Więzienie w nadprzestrzeni

21 rok przed bitwą o Yavin – frachtowiec więzienny Republiki

– Wstawaj, łotrze, jedzenie! – rozległ się ochrypły głos klona, który miał wątpliwą przyjemność stacjonowania na jednostce więziennej jako strażnik.

Z łóżka, które nie mogło być wygodne, podniósł się ostrzyżony mężczyzna ze sporą blizną biegnącą przez niesprawne oko. Wyświetlacz przy drzwiach wyświetlał informację o więźniu w celi: Buir’Sol Adhad, Mandalorianin. Zarzuty: walka w armii Separatystów, piractwo.

– Już, już, nie wydzieraj się tak. – odparł.

– Ciesz się, że cokolwiek dostajesz. Gdyby to zależało ode mnie… byłbyś obiektem eksperymentu, jak zachowuje się człowiek wylatujący przez śluzę w nadprzestrzeni.

– To wojna, geniuszu. Gdyby Republika płaciła więcej, moglibyśmy nawet siedzieć przy jednym ognisku. Lub nie, bo siedzisz w tej puszce z odpadkami społeczeństwa, gdy twoi bracia giną na polach bitew. Również od moich strzałów. – Buir’Sol patrzył w wizjer klona, nie zdradzając żadnych emocji.

Żołnierz w białym pancerzu, pomimo zasłoniętej twarzy, miał większe problemy z maskowaniem uczuć. Tackę z jedzeniem pchnął przez otwór w drzwiach tak, że spadła, a ledwo jadalna papka i suchary udekorowały podłogę przed nogami Mandalorianina. Ten widział, jak klon uruchamia pałkę energetyczną i zbliża dłoń do mechanizmu otwarcia drzwi. Przyszykował się do konfrontacji, cofając nogę i unosząc pięści, ale drzwi nie otworzyły się.

– CT-6763! Co ty robisz?! Chcesz kolejny raz wypełniać raport na temat łamania procedur? – krzyczał dość wysokim głosem ludzki oficer jednostki, który nie był klonem. Buir’Sol zdążył już zidentyfikować go jako przełożonego wszystkich strażników na tym statku.

– Nie… ale ten tu zasługuje na nauczkę. – odparł klon.

– To nie twoja decyzja. Wykonuj rozkazy. Możesz złożyć wniosek o dodatkową karę dla więźnia, jak skończysz wydawanie posiłków. Ruchy, żołnierzu.

– Tak jest, sir… – wydusił przez zęby. – Jeszcze mnie popamiętasz, gnoju – rzucił do Buir’Sola.

– Miłej służby – odpowiedział mu, przysiadł na podłodze i zgarniał popękanymi sucharami papkę, która nie dotykała bezpośrednio podłogi. Suchary musiał potrzymać w ustach, by zwilgotniały, bo na suchych można by prawie połamać zęby.

Strażników takich jak ten klon było sporo, więc więźniów musiało być jeszcze więcej, ale nigdy żadnego nie widział. Czasem słyszał sąsiadów z cel po lewej i prawej przy wymianie słów ze strażnikami. Nie na tyle, żeby rozpoznać akcent czy rasę.

„Jak ja się tu do shab znalazłem…” – pomyślał, lecz pytanie było typowo retoryczne. Dobrze wiedział, jak stał się więźniem, a zasadniczo jeńcem.

 

Jakiś czas wcześniej

Prosty abordaż jednostki Republiki. Żadnej eskorty, minimalny opór. „Gniew Zmarłych” z załogą piratów zbliżał się do koreliańskiej korwety w barwach Republiki.

– Jesteśmy wojskowym transportem medycznym, natychmiast oddalcie się lub otworzymy ogień. – rozległo się przewidywalne oświadczenie na otwartym kanale komunikacyjnym.

– A ja mam to w sheb. – powiedział Mandalorianin, lecz bardziej do siebie i ku uciesze siedzącego obok Iktotchi o imieniu Karas. Pierwszy oficer „Gniewu Zmarłych” był bezpośrednim podwładnym i zastępcą kapitana Buir’Sola.

Szybkie salwy przemieszanych wiązek standardowych i jonowych wyłączyły z walki dwie główne wieżyczki obronne korwety. Kolejne salwy jonowe przeciążały kolejne systemy statku.

– No, to było sprawne. Dokujemy i wjazd. Ja na szpicy, wiecie, co robić. – odprawił grupę piratów kapitan; mogłoby się wydawać, że wręcz olewczo, ale było to po prostu rutynowe.

Śluzy otworzyły się, zaraz na grodziach pojawił się ładunek zmieniający je w żarzącą się na brzegach dziurę. Kolejna eksplozja połączona z błyskiem ogłuszyła część przygotowanych do obrony klonów. Przez wyrwę przeszła tarcza balistyczna, przyjmująca na siebie wiązki blasterów. Kilka posłano pod tarczą, ale tam zatrzymały je płyty pancerza na nogach napastnika. Zza tarczy wyłonił się krótki karabinek blasterowy i ogniem ciągłym zaczął kosić obrońców. Po bokach tarczy pojawiły się dwie sylwetki: Iktotchi, ale innego niż Karas, oraz Weequaya. Wypalili z pistoletów blasterowych i było czysto. Rutynowa, prosta robota. No, może gdyby nie to, że znajdowali się w połowie grodzi między statkami, a nagle „Gniewem Zmarłych” wstrząsnęły eksplozje na osłonach. Odłączył się pośpiesznie od doku, przez co Weequay został wciągnięty w przestrzeń kosmiczną. Iktotchi zdążył złapać się otworu w panelu ściennym, ale wpadło na niego wciągane martwe ciało obrońcy korwety i wyleciał przez otwartą śluzę razem z nim. Buir’Sol zdążył doskoczyć do panelu świetlnego po drugiej stronie doku, lecz by się złapać, musiał wypuścić karabinek, który dołączył do innych przedmiotów i osób wylatujących śluzą. Przed resztą Mandalorianin osłaniał się tarczą, kilka razy będąc blisko odpadnięcia od ściany.

– CO TU SIĘ SHABLA DZIEJE?! – krzyknął przez komkanał do załogi „Gniewu”.

– Szefie – zgłosił się Karas – krążownik Republiki. Nagle wyszedł z nadprzestrzeni i zaczął do nas walić. Korweta musiała wysłać sygnał, a ten najwyraźniej był przypadk… kshsk – urwało kontakt.

Mandalorianin nagle osunął się po ścianie i uderzył w podłogę. Obrócił się i zobaczył zamkniętą awaryjną śluzę. „Systemy wróciły w czas, a mogliśmy być już przy mostku…” – pomyślał Mando. Wyjął pistolet blasterowy z kabury i obrócił tarczę poziomo, by móc prowadzić ostrzał, będąc nadal sensownie osłonionym. Ruszył w stronę mostka.

– Gniew, zgłoś się. Karas, jesteś tam?

– kshksk a skhk

– Nie słyszę nic, ale jeśli mnie słyszysz, to uciekajcie. Wezmę zakładników i potem pomyślę, co dalej.

Buir’Sol po drodze napotkał tylko dwóch zaskoczonych żołnierzy klonów, których szybko zneutralizował. Drzwi na mostek były zabarykadowane, ale miał idealny ładunek. Nagle w jego naramiennik uderzyła wiązka blasterowa. Kilkuosobowy oddział pojawił się w korytarzu po prawej. Osłonił się tarczą i ostrzeliwał zza niej prawie na oślep. Za klonami coś zaświeciło i zabuczało. Zerknął zza tarczy szybko i wiedział, że ma problem. Widział zieloną wiązkę miecza świetlnego, która odbijała jego strzały, chroniąc klony. Zaczął grzebać za granatem, gdy nagle usłyszał otwieranie się drzwi mostka, o które się opierał. Stracił równowagę, gdy jego oparcie usunęło się zza niego, i padł na ziemię. Wiązki blasterowe z kokpitu obiły mu napierśnik, musnęły hełm i wypaliły bolesną ranę w udzie obok płyty pancerza.

– Ogłuszacze! – ktoś krzyknął i wtem otrzymał trzy uderzenia wiązkami obezwładniającymi, jedno po drugiej.

I to by było na tyle z tego, co pamiętał z tej „rutynowej” akcji.

„Ciekawe, kto zdecydował, żeby mnie oszczędzić. Dowódca z mostka? Jedi? Na pewno nie klony…” – pomyślał Buir’Sol, przerzucając bezsmakową papkę językiem. Przełknął i na chwilę zamknął oczy. Zdruzgotała go beznadzieja sytuacji, ale próbował wymyślić jakiekolwiek wyjście w ciszy. Ta cisza jednak nie trwała długo, bo już słyszał, jak podenerwowany klon krzyczy na więźnia w celi obok.

– E, ty, słyszysz mnie?! Odłóż to! Natychmiast! – wykrzykiwał, a w tle niosły się jakieś stłumione słowa. Chyba należały do więźnia, ale Buir’Sol nie był pewny, czy są na tyle zniekształcone przez ściany, czy po prostu nie zna dziwnego języka, w jakim są wymawiane.

– Zagrożenie życia, wchodzę do 212-5 – zgłosił klon, otworzył drzwi i wszedł z pałką energetyczną. Słychać było krzyki, teraz wyraźniejsze, a także jakieś odgłosy szamotaniny. Mandalorianin wstał do okienka w drzwiach swojej celi i próbował cokolwiek zobaczyć. Kolejne dwa klony podbiegły do otwartej celi, skąd wywlekli bezwładnego człowieka, który wyróżniał się symbolami na całym ciele. Był bez więziennej tuniki, a znaki te były w kolorze świeżej krwi.

– Co tu się znowu dzieje, CT-6763?! Nie przeszukaliście go przed zapuszkowaniem?! – znajomy głos dowódcy rozległ się przed celą i Buir’Sol zobaczył go po raz pierwszy przez okienko. Niewysoki, jasnowłosy, raczej wątły. Młody, a przynajmniej młodszy, niż zakładał Mandalorianin.

– Nic nie przemycił. To te suchary, sir. Tak twarde… on złamał jednego, jakby szykował grot, wbił sobie pod pachę, gdzie miękka skóra, i zaczął mazać krwią. To szaleniec.

Dowódca obrzucił klona bezuczuciowym spojrzeniem, a następnie zbliżył się do miejsca, gdzie powinna być tabliczka informacyjna o więźniu. Przeczytał coś na niej i szerzej otworzył oczy, ale nie pozwolił, by żołnierz zauważył zaskoczenie. Buir’Sol widział. Oficer zbliżył komunikator na rękawie do twarzy.

– Opatrzyć, skuć, pod strażą. Do odwołania.

Buir’Sol nie mógł zobaczyć, co takiego zaskakującego widniało na tabliczce z wyświetlaczem. Zgarnął tacką resztki z podłogi i wystawił ją na uchwyt w drzwiach. Dzień wcześniej próbował złamać tackę, ale została zaprojektowana tak, żeby nie dało się jej wykorzystać do stworzenia ostrza. Odginała się i wracała do oryginalnego kształtu. Ile dni już tu był? 4? 5? Jedyne, co mogłoby to wskazywać, to częstotliwość posiłków, ale nie były wydawane w równych odstępach. Może kolejna metoda łamania woli więźniów w drodze na rozprawę? Tyle pytań, niepewność niczego. Jedyne, co było pewne, to ściany, łóżko i nienawiść każdego strażnika na statku. Nie pozostawało nic oprócz treningów fizycznych z masą własnego ciała oraz snu. Teraz Buir’Sol wybrał sen.

Niewygodne łóżko bez pościeli nie było czymś, do czego Mandalorianin nie był przyzwyczajony, ale mimo to po przebudzeniu miał wrażenie, jakby postarzał się o 10 lat. Było cicho. Nie zdziwiłoby go to, gdyby nie czerwonawe światło wpadające przez niewielkie okienko w drzwiach. Tego jeszcze nie widział, a była to nowość wręcz ekscytująca przy nudzie ocierającej się o torturę. Podszedł do drzwi i wyjrzał przez okienko. Korytarz skąpany był w tym czerwonym świetle. Kojarzyło się dość jednoznacznie z aktywnym stanem alarmowym. Przejmująca cisza gryzła się z założeniem alarmu. Oprócz światła korytarz wyglądał normalnie.

Buir’Sol cofnął się od drzwi, żeby porozciągać się na środku celi i zastanowić, co mogło spowodować nietypową sytuację. Nie zdążył jednak ustawić się dobrze do „porannej” gimnastyki, gdy drzwi jego celi otworzyły się i wpadł przez nie klon. Przywarł plecami do ściany i uderzył w przycisk na zewnątrz, po czym szybko zabrał rękę przed spadającymi z góry drzwiami. Buir’Sol patrzył na niego z ogromnym zdziwieniem, bo strażnik właśnie zatrzasnął się w celi razem z nim, bez możliwości wyjścia. Zauważył, że ruchy żołnierza wskazują na ciężkie, szybkie dyszenie. Ten podniósł hełm z twarzy i upuścił go na ziemię, nadal przywierając ciasno plecami do ściany. Twarz, którą Mandalorianin widział wcześniej wiele razy, miała wyraz, którego nigdy wcześniej nie uświadczył. Absolutne przerażenie i panika. Nie miało to nic wspólnego ze strachem często towarzyszącym żołnierzom z pola walki. Jego oczy skierowane na aktualnego „towarzysza odsiadki” wydawały się pomijać całkowicie jego osobę. Sprawiał wrażenie kogoś upośledzonego lub obłąkanego. Nagle oczy ugrzęzły na twarzy Mandalorianina w sposób, a jego spojrzenie dało się niemal odczuć na skórze.

– Oświecisz mnie, co się dzieje? Dopiero wstałem – Buir’Sol starał się odpowiedzieć spokojnie, pomimo niepokojącego przebiegu spotkania.

– Nie wiem, nie wiem, coś dziwnego, coś, nie wiem, chyba z punktu medycznego. Nie powinienem tu przychodzić. To od niego, od niego, nie wiem. – żołnierz dygotał, ale uniósł w bok rękę, szorując opancerzonym łokciem po ścianie, i wskazał na ścianę dzielącą ich od celi, z której wcześniej wyprowadzono dziwnego więźnia, który zadziwił ludzkiego oficera.

– Wiesz, że jesteś zamknięty tu ze mną? Mógłbym cię skrzywdzić, nawet zabić. Masz jakieś wsparcie za drzwiami? – zapytał Mandalorianin, maskując zaniepokojenie.

– Nic takiego jak tam, nie zrobisz nic takiego. Nie ma wsparcia, nie ma wsparcia… Nie ma już wsparcia-a-aaa – zapłakał klon i, skrobiąc ścianę pancerzem, osunął się na podłogę. Zwinięty w kłębek, zanoszący się dziwnym pokrzykiwaniem i szlochami żołnierz wydawał się teraz bliższy swojemu prawdziwemu wiekowi, bez przyspieszonego dojrzewania. Buir’Sol nie wiedział, jak ma się zachować. Zachowanie żołnierza było godne pożałowania, ale to, czego właśnie był świadkiem, nie było podobne do zachowania żadnego klona, z którym walczył dotychczas. Materiał genetyczny Jango i morderczy trening nie powinien dopuszczać takich sytuacji. Mandalorianin próbował tą anomalią wytłumaczyć sobie niefortunny przydział żołnierza na jednostce więziennej, ale coś w jego spojrzeniu nie dawało mu spokoju. Podszedł do żołnierza i szturchnął go bosą stopą w opancerzony piszczel. Spodziewał się agresji, ale klon tylko zawył donośniej i skulił nogi jeszcze bardziej. Kuriozalność tego, co działo się w celi, powodowała pobudzenie wyobraźni na temat tego, co działo się poza nią. Co pchnęło umysł przedstawiciela grupy stworzonej i szkolonej tylko do walki, żeby leżał skulony w rogu celi, w której samemu zamknął się z niebezpiecznym więźniem, którego zarzuty zawierały zabijanie jego braci?

Mandalorianin ponownie podszedł do drzwi i wyjrzał przez okienko, ale ponownie nie zobaczył niczego niezwykłego poza czerwonym światłem alarmowym.

– Hej, może uspokoisz się i powiesz mi, co właściwie spowodowało alarm? Nie mam tu niestety tihaaru, ale… – odwrócił wzrok na skulonego i przestał mówić, gdy pod rękoma żołnierza, który przestał drgać i ucichł, zaczęła roztaczać się kałuża krwi. – Coś ty shabla zrobił?! – krzyknął do niego mocno już roztrzęsiony sytuacją Buir’Sol, chwytając leżącego za naramiennik i odwracając. Z szyi tuż pod szczęką wystawała chuda rękojeść skalpela, niechybnie wyniesionego z punktu medycznego.

„Cokolwiek dzieje się na zewnątrz, muszę się stąd wydostać” – pomyślał Mandalorianin, który nie zamierzał spędzać alarmu w ciasnej celi z martwym strażnikiem. Gdy alarm się skończy i kolejni strażnicy przyjdą, bez wahania zostanie stracony, jeśli znajdą martwego brata zamkniętego szczelnie z jedynym podejrzanym. Jeśli znajdą go na zewnątrz, zapewne również, jako uciekiniera. Tam miał jednak większe możliwości manewru. Odpiął pas klona i zapiął go na swoich biodrach. Zdjął również karwasz z wbudowanym komunikatorem nadgarstkowym i założył na rękę. Rozejrzał się po suficie za czujnikiem pożarowym. Wziął dwa ogniwa energetyczne z zasobnika denata i stykał je ze sobą pod czujnikiem, by wykonać spięcie. Ogniwa błysnęły i poraziły Mandalorianina, który z sykiem upuścił je na podłogę. Drzwi celi otworzyły się w akompaniamencie wiercącego uszy sygnału pożarowego. Buir’Sol podniósł porzucony hełm klona i włożył go, żeby odizolować się od drażniącego dźwięku oraz sprawdzić, co dzieje się na kanałach komunikacyjnych oraz wyświetlaczu. Osłonięta głowa i widok przez wizjer w kształcie litery T sprawiały, że odczuwał domieszkę komfortu w tym całym zamieszaniu. To poczucie zostało szybko przerwane przez komunikat dochodzący z głośników hełmu.

„Wszyscy żołnierze mają udać się do zbrojowni, a następnie w stronę punktu medycznego.”

Powoli ruszył przed siebie, rozglądając się za strażnikami wykonującymi rozkaz. Po pierwsze musiał ich uniknąć, a po drugie zdecydowanie chciałby wiedzieć, gdzie znajduje się ta zbrojownia. Przechodząc obok sąsiedniej celi, zwrócił uwagę na wyświetlacz z informacjami na temat przypisanego więźnia.

Imię: nieznane

Przynależność: nieznany kult

Zarzuty: tortury, morderstwa, bezczeszczenie zwłok, porwania

„Zwyrodnialec” – zastanowił się Buir’Sol i, motywowany tym pytaniem, zbliżył się do zamkniętych drzwi i otworzył je odpowiednim przyciskiem.

Cela układem była bliźniacza do jego, ale w środku widać było symbole w różnych miejscach. Całkiem podobne do tych na ciele wywleczonego wcześniej mieszkańca. Na środku podłogi widać było większy symbol w formie kręgu przecinanego przez kilka ostrych wielokątów. Mandalorianin obrócił się gwałtownie do pustego korytarza. Wydawało mu się, że słyszał coś, ale nie widział nic oprócz gładkich ścian i podłóg bloku więziennego. Spojrzał jeszcze raz do wnętrza celi udekorowanej krwawymi symbolami. Ich chaotyczny rozkład sprawiał wrażenie, jakby poruszały się lekko. Buir’Sol zamknął niepokojącą celę i ruszył dalej, trzymając się blisko ściany wewnętrznej na zakrętach, żeby maksymalizować osłonę w przypadku konfrontacji.

„Wszyscy żołnierze mają udać się do zbrojowni, a następnie w stronę punktu medycznego.”

W głośnikach hełmu ponownie rozległ się identyczny rozkaz. Powtórzenie go mogło wskazywać na to, że nie został jeszcze wykonany przez wszystkich strażników. Nie mógł, bo jeden z nich leżał w jednej z cel, brocząc krwią i tak brudną podłogę. Wskaźnik na wyświetlaczu hełmu potwierdzał, że kierunek w stronę zbrojowni był właściwy. Mimo aktywnego systemu odsłuchu w hełmie, aktywnego od ucichnięcia alarmu przeciwpożarowego, nie było słychać nic poza własnymi krokami. Skrzyżowanie za skrzyżowaniem – korytarze były puste. Zbrojownia miała być już za zakrętem, więc prawdopodobieństwo napotkania kogoś…

„Wszyscy żołnierze mają udać się do zbrojowni, a następnie w stronę punktu medycznego.”

I znowu to samo, ten sam głos, ta sama intonacja. Buir’Sol zrozumiał, że sygnał z rozkazem jest zapętlony, ale od jak dawna? Drzwi zbrojowni są przed nim i nie ma nikogo, kto by ich pilnował. Mandalorianin szybko sprawdził kontrolki na zdobycznym karwaszu i znalazł przycisk odpowiadający za wywołanie uprawnień dostępu. Zbliżył się do drzwi i otworzył je kliknięciem. Nareszcie coś szło po jego myśli.

Zbrojownia była dość mocno ogołocona ze sprzętu. Tylko pojedyncze karabinki DC-15 pozostawały na stojakach. Większość miejsc przeznaczonych na tarcze również była pusta.

„Wszyscy żołnierze mają udać się do…”

– Dobra, dobra, słyszałem – rzucił sam do siebie Buir’Sol, zdejmując hełm i odkładając go nad wyraz równo na przeznaczonej do tego najpewniej półce. Szukał skrzyń i zasobników oznaczonych jako własność więźniów. W przypadku jego sprzętu miał raczej pewność, że trafił właśnie do zabezpieczonej zbrojowni, a nie zwykłego luku.

Nie mylił się. Znalazł sporą zamkniętą skrzynkę z jego danymi na małym wyświetlaczu. Spróbował ją otworzyć, ale była zamknięta na zamek magnetyczny. Na szczęście kliknięcie tego samego przycisku, który otworzył zbrojownię, podziałało i na skrzynkę, gdy zbliżył do niej karwasz. Czyżby jego „kolega z celi” był trochę wyższy rangą? A przynajmniej stopniem uprawnień? Jeśli tak, to jego zachowanie było tym bardziej dziwne.

W otwartej skrzyni znajdował się jego kombinezon, pancerz i hełm. Niestarannie ułożone, sprawiające wrażenie dopchanego nogą. Mogło tak też właśnie być. Z boku skrzyni wsunięty był w osobną przegrodę pistolet blasterowy, a na dnie karwasze. Buir’Sol zamknął od środka drzwi zbrojowni i zaczął szybko przebierać się w znane, niekoniecznie przyjemnie pachnące, ale własne sprzęty. Beskar’gam – w Mando’a żelazna skóra. „Nareszcie z powrotem w pancerzu” – pomyślał. Założył już własne karwasze, ale ten klona przypiął linką samościągającą do pasa nad udem.

Zwrócił uwagę, że dość spora plama krwi klona zniknęła z dolnej płyty elementu opancerzenia. Najwyraźniej musiał jakoś wytrzeć ją przy przebieraniu, ale aż dziwnie dokładnie.

Przed ruszeniem dalej zwrócił uwagę na mały zasobnik z durastali, który wyświetlał wybrakowane dane tajemniczego sąsiada z celi obok. Wieko było uchylone. Otworzył je szerzej i zajrzał, ale w środku niczego nie było. „Jego okradli, a mnie nie? Najwyraźniej szczęście.” – pomyślał, nie szukając innych wyjaśnień.

Opancerzony i uzbrojony otworzył drzwi od wewnątrz i zaczął kierować się korytarzem wzdłuż, gdzie ze znajomości tej klasy statków mógł spodziewać się kapsuł ratunkowych. Korytarze przemierzał szybciej i pewniej, ale nadal rozglądał się za każdy róg, lecz robił to bardziej dla zasady. Przestawał spodziewać się kogokolwiek. Gdziekolwiek była załoga – bardzo się z całą rozmijał. „Statystycznie niemożliwe, musiałem spotkać kogokolwiek, nawet sprzątacza.” – rozmyślał zaniepokojony.

Zza kolejnego zakrętu wychylił się z wysuniętą przed siebie lufą pistoletu blasterowego i ujrzał cel poszukiwań. Kapsuły ratunkowe były w komplecie i niepilnowane. Przejrzał dokładnie każdy z trzech korytarzy prowadzących do kapsuł. Nic, nikt, pusto. Zajrzał do kapsuły i niestety potwierdziły się jego dość oczywiste obawy. Statek pomimo stanu alarmowego nadal poruszał się w nadprzestrzeni. Nie mógł odpalić kapsuły, zanim z niej nie wyjdą. Do tego była tylko jedna opcja – mostek.

W tym typie jednostki znajdujący się na przedzie. W tym układzie nie da się ominąć punktu medycznego, który według wszystkich przesłanek musiał się teraz roić od strażników, skoro nie było ich nigdzie indziej.

W drodze na mostek mijał kolejne skrzyżowania, z których każde dokładnie sprawdzał, omiatając celownikiem blastera od ściany do ściany. Robił to wręcz mechanicznie, czasem łapał się na braku dostatecznego skupienia, ale zmęczenie dawało się we znaki, a niepokój nasilał się z każdą sekundą bez napotkania kogokolwiek. W normalnych okolicznościach czysta droga byłaby darem od losu, ale z tyłu głowy wciąż miał widok dygoczącego na podłodze celi klona oraz jego twarz zastygniętą w rozpaczy nad nożem wystającym z krtani.

Nagle coś przemknęło obok jego nogi. Coś, co w czerwonawym świetle wyglądało na praktycznie czarne. Nie widział dokładnie, ale było podłużne, chyba na długość dłoni, i pomknęło w stronę bloku więziennego. „Republika powinna lepiej prowadzić deratyzację” – pomyślał, uspokajając się. Obrócił głowę do przodu i nagle zauważył charakterystyczny biały but klona wystający zza zakrętu. Mandalorianin zatrzymał się na moment i zaczął powoli posuwać się do przodu, celując w pozycję leżącego klona. Po kilku krokach zobaczył, że żołnierza tam nie ma. Jedyne, co leży na podłodze, to noga urwana w kolanie. Obraz był już niepokojący sam w sobie, ale dodatkowo wstrząsał faktem, że nie było nigdzie ani kropli krwi. Zbielałe ścięgna i czysta kość wystawały spod czarnego materiału przyległego kombinezonu, osłoniętego czystym białym pancerzem. Buir’Sol szybko wychylił się głębiej za zakręt i zobaczył czysty biały korytarz usłany ciałami, kończynami, bronią i fragmentami pancerza. Przy tym ani kropli krwi. Wszystko czyste poza przysmaleniami po strzałach z blasterów w różnych miejscach ścian, sufitu i podłogi. Stał tak i patrzył przed siebie. Nigdy nie widział ani nie słyszał o broni mogącej zrobić coś takiego. Miecze świetlne potrafiły ranić bez nadmiernego upuszczania krwi przez natychmiastowe przypalanie tkanek, ale tutaj owe tkanki były wyraźnie rozerwane i poszarpane. Buir’Sol rozważył cofnięcie się, ale to była jedyna droga do mostku. Ostrożnie ruszył, stawiając kroki pomiędzy rozrzuconymi szczątkami. Wciąż myślał, co mogło doprowadzić do takiej potworności. Wypuszczone zwierzę? Szalony wojownik? Eksperymentalna broń? Nic nie miało w tym momencie sensu. Nagle coś zastukało w korytarzu za zakrętem w przeciwną stronę od mostka. Regularne uderzenia w podłogę zdawały się być krokami, ale były na tyle nierówne, że ktokolwiek szedł, musiał utykać. Jak niespodziewanie kroki zaczęły nieść się po korytarzach, tak samo zostały gwałtownie urwane jednym odrobinę głośniejszym hałasem. Zza zakrętu szybko wysunął się kształt, którego nie dało się określić, ale był wielkości kota lothalskiego i skręcił w stronę Mandalorianina. Ten wypalił z blastera w nieokreślony cel i trafił, a przynajmniej był pewien, że trafił. Mimo to kształt wciąż sunął prosto w niego. Buir’Sol wystrzelił jeszcze trzykrotnie, z czego dwie pierwsze wiązki sięgnęły celu. Ciemna ruchliwa masa wjechała w twardo postawioną stopę wojownika, oblała ją swoją objętością, rozstępując się przed kostką i łącząc z powrotem za nią, po czym, sunąc dalej, schowała się za kolejnym zakrętem prowadzącym w stronę bloku więziennego. „Co to shabla było?” – pomyślał Buir’Sol, ruszając bezgłośnie ustami do tych słów. Przyjrzał się swojej nodze, ale nie było nawet śladu. Po otrząśnięciu się stwierdził, że im dłużej tu sterczy, tym gorzej, i ruszył szybko do mostka. Drzwi prowadzące do sekcji dowodzenia jednostką były otwarte, a samo pomieszczenie, bez zaskoczeń, puste. Zgodnie z danymi w komputerze nawigacyjnym mieli jeszcze sporo trasy w nadprzestrzeni. To dobrze rokowało dla sprawniejszej ucieczki, bo im głębiej w terytorium Republiki, tym większa szansa na przechwycenie. Mandalorianin dorwał się do kontroli systemów napędu nadprzestrzennego i zredukował prędkość. Przez szyby widać było charakterystyczne przejście z niebieskawych linii wzdłuż trasy statku do czarnej pustki usianej gwiazdami.

Nagle zauważył, że przypięty do pasa karwasz klona z komunikatorem rozbłyskuje światłem diody. Ktoś próbował nadać na zamkniętym kanale komunikacyjnym. Włączył komunikator i słychać było z niego tylko zakłócenia i zniekształcony odgłos, który nasilał się i wygłuszał, prawie jak oddech, ale to na pewno nie był oddech żadnej znanej mu rasy. Teraz pozostało tylko dostać się do kapsuł. Buir’Sol bez żadnej zwłoki ruszył w drugą stronę. Zaczął znowu skanować celownikiem korytarze i narożniki, ale niedbale, zakładając w duchu, że jest tak samo pusto, jak cicho.

Nagle cisza została przerwana. Drzwi schowka technicznego w ścianie korytarza otworzyły się z krótkim sykiem i wprost na Mandalorianina wypadł z niego klon w białym pancerzu, który z nieludzkim, niehumanoidalnym krzykiem zaczął na odlew okładać go pięściami. Strzał z pistoletu blasterowego rozległ się echem po korytarzach i zatrważające krzyki klona zostały urwane przyduszonym jękiem. Postać w białym pancerzu padła na plecy z hukiem, tłukąc plastoidową powłoką o podłogę, a w płytce osłaniającej brzuch tuż pod napierśnikiem ziała jeszcze tląca żarem osmalona, dymiąca dziura postrzałowa. Spod leżącego ciała zaczęła wyciekać kałuża krwi, która w czerwonym świetle wyglądała jak olej wyciekający z droida. Mandalorianin rozejrzał się szybko, czy nikt i nic nie nadciąga przez wywołany hałas. Łapiąc oddech w stresie, na chwilę wrócił wzrokiem do leżącego bez ruchu klona i zauważył coś, przez co mimo duszności wstrzymał na chwilę oddech. Ciemna kałuża nagle zaczęła drgać, a wąskie słupki gęstej cieczy podskakiwały rytmicznie, zwiększając co chwila wysokość nad ziemią. Nagle cała kałuża przesunęła się i oddaliła od ciała, a za nią spod pancerza wypełzły, drgając, kolejne, mniejsze masy krwi i złączyły się w wibrującą, odrażającą formę rozmiaru kota lothalskiego. Buir’Sol patrzył z przerażeniem na groteskowe widowisko, a bezkształtna masa nagle z dużą prędkością ruszyła w stronę, w którą zmierzać miał Mandalorianin. Potrząsnął głową i ruszył biegiem za uciekającym zjawiskiem. Próbował wcelować pistoletem, ale kształt ruszał się szybko i chaotycznie, przez co trafienie w pełnym biegu nie było możliwe. Sam nie wiedział, dlaczego chciał to zastrzelić, ale czuł całym sobą, że to powinno zostać uśmiercone, o ile jest żywe. Masa krwi zniknęła za zakrętem, a gdy Mandalorianin za nią podążył, zobaczył, że ta mija kapsuły ratunkowe i kieruje się do cel więziennych. „Cela kultysty” – pomyślał. Stanął jak wryty przed grodziami kapsuł i patrzył zdyszany w kierunku bloku więziennego. Czuł, że powinien coś zrobić z tą sytuacją, że nie może tak po prostu tego zostawić. To zdawało się go jednak przerastać. Otworzył drzwi kapsuły i już stał w wejściu, gdy usłyszał w oddali syk otwieranych drzwi i ten sam oddychający dźwięk, który słyszał w komunikatorze. Zdecydował się na działanie prawie instynktownie. Wyjął z pasa, plecaka i wszelkich zasobników możliwie dużo materiałów wybuchowych różnej mocy. Na ścianie przy kapsułach rozmieścił ładunki kierunkowe, które powinny wyrwać dziury w poszyciu aż do próżni, a potężne ładunki burzące rozstawił w kilku miejscach na podłodze, licząc na to, że eksplozja rozniesie się korytarzami i praktycznie unieruchomi jednostkę. Pozostałe detonatory poturlał szybko w kierunku zbliżającego się potwornego oddechu. Zsynchronizował większość ładunków z detonatorem w sterowaniu karwasza i miał już wchodzić do kapsuły, ale nierozważna ciekawość kazała mu poczekać 3 sekundy, żeby zobaczyć to, co zbliża się do niego. Zaczął niesamowicie żałować tej decyzji. Powinien wpaść do kapsuły, odpalić ją i wysadzić wszystkie ładunki, gdy tylko znajdzie się odpowiednio daleko od statku. Zamiast tego ujrzał coś, przez co zaczął kwestionować podejście do mocy, mistycyzmu Jedi, Sithów i własną rolę jako żywej istoty w galaktyce. Zza zakrętu wyłoniła się krwawa, ciemna, pulsująca masa, która wydawała się mieć wiele kończyn uformowanych z cieczy, ale tak stabilnej jak klinga miecza. W różnych miejscach przewijały się przemieszczające elementy ociekających białych pancerzy i innych większych kawałków. W centrum znajdowała się twarz mężczyzny, czysta, ale pokreślona czarnymi symbolami podobnymi do tych na ścianach celi kultysty. Twarz ta uśmiechała się szeroko i patrzyła przed siebie pustymi oczami, które świdrowały teraz Mandalorianina, a uśmiech, mimo że wydawało się to niemożliwe, poszerzył się jeszcze bardziej. Buir’Sol zamknął oczy, wpadł do kapsuły bezwładnie, bo nogi odmówiły posłuszeństwa i zdrętwiały. Poderwał się panicznie i uderzył przycisk zwolnienia kapsuły. Gródź zamknęła się z trzaskiem, kontrolowane ładunki sprężonego powietrza odrzuciły kapsułę, która uruchomiła silniczki kierunkowe i zaczęła cicho oddalać się od statku. Mandalorianin zaczął klikać chaotycznie w przyciski karwasza. Przed trafieniem w ten ustawiony na detonator uruchomił odbieranie na otwartym kanale komunikacyjnym. Usłyszał przez moment głos klona, ale pozbawiony emocji, mówiący „wróć, wróć”, ale wezwanie zostało urwane, bo palec trafił w detonator i poszycie statku rozerwała potężna eksplozja, a kolejne nastąpiły łańcuchowo, rozrywając jednostkę w przestrzeni kosmicznej.

Buir’Sol leżał w kapsule przemierzającej przestrzeń bez konkretnego celu. Starał się nie myśleć, nie pamiętać, wyprzeć i zapomnieć. Jak inaczej miałby dalej żyć z wiedzą o istnieniu takich rzeczy? Wszedł w stan medytacji, prawie wymuszonej, starał się przypomnieć, jak rodzice uczyli go o ćwiczeniach, by opierać się wpływowi mocowładnych na umysł. Przestał dostrzegać upływ czasu, ale w końcu ten stan przerwało zatrzęsienie kapsuły. Przebudzony Mandalorianin pomyślał „promień ściągający”. Miał rację, bo po chwili kapsuła zadokowała przy jakiejś jednostce, której nie było widać przez okna. Drzwi otworzyły się, a w celowniku pistoletu blasterowego i w okręgu w wyświetlaczu hełmu, połączonym z systemem celowniczym karwasza, pojawiła się załoga „Gniewu Zmarłych”. Iktotchi Karas wszedł do kapsuły niezrażony byciem na torze strzału i pomógł wstać Buir’Solowi.

– Karabast, niesamowite szczęście. Jak tylko słyszeliśmy, że znaleźli ten transport więzienny wysadzony, od razu wiedzieliśmy, że to ty, i wiedzieliśmy, gdzie szukać. Dobrze, że transponder w pancerzu ma podbity zasięg. Nie dasz się tak łatwo zapuszkować, co?

– Szczęście… tak… szczęście… – powiedział cichym, wypranym z emocji głosem Mandalorianin.

Załoga jeszcze parę miesięcy uderzała w jednostki Republiki i ciekawsze cele korporacyjne, ale z powodów, których Buir’Sol nigdy nie wyjawił, odrzucał każde zlecenie na odbicie więźniów z transportów więziennych. Z biegiem czasu traumatyczne wspomnienia zaczęły coraz bardziej wydawać się złymi snami z celi, każda próba wyjaśnienia ucieczki była odrzucana przez umysł, tak jakby bronił się automatycznie przed powrotem myślami do jakichś wydarzeń. Od tego czasu jednak Mandalorianin na widok krwi miał zwyczaj upewniać się, czy zostanie na swoim miejscu, a czerwone światła wprawiały go w zauważalny dyskomfort, na granicy strachu.