jego oczach drzwi wyglądały jak portal, z którego wysypywały się wszystkie zbłąkane wiązki laserowe galaktyki. Wleciał przez nie z olbrzymią prędkością, próbował zahamować, ale nie wytracił dostatecznie dużo prędkości. Odbił się od przeciwległej ściany i upadł na podłogę. Buty repulsorowe wyłączyły się samoczynnie po wykryciu poziomej pozycji nóg. Widział tylko biały sufit z kilkoma jasnymi punktami, a na jego tle nagle pojawił się fioletowy hełm, jakże sympatycznie kojarzący się wojownikowi, a obok niego futrzasty nieregularny kształt zasłaniający światło. Wystrzały cichły i zmniejszały swoją częstotliwość. Czuł ciepło rywalizujące z piekącym bólem na całym ciele. Po chwili już nic nie widział i nie czuł.
Kantyna Sheb Niktose, Miasto Arumorut, Port Vlemoth
Buir’Sol siedział przy barze kantyny. Barmana nie było, ale dysponował butelką, a nie narzekał na konieczność samoobsługi. Obok niego siedziała Mandalorianka w czerwonym pancerzu. Znał ją. Vera Beroya, liderka klanu Awaud.
– No i coś znowu namodził? Ile w Tobie jeszcze trzeba będzie wymienić? Tak Ci było dobrze w armii konfederacji że chcesz zostać droidem? – zarzuciła go ostro kobieta
– Daj spokój Vera, Oyale i tak mnie zabije jak się dowie. Oyale..przecież wie. Prawda?
– Klan Cię potrzebuje, teraz bardziej niż kiedykolwiek.
– Wiem, przecież jestem.
– A ile jeszcze? Robisz robotę Buir’Sol, Republika, Imperium, pytają o Ciebie, mają dla Ciebie misje.
– Tak szybko? Jeszcze nie skończ…. – urwał wojownik i spojrzał na butelkę szukając swojego odbicia – nie wyszedłem stamtąd. Nie skończyłem misji. Dlaczego tu jestem?
– Pamiętasz jak zawsze zastanawiałeś się dlaczego kantyna tak się nazywa i na szyldzie jest kopany tyłek Nikto? Powiem Ci.. to było taaaaaaaaak – słowa Very zaczęły przeciągać się w nieskończoność, a sama wojowniczka zaczęła jakby roztapiać się na oczach Buir’Sola.
Próbował wstać z krzesła, ale nie mógł. Amfistafy oplotły go i przywiązały do stołka barowego. Jeden z Vongów wyłonił się zza baru i chwycił butelkę. Nalał do kubka trochę i wylał na głowę Mandalorianina. Czuł wyraźnie wilgoć. Zawartość kubka nie kończyła się a kantyna zaczęła zapełniać się wysokoprocentowym trunkiem. Ciało paliło go i widział dlaczego. Amfistafy kąsały go i pryskały jadem w rany. Po chwili całego przykrył go trunek, ale mógł oddychać swobodnie. Czuł ból, był mokry. Trwało to długo, nie wiedział ile i nie był w stanie liczyć. Minuty, może godziny. Trunek zmieniał barwę płynnie przechodząc w kolejne znane kolory. W jednej chwili Mandalorianin mógł wyraźnie widzieć przed sobą Vonga, który nie lał już trunku. Trzymał butelkę i stukał w nią palcem, a uderzenie w szkło niosło się po zalanym pomieszczeniu. Buir’Sol zamknął oczy, a gdy je otworzył widział jak przez mgłę, niebieską mgłę, twarz Oyale i stojącego obok Tarrfulora. Spojrzał na nich, a ci zaczęli podskakiwać. Coś ciemnego podeszło do niej. Vong? Nie. Droid. AV. Ejviś. Buir’Sol zamknął znowu oczy. Nie wiedział na ile, ale gdy je otworzył było ciemno. Widział łóżko. Niskie, chyba polowe. Ktoś na nim leżał, ale nie widział dokładnie kto. Na pewno nie Wookie. Znów poczuł ogromny ciężar powiek. Zamknął oczy. Otworzył je, wydawało mu się że po chwili, ale było znów jasno. Ktoś w białym ubraniu stał blisko. Za nim stała Oyale. Nie widział jej dokładnie, ale wiedział że to ona. Nagle poczuł chłód na czubku łysej głowy, a potem czuł go na czole, twarzy, karku i obojczykach. Stopniowo na całym ciele, które stawało się bardzo ciężkie. Zawisł w powietrzu. Ciężko pracujący umysł zbierał kawałki układanki. Musiał wisieć w uprzęży. W komorze z baktą. Ale gdzie? Na „Gniewie Zmarłych”? Nie, inaczej to wyglądało.
Powieki znowu zrobiły się ciężkie, ale zwalczył to. Usłyszał niski gwizd automatycznych drzwi i poczuł podmuch chłodnego powietrza na ciele.
– GAR SHABLA DI’KUT! WIESZ ILE KRWI CI MUSIAŁAM ODDAĆ? MIR’OSIK! ZWYKŁY MIR’OSIK!
„Może lepszy był ten Vong” – pomyślał, ale szybko wyrzucił tą myśl. Jego żona płakała. To nie było normalne. Zdarzała się łza od czasu do czasu, ale nie taki płacz. Zanosiła się.
Poczuł jak ciepłe dłonie platają go i ściągają z niego poprzyklejane kable. Znad jej ramienia zobaczył wchodzącego Wookiego. Oyale momentalnie opanowała emocje.
– Pomóż mi wpakować go na nosze repulsorowe. – poprosiła łamiącym się jeszcze głosem.
– Pewnie, Oyale – zaryczał Tarrfulor
Z pomocą Wookiego Buir’Sol bardzo szybko znalazł się na noszach, a zaraz później na łóżku. Obraz nadal był rozmazany, słuch wydawał się nierówny, a o ruszaniu kończynami nie było mowy. Mężczyzna w białym kitlu, chyba rasy Hapan, opisywał Mandaloriance sytuację.
– Protezy musieliśmy tymczasowo dezaktywować żeby odciążyć układ nerwowy, ale pewnie po naprawach będą sprawne, chociaż takiej ręki jeszcze nigdy nie widziałem. Nogę, tą gorszą, udało się uratować, ale przez kilka miesięcy codziennie bakta i niestety nie powalczy. Szkoda. Te toksyny Vongów, jad Amfistafów, naprawdę paskudne. Gdyby nie transfuzje i ten przydzielony uzdrowiciel Jedi pewnie by się nie udało. Miejmy nadzieję że i sama wojna nie potrwa dłużej.
– Jesteśmy bardzo wdzięczni.
– Pani jak się czuje? Stosuje Pani leki które zaleciłem? Oddała Pani więcej krwi niż..
– Dobrze. – skróciła wymianę zdań
– Dobrze… w razie czego tutaj jest holodysk z instrukcjami, gdyby nie było dostępnego lekarza. Przepraszam, że nie możecie zostać dłużej. Byłoby to wskazane, ale potrzebujemy miejsca dla kolejnych rannych, a zakładam że na waszym statku są odpowiednie warunki na dokończenie rehabilitacji. Po tych 2 tygodniach…
„Dwóch tygodniach” – pomyślał Buir’Sol – „aż dwa tygodnie?”
– Damy sobie radę. Jeszcze raz dziękujemy. – rzuciła szybko Mandalorianka.
Lekarz, bo nim musiał być mężczyzna, ukłonił się i wyszedł.
Oyale spojrzała na Buir’Sola. Bez słowa wsunęła pod niego płytę noszy repulsorowych i włączyła je, wiodąc przez korytarze do hangaru, gdzie stał „Gniew Zmarłych”.
Zatrzymali się na moment przy rampie. Przy niej do noszy podeszło kilku mężczyzn. Niektórzy jeszcze z opatrunkami. To byli komandosi republiki.
– Chcieliśmy podziękować. Gdyby nie to co odstawiłeś to skończylibyśmy jak reszta. To było coś. – Buir’Sol poznał po głosie sapera.
– To co zostało z Vongów udało się już wystrzelać, szczególnie że jakiś imperialny oddział pomylił korytarze i zatrzymali się na moment nam pomóc zanim poszli dalej do swojego celu. A Ci od osłaniania ewakuacji to też jednak równi goście. Przy zabezpieczaniu pozbierali ciała naszych. Pożegnani z honorami, Sierżant i reszta też. Gdyby nie Ty…
– Tak – przerwał koledze saper – zrzuciliśmy się z chłopakami i w Pana Barku stoi już Cassandrańskie brandy.
Mandalorianin wysilił się na uśmiech, który jego żona skwitowała bez słów, przewracając oczyma.
– Na pewno docenia, chłopaki. Trzymajcie się.
Oyale ujęła żołnierzy po kolei za przedramiona. Byli już najwyraźniej zaznajomieni z mandaloriańskim gestem.
– A teraz sobie poleży i odpocznie, a Cassandrańskie brandy grzecznie poczeka przynajmniej kilka miesięcy.
Uśmiech zniknął z twarzy Buir’Sola.