SPOŁECZNOŚĆ
Menu
Vode An
ROZDZIAŁ1 (rozdział 1 nawiązuje do opowiadania światło pod lodem)
W kilka dni po pierwszej wyprawie ruiny pod południową czapą lodową
Coruscant przestały być dzikie.
Niebezpieczne — owszem. Ale opanowane. Metalowe podpory wzmacniały
pęknięte sklepienia, ściany oznaczono świetlnymi znacznikami, a wejścia do
niezbadanych tuneli zaplombowano polami energetycznymi. Strażnicy krążyli po
ustalonych trasach, a w powietrzu unosił się znajomy zapach ozonu i świeżo ciętego
durastalu.
Nagle pojawił się Nad, prowadząc grupę osobników różnych ras. Wyglądał na
naprawdę szczęśliwego.
— Kto to jest… — westchnął Shaggy.
— Dwa tygodnie praktyk terenowych — oznajmił Nad z dumą, wskazując na
grupę studentów rozstawiających skanery.
— Ale od razu mówię: dopóki oni tu są, badamy wyłącznie zabezpieczony
obszar. Zero bohaterstwa. Zero improwizacji.
— Brzmi rozsądnie — mruknął Shaggy, opierając się o filar. Keera skrzyżowała
ręce i uśmiechnęła się krzywo.
— Czyli znalazłeś sobie darmową siłę roboczą.
— Wysoce zmotywowaną darmową siłę roboczą — poprawił Nad bez cienia
wstydu. Shaggy parsknął śmiechem pod hełmem.
— Profesor byłby dumny.
Studenci mijali ich z wyraźną ostrożnością, rzucając ukradkowe spojrzenia na
białozłotą zbroję Mandalorianina. Dla nich to były praktyki. Dla Shaggy’ego — cisza.
Rzadki luksus. Właśnie wtedy w hełmie Shaggy’ego rozległ się dźwięk
powiadomienia o połączeniu przekierowanym ze statku. Co ciekawe — kanał był
prywatny i szyfrowany.
— Chwila — powiedział, odsuwając się kilka kroków. Wyświetlił hologram na
wbudowanym w karwasz holoodbiorniku. Twarz Gorana Beviina była zmęczona, ale
oczy miał czujne.
— Shaggy — powiedział bez zbędnych wstępów.
— Boba Fett szuka chętnych.Mando’ad
— Do czego?
— Obrona stacji Centerpoint. Sprawa jest poważna. Potrzebuje Mandalorian,
którzy wiedzą, co robią.
— Poważna i polityczna — odparł Shaggy. — Słyszałem, że ostatnio Korellia
niezbyt się lubi z władzami na Coruscant.
— Zgadza się. Podobno Sojusz Galaktyczny już raz wysłał Jedi, żeby
sabotowali stację. Teraz Korelianie potrzebują nas do obrony.
Shaggy spojrzał na ruiny, na zabezpieczenia, na studentów Nada. Spokojnie.
Za spokojnie.
— Najbliższe tygodnie i tak będą u mnie ciche — powiedział w końcu.
— Zgoda. Ale mam dwa warunki.
— Słucham.
— Po pierwsze: chcę móc wylądować bezpośrednio na stacji —Zawahał się na
moment. — Po drugie… mogę zabrać ze sobą Wraaatha?
Beviin uśmiechnął się lekko.
— Jeśli Wookiee nie ma nic przeciwko strzelaniu do ludzi, którzy bardzo na to
zasługują… niech leci.
— Przekaż Fettowi, że się zgadzam — powiedział Shaggy. — Kiedy się
spotykamy?
— Jak najszybciej. Spotkamy się na Drall.
Hologram zgasł. Shaggy wrócił do reszty. Keera spojrzała na niego uważnie.
— Zła wiadomość czy dobra?
— Mandaloriańska — odpowiedział. — Wylatuję na jakiś czas.
Nad uniósł brew.
— Czyli jednak nie zostaniesz asystentem?
— Oszczędzę twoim studentom traumy — rzucił Shaggy z uśmiechem.
— A ty trzymaj ich z dala od wszystkiego, co ma zęby albo pazury. Keera
skinęła głową.
— Wracaj cały.
Shaggy spojrzał jeszcze raz na ruiny skryte pod lodem. Historia została
zabezpieczona. Na razie.
ROZDZIAŁ 2
Cień Przeszłości powoli zbliżał się do platformy lądowania na stacji
Centerpoint. Gigantyczna konstrukcja dryfowała w próżni niczym samotna forteca.
Dwa olbrzymie cylindry, połączone z jeszcze większą centralną kulą, zdawały się
ignorować prawa skali i zdrowego rozsądku. Całość była tak ogromna, że trudno było
ogarnąć ją wzrokiem — nawet z mostka statku.
— Jest większa niż Gwiazda Śmierci — mruknął Wraaath.
— Tak — odpowiedział Shaggy. — Ale konstruktorzy nie stworzyli jej do
zabijania… przynajmniej nie pierwotnie. Zresztą nie wiedziałem że widziałeś gwiazdę
śmierci.
— To długa historia, a do czego służyła ta stacja jeśli nie do zabijania?
Statek przesunął się powoli w osi dokowania.
— Najpopularniejsza teoria mówi, że Centerpoint miała służyć do
przemieszczania planet. Podobno to dzięki niej powstał cały Układ Koreliański,
ponad sto tysięcy lat temu. Zawahał się na moment.
— No ale jak zwykle… w końcu i tak użyliśmy jej do zabijania. Podczas wojen z
Yuzhan Vongami.
Shaggy wciągnął powietrze przez filtr hełmu, gdy rampy lądownicze zaczęły się
wysuwać.
— Nigdy nie sądziłem, że zobaczę Centerpoint na własne oczy — mruknął.
Jego biało-złota zbroja z beskaru odbijała zimne światło reflektorów portowych.
Wraaath stanął obok niego. Jasnoszaro-zielone futro miał lekko nastroszone, a
spojrzenie przesuwało się po metalicznych konstrukcjach, otwartych przestrzeniach i
punktach obserwacyjnych — jakby instynktownie szukał zagrożeń, zanim te zdążyły
się ujawnić.
Stacja Centerpoint została ponownie odkryta podczas wojen z Yuzhan
Vongami w systemie koreliańskim. Teraz, gdy Korelia coraz otwarciej mówiła o
secesji z Sojuszu Galaktycznego, konstrukcja stała się przedmiotem sporu. Sojusz
nie zamierzał pozwolić, by tak potężne narzędzie wypadło mu z rąk. Z kolei Korelia
wykorzystywała stację jako kartę przetargową — a przy ludziach takich jak Trackan
Sal-Solo u władzy, możliwość użycia jej jako broni przestawała być czystą teorią. Po
wcześniejszych próbach sabotażu, w których udział mieli Jedi, do ochrony wynajęto
Mandalorian.
Niewielu jednak odpowiedziało na wezwanie — zaledwie pół tuzina
Mando’ade i jeden Wookiee. Reszta była zajęta odbudową Mandalory po ostatnim
najeździe. Stacja była jednocześnie bronią i ośrodkiem badań nad starożytną
technologią. Niektórzy uczeni twierdzili wręcz, że jest dziełem tak zwanych
Architektów — rodzeństwa starożytnej, niemal nieśmiertelnej rasy znanej w
legendach jako Niebiańscy.
Po zadokowaniu komputer pokładowy natychmiast odebrał pakiet danych:
strefy przeładunkowe, posterunki obronne, laboratoria techniczne. Shaggy i Wraaath
zeszli rampą w rytmie sygnałów skanowania bezpieczeństwa. Wraaath wydał niski
pomruk, który hełm Shaggy’ego przetłumaczył po chwili:
— „Robi wrażenie.” Przed nimi pojawił się mężczyzna w lekko sfatygowanej
tunice archeologa. Siwe włosy, okulary osadzone nisko na nosie i spojrzenie
człowieka, który widział już więcej historii, niż by chciał.
— Shaggy… — powiedział z uśmiechem. — Wiedziałem, że się zjawisz.
Zerknął na Wookiego. — Nie przypuszczałem tylko, że z Wookieem.
— To Wraaath — odparł Shaggy. Wookie zawył coś gardłowo. — Mówi, że
„dzień bez strzału to dzień zmarnowany” — przetłumaczył Mandalorianin z
rozbawieniem.
— Rozumiem… — odparł mężczyzna. — Kirad Allon. Historyk. Specjalizuję się
w wojnach całej galaktyki.
— A ja jestem Trot ale mów mi Shaggy.
— Wiem — Allon uśmiechnął się szerzej. — Słyszałem o was. Szczególnie o
sprawie grobowca Zhellów. Imponujące. I tak, słyszałem też, że pomagał wam
Wookiee. Wraaath prychnął. Tłumacz zamigotał: — „Przeklęty imperialec.” Shaggy
skinął tylko głową.
Wtedy zza rogu wyszło dwóch techników w zużytych kombinezonach i
spodniach z czerwonymi lampasami — podobno ostatnim krzyku mody na Korelii,
zapoczątkowanym jeszcze przez Hana Solo.
— O, świetnie. Kolejny Mandalorianin — rzucił jeden z nich, głośno i wyraźnie.
— Podczas wojny pomagali Yuzhan Vongom, a teraz za nasze kredyty będą
nas chronić? Zabawne. Shaggy już miał odpowiedzieć, gdy Kirad Allon uniósł rękę.
— Hej — powiedział spokojnie. — Może lepiej przejdziemy do kantyny
polowej. Napijemy się piwa. Spojrzał po wszystkich. — Mandalorianie i technicy…
bez konfliktów.
Technik skrzywił się, ale po chwili skinął głową. Kantyna była głośna i duszna.
Ciężkie ławy, zapach kafu i piwa, mieszanka karmelu i dymu. Kirad podał każdemu
kubek.
— To nie było tak, jak się powszechnie uważa — zaczął, gdy usiedli. —
Mandalorianie działali na dwa fronty.
— Oficjalnie — kontynuował — wyglądało to jak współpraca z Yuzhan
Vongami. W rzeczywistości była to przykrywka. Zbierali informacje i przekazywali je
Republice. Shaggy nachylił się tylko nad kubkiem.
— Efekt? — zapytał retorycznie. — Vongowie się zorientowali — dopowiedział
Allon cicho. — Mandalora została najechana. Ostatni rok wojny był dla niej piekłem.
Zawiesił głos. — A mimo to… to jedyny świat, który obronił się samodzielnie.
Technik spuścił wzrok. Wraaath uderzył kubkiem o stół, krótko i ciężko.
— Byłem tam wtedy — powiedział Shaggy po chwili. — Ale walczyłem mimo że
od niedawna szkoliłem się w śród mandalorian.
— Uniósł kubek. — A jeśli ja i Wraaath będziemy mieli co pić… to chętnie
opowiem, jak to wyglądało naprawdę. Zapadła cisza. A potem, powoli, ktoś się
roześmiał. Bo czasem historia nie zaczyna się od wielkiej bitwy. Czasem zaczyna się
od kubka piwa i prawdy, której nikt wcześniej nie chciał słuchać.
ROZDZIAŁ 3
— Byłem wtedy młody — zaczął Shaggy, obracając kubek w dłoniach. —
Dołączyłem do Mandalorian zaledwie rok wcześniej. Przez chwilę patrzył w ciecz,
jakby widział w niej coś więcej niż odbicie lamp.
— Mój mentor, Mhor, szkolił mnie przez ten czas na dziesiątkach planet. Nie
zatrzymywaliśmy się nigdzie długo. Wojna już wtedy rozlewała się po galaktyce, a
Mandalorianie… — zawahał się — Mandalorianie nigdy nie byli narodem, który
potrzebował stałego domu. Uniósł lekko głowę. — Jesteśmy koczownikami.
Wojownikami. A Mhor uczynił z tego część mojego szkolenia. Szkolenie było
brutalne. Bez taryfy ulgowej. Bez wyjątków. Mandalorianie nie wierzyli w łagodność
— nawet wobec dzieci. Uważali, że tylko ciężkie warunki hartują ciało. A
jeszcze cięższe — hartują serce.
— Przez ten rok nauczyłem się więcej, niż przez całe wcześniejsze życie —
kontynuował Shaggy.
— Jak walczyć blasterem, ostrzem, gołymi rękami. Jak przetrwać bez wody.
Bez jedzenia. Bez snu. Zawahał się. — Ale Mhor uczył mnie też czegoś
ważniejszego. Tego, kim jesteśmy. Nie tylko jak walczyć. Dlaczego walczymy.
— W końcu zabrał mnie na Mandalorę. Wypowiedzenie tej nazwy sprawiło, że
nawet technik uniósł wzrok. — Powiedział, że tam zrozumiem, kim są prawdziwi
Mandalorianie. Shaggy zamilkł na chwilę.
— Miał rację. Spojrzał w bok. — Chociaż chyba nie w taki sposób, w jaki
planował. Wylądowaliśmy niedaleko osady, położonej u podnóża skalistych gór.
Powietrze było suche, ciężkie od pyłu i wspomnień dawnych wojen. Statek osiadł z
głuchym pomrukiem. — To ziemie mojego klanu — powiedział Mhor, gdy staliśmy
razem z, wiernym Strilem Mhora jeszcze przy rampie.
— Klan Kom’rk. Spojrzałem wtedy na niego pytająco. — Kom’rk znaczy
„rękawica”. Albo „karwasz”. Mhor stuknął palcem w burtę statku. — To także nazwa
naszego statku. Kadłub nosił ślady setek bitew. A na jego burcie widniał symbol:
Kom’rk z czaszką wpisany w tarczę.
— Nie spodziewaj się ciepłego powitania —dodał Mhor.
Nie wiedziałem wtedy, co miał na myśli. Dowiedziałem się kilka sekund
później. Gdy tylko zeszliśmy rampą, z grupy Mandalorian stojących w oddali
odłączyła się jedna postać. Starszy wojownik w czerwonej zbroi. Jego kroki były
ciężkie, zdecydowane. Zatrzymał się przed Mhorem. Przez moment patrzyli na siebie
w milczeniu. A potem uderzył. Pięść wbiła się w brzuch Mhora który nie założył
pełnej zbroi. Mentor Shaggy’ego zgiął się wpół, powietrze uciekło mu z płuc.
Odruchowo sięgnąłem po broń a strill zaczął warczeć — ale zatrzymałem się. Bo nikt
inny nie reagował. Pozostali Mandalorianie tylko patrzyli. Po chwili kilku pilotów
podeszło i pomogło Mhorowi się wyprostować.
— Zasłużył, zresztą jak my wszyscy— powiedział jeden z nich spokojnie.
Spojrzałem na niego zdezorientowany. — Podczas Wojen Klonów — wyjaśnił pilot —
Mhor i kilku innych opuścili klan. Szukali przygód. Kredytów. Własnej drogi. Spojrzał
na symbol statku. — Zmieniliśmy nawet swój allik..
— Z rękawicy na statek. Nadal z czaszką mythosaura… ale to nie było już to
samo. Pilot wzruszył ramionami. — Dla klanu to była zdrada. Wygnali ich.
Spojrzałem na Mhora. A mój mentor stał prosto, mimo bólu. Nie protestował. Nie
tłumaczył się. Przyjął cios. Jak Mandalorianin.
— A jednak wróciliśmy — powiedział pilot ciszej. Spojrzał na niebo.
— Bo przyszło wezwanie. W powietrzu wisiało coś ciężkiego. Coś
nieuniknionego.
— Mand’alor wezwał wszystkich. Nawet odszczepieńców.
Osada klanu Kom’rk leżała w cieniu gór, ale tego dnia nie było w niej ciszy. Był
ruch. Statki lądowały jeden po drugim, ich silniki ryczały i milkły, pozostawiając po
sobie zapach gorącego metalu i spalonego paliwa. Wojownicy schodzili z ramp — w
zbrojach o różnych kolorach i wzorach. Czerwonych. Zielonych. Czarnych. Zbrojach
noszących blizny po wojnach, których nie potrafiłem jeszcze nazwać. Niektórzy mieli
świeże ślady napraw. Inni — ślady, których nigdy nie naprawiono. Wszyscy przybyli
na wezwanie. Zebrali się w centralnym kręgu osady — szerokim placu otoczonym
niskimi, kamiennymi strukturami i wrakami dawnych maszyn, które pozostawiono
jako pomniki zwycięstw albo porażek.
— Pamiętam że stałem obok Mhora, czując ciężar spojrzeń. Byłem najmłodszy.
I jedynym, który jeszcze nie należał w pełni do żadnego klanu. Mandalorianie
rozmawiali cicho między sobą. Ich głosy były niskie, napięte. To nie było zwykłe
zebranie. To było coś więcej. Na podwyższenie z przetopionego kadłuba starego
statku wszedł starszy Mandalorianin w czerwonej zbroi — ten sam, który uderzył
Mhora. Jego zbroja była stara. Starsza niż większość obecnych. Na piersi widniał
symbol rękawicy klanu Kom’rk. Przywódca klanu. Gdy się odezwał, nie musiał
podnosić głosu.
— Rozmawiałem z Mand’alorem. To wystarczyło. Cały plac ucichł. Nawet wiatr
zdawał się zamilknąć.
— Jak pewnie wiecie — kontynuował — od początku wojny zbieraliśmy dane o
Vongach. O ich technologii. Ich armii. Ich strategii. I przekazywaliśmy je Republice…
Zrobił krótką przerwę.
— Przynajmniej od momentu, gdy zaczęli nam ufać na tyle, by je przyjmować.
Kilku wojowników prychnęło cicho. Republika nie była dla nich naturalnym
sojusznikiem.
— Niestety… brzydale się połapały. To słowo nie było wypowiedziane z
pogardą. Było wypowiedziane z nienawiścią.
— Światostatek zmierza w stronę Mandalory. Na jego pokładzie znajduje się
armia. Zawahał się na moment. — Armia, której celem nie jest podbój. Spojrzał po
zebranych.
— Jej celem jest zniszczenie całego życia na naszej planecie! Po placu
przebiegł szmer. Nie strachu. Gniewu. Czystego, zimnego gniewu. Przywódca klanu
kontynuował:
— Mand’alor spodziewał się tego od początku. —Wypowiedział to z dumą.
— Boba Fett wiedział, że prędzej czy później będą musieli przyjść po nas.
Dlatego zawarł z nimi sojusz. Niektórzy zacisnęli pięści.
— Nie z lojalności. Spojrzał twardo na swoich wojowników. — Z premedytacji.
— Kupił nam czas. Te słowa zawisły w powietrzu. — Pod przykrywką
współpracy zbieraliśmy dane. Przekazywaliśmy je Republice. Licząc, że wygrają tę
wojnę. Milczenie.
— Ale wszyscy znamy prawdę. Kilka osób skinęło głowami, ich twarze były
ponure. Republika przegrywała. — Dlatego od początku wojny przygotowywaliśmy
się. Przywódca klanu wskazał na góry.
— Naprawialiśmy bunkry. Wskazał na statki.
— Gromadziliśmy broń. Wskazał na nich wszystkich.
— I dlatego dziś stoimy tu razem. Jego głos stał się twardszy. Silniejszy. — Nie
jako wygnani. Nie jako odszczepieńcy. Nie jako podzielone klany. Zrobił krok
naprzód.
— Stoimy tu jako Mando’ade! — Cisza była absolutna.
— Wróg wierzy, że nas zniszczy. Powoli pokręcił głową. — Nie rozumie, kim
jesteśmy. Jego głos stał się stalą.
— Nie rozumie, że Mandalorianie nie potrzebują planety, by przetrwać. — Ale
jeśli ktoś przychodzi, by ją nam odebrać… Zacisnął pięść. — Musi zapłacić krwią.
Kilku wojowników uderzyło pięściami w swoje pancerze. Metal odpowiedział
metalem.
— Plan jest prosty — kontynuował. — Większość z nas zejdzie do bunkrów i
tuneli pod powierzchnią. Przetrwamy pierwszy szturm. Pozwolimy im uwierzyć, że
wygrali. Spojrzał po zebranych.
— A potem wyjdziemy. Jego głos był cichy. Śmiertelnie cichy.
— I przypomnimy im, dlaczego galaktyka boi się Mandalorian. Tym razem
odpowiedź była głośniejsza. Pięści uderzyły o pancerze. Raz. Drugi. Trzeci. Rytm
wojny. Miałem wtedy gęsią skórkę z podekscytowania a serce zabiło mi szybciej.
Spojrzałem na Mhora.
— Boisz się? — zapytał cicho jego mentor. Shaggy zawahał się.
— Tak. Mhor skinął głową.
— Dobrze. Spojrzał na zebranych wojowników. — To znaczy, że rozumiesz, co
jest stawką.— Po chwili dodał:
— Ale pamiętaj jedno, chłopcze. Spojrzał w niebo, jakby już widział
nadchodzące statki.
— Nie walczymy, bo wierzymy, że wygramy. Spojrzał z powrotem na niego.
— Walczymy, bo jesteśmy Mandalorianami. I to wystarczy. Gwar po przemowie
przywódcy klanu nie ucichł od razu. Mandalorianie zaczęli rozmawiać między sobą
— cicho, rzeczowo. Nie było w tym chaosu. Nie było paniki. Była kalkulacja. Wojna
była dla nich stanem naturalnym.
W końcu jeden z wojowników podniósł rękę. Jego zbroja była ciemnozielona,
stara, z wyblakłym symbolem klanu na ramieniu.
— Ale jeśli mamy się schować… — powiedział — …to z kim będą walczyć
brzydale podczas pierwszego szturmu?
Plac ucichł natychmiast.
— Nie są głupi. Jeśli zobaczą pustą planetę, uznają, że uciekliśmy. Albo
domyślą się zasadzki. Shaggy poczuł, jak napięcie wraca. Wojownik miał rację.
Przywódca klanu nie odpowiedział od razu. Spojrzał po zebranych. A potem
powiedział:
— I tu dochodzimy do najcięższej części. Te słowa były cięższe niż wszystkie
wcześniejsze.
— Część z nas musi zostać na powierzchni. Cisza.
— Muszą przekonać Vongów, że planeta nie jest opuszczona. Shaggy poczuł,
jak jego żołądek się zaciska. Już wiedział, co padnie dalej.
— Każdy klan wystawi jedną czwartą swoich wojowników do pierwszego
starcia. Kilku Mandalorian skinęło głowami. Nie protestowali. Już rozumieli.
— Na czele z najstarszymi. Krótka pauza. — I tymi, którzy sami się zgłoszą.
— Zaraz… — wtrącił technik z kantyny, marszcząc brwi. — Chcesz
powiedzieć, że wysłaliście starców na śmierć? Jego głos był ostry. Oskarżycielski.
— Jesteście aż takimi barbarzyńcami? Co jeszcze? Rannych? Chorych?
Dzieci? W kantynie zapadła cisza. Shaggy powoli odstawił kubek. Spojrzał na
technika przez wizjer hełmu.
— Rannych, chorych i niepełnosprawnych — powiedział spokojnie. — Tak.
Technik otworzył usta, ale Shaggy kontynuował:
— Ci, których wartość bojowa w długiej kampanii byłaby mniejsza. Ci, którzy
nie przetrwaliby wojny wyniszczenia. Jego głos nie miał w sobie wstydu. Ani dumy.
Tylko prawdę.
— Skoro ktoś miał zginąć… lepiej, żeby zginęli na własnych warunkach.
Spojrzał na powierzchnię piwa. — I nie zostali wysłani. Podniósł wzrok.
— Zgłosili się. Technik milczał. Nie rozumiał. Nie mógł. Shaggy mówił dalej:
— Widziałem ich. Tej nocy ogłoszono zgłoszenia. Nie było przymusu. Nie było
list. Był krąg ognia. I Mandalorianie, którzy wychodzili z cienia. Pierwszy był starzec
w zbroi starszej niż większość obecnych. Jego ruchy były wolniejsze, ale stabilne.
Uderzył pięścią w pierś.
— Zostaję. Druga była kobieta z mechaniczną nogą.
— Zostaję. Potem wojownik z blizną, która zniszczyła mu jedno oko.
— Zostaję. Potem kolejni. I kolejni. I kolejni. Nie było w tym rozpaczy. Nie było
wahania. Była decyzja. Mhor stał obok Shaggiego, milczący.
— Dlaczego oni to robią? — zapytałem wtedy cicho. Mhor odpowiedział bez
wahania:
— Bo mogą. Spojrzał na tych, którzy się zgłaszali. — Bo wiedzą, że ich śmierć
kupi czas innym. Spojrzał na Shaggiego.
— Bo to jest ich ostatnia bitwa.
— A dzieci? — zapytał ciszej technik. To pytanie nie było już oskarżeniem. Było
prośbą o zrozumienie. Shaggy pokręcił głową.
— Dzieci nie walczyły w pierwszym szturmie. Spojrzał na niego twardo. —
Dzieci miały przeżyć. Jego głos stał się cięższy.
— Bo to dla nich walczyliśmy. Wraaath wydał niski, cichy dźwięk. A tłumacz w
hełmie przetłumaczył go prostymi słowami: „Zawsze dla następnego pokolenia.”
Shaggy skinął lekko głową.
— Mandalorianie nie walczą, żeby żyć wiecznie. Spojrzał po wszystkich przy
stole.
— Walczą, żeby ktoś żył po nich. Zapadła cisza. Nawet technik nie miał już nic
do powiedzenia.
ROZDZIAŁ 4
Po chwili historyk Kirad Allon odezwał się cicho:
— Co było potem? Shaggy oparł się wygodniej i podniósł kubek.
— Potem… Krótka pauza. — …przylecieli. A my siedzieliśmy pod ziemią.
Głęboko pod wzgórzami na północ od Keldabe. Schron nie był jednym
pomieszczeniem. To był cały kompleks — stare tunele, magazyny i bunkry jeszcze z
czasów wcześniejszych wojen, rozbudowywane przez pokolenia. Ściany były z
surowego kamienia i durabetonu, wzmocnione beskarowymi podporami tam, gdzie
było to konieczne.
Tam zgromadził się klan Mhora. I kilka innych. Powietrze
pachniało metalem, potem i napięciem. Jedynymi prawdziwymi weteranami byli
wodzowie klanów — ci, którzy byli zbyt cenni, by zginąć w pierwszym szturmie, a
jednocześnie zbyt dumni, by się ukryć. To oni planowali, oni pilnowali morale. To oni
upewniali się, że nie zapomnimy, kim jesteśmy. Ale nawet oni nie mogli zagłuszyć
dźwięków dochodzących z powierzchni. Głuchego, odległego dudnienie, bomby.
uderzenie, drgania skały. Czasem kurz sypał się z sufitu jak popiół. Raz jeden z
bocznych korytarzy zawalił się całkowicie. Skała zapadła się z hukiem, który
przeszedł przez cały kompleks. Wszyscy zamarli. Ale nikomu nic się nie stało. To był
dobry znak. Albo przynajmniej nie najgorszy…
By ułatwić dowodzenie, władzę nad obecnymi w bunkrze klanami objął Marik Awaud. Był
jednym z najstarszych Mandalorian w schronie. Weteranem tylu bitew, że jego ciało
było bardziej metalem niż ciałem. Jego nogi były wysokiej klasy protezami bojowymi,
ciężkimi i stabilnymi. Obie ręce również były całkowicie mechaniczne. Każdy jego krok brzmiał jak uderzenie młota. Nie ukrywał swoich ran.
Nosił je jak trofea. Budził respekt nie przez krzyk. Przez obecność.
Zwykle obok niego stał jego pomocnik — wojownik w niebieskiej zbroi z oczami
Jai’galaar na hełmie. Symbol należał do Mandalorian, którzy wykazali się
wyjątkowym męstwem w walce. Nie wiedziałem wtedy, kim jest. Ale wiedziałem, że
jest kimś ważnym. Po drugiej stronie często stała jego rodzina. Żona, pięć córek i syn.
Jedna była Togrutanką. Jej montrale wystawały spod częściowo zdjętego hełmu.
Jedna wyglądała jak Echani — blada skóra, białe włosy, oczy zimne i spokojne. trzy
pozostałe były ludźmi, natomiast syn był zeltronem.
Wtedy zrozumiałem coś, czego wcześniej nie pojmowałem. Mandalorianie nie
byli jedną rasą. Byli jednym ludem. W schronie byli wszyscy. Ludzie, Twi’lekowie,
Zabrakowie. Był nawet Mandaliański gigant — wyższy o głowę od wszystkich innych,
jego zbroja wyglądała jak fragment czołgu. Widziałem też kogoś w szatach i masce
przypominających Tuskena który walczył z kabelkami przy broni. Nikt nie zadawał
pytań. Jeśli był tu — był jednym z nas.
Broń była równie różnorodna. Oczywiście były beskady
— czyli mandaloriańskie ostrza z beskaru, były vibroostrza, ale też topory,
miecze energetyczne,czekany, włócznie. Jedna z wojowniczek nosiła nawet kosę
większą od niej samej. Jej ostrze było wyszczerbione od poprzednich bitew. Każda
broń miała historię. Każda zbroja była inna. Różne kolory. Różne symbole. Różne
życia. Jedna kultura. Jeden cel. Przetrwać. I walczyć.
Bombardowanie trwało godzinami, może dniami. Pod ziemią czas traci
znaczenie, liczy się tylko oczekiwanie. I świadomość, że ktoś na powierzchni właśnie
umiera… …żebyś ty mógł żyć. W końcu przyszedł rozkaz. Marik Awaud stanął na
środku głównej komory. Wszyscy zamilkli.
— Pierwszy szturm się rozpoczął. Spojrzał po nas. — I trwa. Krótka pauza. —
Przygotujcie się. Jego cybernetyczna ręka zacisnęła się w pięść.
— Nasza kolej nadejdzie! —I wtedy zrozumiałem. To nie było pytanie „czy”. To
było pytanie „kiedy”. A Mandalorianie… …zawsze byli gotowi na odpowiedź.
Pierwszy raz opuściliśmy schron po trzech dniach. Trzech dniach słuchania
bombardowań, trzęsącej się ziemi i ciszy, która następowała po każdej serii eksplozji.
Ta cisza była najgorsza, bo pozwalała wyobraźni pracować. Gdy w końcu padł
rozkaz wymarszu, nikt nie wiwatował. Po prostu wstaliśmy, sprawdziliśmy broń i
ruszyliśmy za naszymi wodzami ku wyjściu wykutemu głęboko w zboczu wzgórza.
Powietrze na powierzchni było ciężkie od dymu i popiołu. Niebo miało kolor brudnej
szarości, a gdzieś na horyzoncie wciąż wznosiły się kolumny czarnego dymu.
Wzgórza na północ od Keldabe, które kiedyś były surowe, ale żywe, teraz wyglądały
jak rany w ziemi. Kratery po bombardowaniach, spalone drzewa, rozrzucone szczątki
tego, co jeszcze niedawno było domami lub umocnieniami pierwszej linii obrony.
Marik Awaud stał na czele kolumny. Jego metalowe nogi poruszały się z
mechaniczną precyzją, a mimo wieku szedł pewniej niż wielu młodszych
wojowników. Zatrzymał się na szczycie jednego ze wzgórz i spojrzał w dół, na
szeroką dolinę przeciętą rzeką. To tam mieliśmy przyjąć pierwszy prawdziwy cios.
— Tu — powiedział krótko.
Rozkaz natychmiast przeszedł przez szeregi. Mandalorianie nie potrzebowali
długich wyjaśnień. W ciągu godzin wzgórze zaczęło się zmieniać. Okopy były kopane
ręcznie i przy pomocy narzędzi inżynieryjnych, stanowiska strzeleckie wykuto w
skałach, a ciężka broń ustawiona tak, by pokrywała całą dolinę. Kilka czołgów typu
Canderus, które ukryto wcześniej w naturalnych zagłębieniach terenu, zostało
wyprowadzonych na przygotowane pozycje. Ich masywne sylwetki wyglądały jak
drapieżniki czające się do skoku. Mandalliański gigant pracował razem z nami. Był
wyższy o głowę od większości Mandalorian, a jego zbroja była specjalnie
wzmocniona, by utrzymać ciężar jego ciała i siłę, jaką dysponował. Niósł elementy
umocnień, które dla trzech normalnych wojowników byłyby sporym ciężarem, jakby
nic nie ważyły. Gdy wbijał pale obronne w ziemię, robił to jednym uderzeniem.
Jednak główna część planu nie znajdowała się na wzgórzu.
Część naszych sił, w tym ja, została wysłana w dół, nad samą rzekę. Tam
mieliśmy stworzyć obóz sanitarny. Namioty medyczne, prowizoryczne nosze,
skrzynie z zaopatrzeniem, generatory energetyczne — wszystko zostało
rozmieszczone tak, by wyglądało na pospiesznie zorganizowaną placówkę
ratunkową. Osłona była minimalna. Kilka stanowisk strzeleckich, paru wartowników,
Nic, co mogłoby odstraszyć prawdziwy szturm. Była to przynęta. Vongowie nie
myśleli jak my, ale nie byli głupi. Szukali słabości. A my właśnie im ją pokazywaliśmy.
Pamiętam, jak siedziałem na skrzyni z amunicją i patrzyłem na rzekę. Woda płynęła
spokojnie, jakby nic się nie zmieniło. Jakby wojna nie dotarła jeszcze do tego
miejsca. Mhor siedział obok mnie, ostrząc swoje beskad vibroostrze powolnymi,
rytmicznymi ruchami a obok Niego siedział strill i widać że nie mógł się doczekać
bitwy.
— Myślisz, że się nabiorą? — zapytałem. Nie spojrzał na mnie.
— Nabiorą się. Zawsze wszyscy się nabierają.
Rozdział 5
Nie musieliśmy długo czekać. Pierwszy znak nie był dźwiękiem, lecz ruchem.
Ptaki, które wcześniej krążyły nad doliną, nagle wzbiły się w powietrze i odleciały w
panice. Potem przyszło drżenie ziemi. Delikatne na początku, ale narastające. A
potem ich zobaczyliśmy. Dziesięć tysięcy. Czarna masa żywych istot, poruszających
się jak jeden organizm. Ich organiczne zbroje miały kolory kości i krwi, ich broń wiła
się obrzydliwym życiem. Sunęli przez dolinę bez strachu, bez wahania, pewni swojej
przewagi. I mieli rację. Nas było tysiąc. Ich dziesięć razy więcej.
Szli na nas.Dokładnie tak, jak przewidział Marik. Pierwsze szeregi Vongów przyspieszyły, gdy
zobaczyli obóz sanitarny. Musieli uznać go za łatwy cel. Słaby punkt. Miejsce, które
można zniszczyć szybko, by złamać morale obrońców. Czekaliśmy. Serce waliło mi w
piersi tak mocno, że bałem się, iż usłyszą je z odległości setek metrów. Palce
zaciskały się na karabinie. Obok mnie Mhor przestał ostrzyć ostrze i powoli wstał. A
Shaggy przywarł do ziemi jakby chciał się zaraz rzucić na wroga
— Jeszcze nie — powiedział cicho. Vongowie byli coraz bliżej. Sto metrów.
Pięćdziesiąt. Widziałem ich twarze. Ich oczy. Ich nienawiść. Trzydzieści metrów.
Pierwszy z nich krzyknął i rzucił się do biegu.
— Teraz!
Świat eksplodował ogniem. Ukryte działa automatyczne otworzyły
ogień jednocześnie, rozrywając pierwszy szereg Vongów na kawałki. Mandalorianie,
którzy jeszcze sekundę wcześniej wyglądali jak przerażeni medycy i ranni, zerwali
maskowanie i otworzyli ogień z pełną siłą. Podniosły się też płyty z uszkodzonych
statków i ścigaczy które robiły teraz za prowizoryczny mur Vongowie padali
dziesiątkami, ale napierali dalej. Byli fanatykami i nie znali strachu. Dotarli do
naszych linii i walka zmieniła się w chaos. Strzały z blasterów, uderzenia beskadów,
krzyki, krew. Jeden z Vongów rzucił się na mnie z organiczną włócznią, amfistaffem
jak się później dowiedziałem ale Mhor był szybszy. Jego vibroostrze przecięło
przeciwnika od barku po biodro jednym płynnym ruchem.
— Skup się! — warknął. A wtedy przyszło wsparcie. Najpierw usłyszeliśmy ryk
silników. Do tej pory myślałem, że tylko dźwięk kom’rka może mnie tak uradować, ale
jednak silniki czołgów też dawały radę. Czołgi Canderus wyjechały zza wzgórza i
otworzyły ogień w dół doliny. Ich ciężkie działa pruły szeregi Vongów, rozrywając ich
formację. Jednocześnie z obu flank wzgórza pojawili się Mandalorianie, prowadząc
skoncentrowany ogień w dół.
Vongowie nagle znaleźli się pod krzyżowym ogniem. Nie mogli iść na przód bo
wciąż im tarasowaliśmy drogę, Po prawej stronie mieli rzekę a po prawej wzgórze z
którego właśnie nadciągały posiłki. Mogli się tylko wycofać, ale nie tak łatwo nagle
wycofać rozpędzoną armię. Mandalliański gigant zszedł ze wzgórza jak ucieleśnienie
wojny. W jego rękach ciężki blaster wyglądał jak zabawka, a każdy strzał zabijał kilku
przeciwników naraz. Gdy Vongowie podeszli zbyt blisko, rzucił się na nich fizycznie,
łamiąc ciała gołymi rękami i rozbijając ich o ziemię. Rzeka, która wcześniej płynęła
spokojnie, zaczęła czerwienieć. Vongowie próbowali się przegrupować i wycofać, ale
było już za późno. Ich przewaga liczebna, która miała być ich siłą, stała się ich
słabością. Nie mogli manewrować. Nie mogli uciec. Byli stłoczeni.
A my ich dziesiątkowaliśmy. Bitwa wydawała się trwać wieczność, ale nie trwała długo, jej
wynik był przesądzony w chwili, gdy wpadli w pułapkę. Gdy ostatni z nich padł lub
uciekł. Dolina zrobiła się cicha. Stałem pośród ciał, oddychając ciężko. Moje ręce
drżały. Moja zbroja była pokryta krwią — ich krwią. Mhor stanął obok mnie i spojrzał
na wzgórze, gdzie sylwetka Marika Awauda była widoczna na tle szarego nieba.
— To był dopiero początek — powiedział. I wiedziałem, że ma rację.
W pierwszym starciu zabiliśmy około 2000 Vongów a od nas co najwyżej kilka osób
zostało rannych i widziałem jak już opatruje ich mandalorianin w pomarańczowym
pancerzu z wielkim placakiem pierwszej pomocy. Jednak zaatakowali nas na razie
najlżej uzbrojeni Vongowie a kolejni byli już tym razem w zbrojach. Wtedy usłyszałem
jak dowódca w pomarańczowo czarnej zbroi i antenkami przy hełmie mnie woła. Ale
co mnie zaskoczyło nie wywoływał mnie przez hełm tylko krzyczy na całe gardło. I
wtedy zdałem sobie sprawę że wszystkie rozkazy od kiedy zaatakowali Vongowie
były tak wydawane. Podszedłem do dowódcy a on kazał mi biec do głównego obozu
po wsparcie lub rozkaz odwrotu. Miałem się też dowiedzieć czemu nie mamy
komunikacji.
Powietrze było ciężkie od dymu. Nad moją głową przelatywały pociski, a gdzieś
daleko ryknęła eksplozja. Biegłem ile sił w nogach, wdzięczny za lekką zbroję.
Wybrali mnie, bo byłem najmniej doświadczony. I najszybszy. Każdy inny wojownik
był w tej chwili cenniejszy z blasterem w rękach niż ja jako posłaniec. Żałowałem
tylko jednego. Że nie miałem plecaka odrzutowego. Nie żebym umiał nim w ogóle
latać. Ale wtedy czułbym się bardziej… kompletny. Bardziej jak prawdziwy
Mandalorianin. Gdy dotarłem do głównego obozu na wzgórzu, ledwo łapałem
oddech. Mandalorianie poruszali się wokół mnie spokojnie, metodycznie, jakby to nie
było piekło, tylko kolejny dzień pracy. W centrum stał Marik Awaud. Nawet wśród
Mandalorian wyróżniał się. Jego metalowe nogi i ręce były masywne, wojskowe,
stworzone nie po to, by zastępować utracone kończyny, ale by uczynić go silniejszym
niż wcześniej. Spojrzał na mnie, zanim jeszcze się odezwałem. I czekał. Dał mi czas,
bym złapał oddech.
— Dowódca obozu sanitarnego A’rren prosi o wsparcie lub rozkaz ewakuacji —
powiedziałem w końcu. Marik przechylił lekko głowę.
— Mhm. A co dokładnie powiedział? Słowo w słowo?
Przełknąłem ślinę.
— „Niech ten di’kut na mechanicznych kulasach przyśle nam jakieś shabla
wsparcie albo każe nam się stąd zabierać, nim te brzydale się po nas przejdą. I niech
zrobi coś z tą łącznością.”
Przez chwilę panowała cisza. Potem Marik uśmiechnął się. Spojrzał gdzieś w
dal, jakby widział więcej niż pole bitwy.
— Wysłałem już Ashę i Kiri po wsparcie dla waszego oddziału. Powinni
niedługo dotrzeć. Inżynierowie pracują nad łącznością w centrum komunikacyjnym,
ale też nie wiem, jak im idzie.
Spojrzał z powrotem na mnie.
— Leć do nich. I po drodze każ myśliwcom startować. Lepiej, żeby byli w
powietrzu, zanim pojawią się koralowe skoczki.
Moje serce zabiło szybciej. Dostałem
kolejne zadanie.
— Tak jest!
Rozdział 6
Odwróciłem się i ruszyłem biegiem, podczas gdy za moimi plecami linia
obrony znów ożyła ogniem. Wiedziałem, że kom’rki poradzą sobie z koralowymi
skoczkami lepiej niż większość statków. Ale bez łączności nawet najlepsi piloci byli
ślepi. A ślepy wojownik długo nie przeżyje. Wbiegłem do centrum łączności,
zatrzymując się dopiero wtedy, gdy drzwi zamknęły się za mną z głuchym sykiem.
W środku panował zupełnie inny świat niż na zewnątrz. Zamiast ognia i
krzyków była tu gorączkowa cisza pracy, przerywana jedynie trzaskiem iskier i
metalicznym stukotem narzędzi o pancerze i konsole. Kilku Mandalorian było
pochylonych nad otwartymi panelami, zbroje mieli zabrudzone smarem i pyłem
zamiast krwią. W powietrzu unosił się zapach przegrzanych obwodów.
W centrum pomieszczenia stała kobieta w szaro-fioletowej zbroi. Jej hełm leżał na stole obok,
odsłaniając, skupioną twarz. Jej ręce poruszały się szybko i pewnie, jakby rozcinała
wroga, a nie naprawiała sprzęt. Obok niej pracował klon w zbroi mandaloriańskiej,
noszącej ślady dziesiątek bitew. Na naramienniku miał oznaczenie klanu, a jego
ruchy były równie precyzyjne co jej, ale bardziej… wojskowe. Wyuczone. Spojrzała
na mnie tylko na sekundę.
— Jeśli przyszedłeś pomóc, weź narzędzie. Jeśli nie, to nie przeszkadzaj.
— Marik Awaud kazał mi sprawdzić status łączności — odpowiedziałem
szybko.
— I przekazać, żeby myśliwce startowały. To sprawiło, że zatrzymała się.
Odwróciła głowę i spojrzała na mnie uważniej.
— Więc jesteś posłańcem Marika. To nie było pytanie.
— Tak. Skinęła głową lekko.
— Yukai. Główny inżynier tego sektora. Wskazała kciukiem na klona.
— A to Grand. Mój zastępca. Klon spojrzał na mnie i skinął głową krótko, po
żołniersku.
— Łączność nie została zniszczona — powiedział spokojnym, zmęczonym
głosem. — Jest zagłuszana.
— Biotechnologią Vongów — dodała Yukai.
— Nie emitują sygnału, który można łatwo zakłócić. Oni… duszą nasze
częstotliwości. Żywe organizmy zakorzenione w ich statkach i na powierzchni planety
zakłócają pole.
Spojrzałem na otwarte panele.
— Możecie to naprawić?
Yukai prychnęła cicho.
— Naprawić? Nie. Ale możemy to obejść. Grand wskazał na jeden z
generatorów.
— Tworzymy nową sieć opartą na krótkim zasięgu i wzmacniaczach liniowych.
Prymitywne. Ale skuteczne.
— Problem polega na tym — dodała Yukai — że musimy aktywować
przekaźniki ręcznie. Każdy z nich. Zrozumiałem natychmiast.
— Na powierzchni?
Skinęła głową.
— Na powierzchni. Przez chwilę słyszeliśmy tylko odległe dudnienie
bombardowania.
— Myśliwce mają startować — powiedziałem.
— Koralowe skoczki mogą się pojawić w każdej chwili.
Grand spojrzał na Yukai.
— Bez łączności będą walczyć na ślepo. Yukai milczała przez chwilę, myśląc.
Potem podjęła decyzję.
— Nie będą. — Spojrzała na mnie.
— Ty. Zamarłem.
— Ja? — Biegnij do hangaru.
Każdy pilot ma wystartować i przejść na wzrokowy protokół bojowy. Formacja
Krąg Żelaza. Znałem tę formację. Była to stara mandaloriańska taktyka, która nie
potrzebowała łączności. Potrzebowała tylko zaufania.
Grand podał mi mały moduł.
— Jeśli dotrzesz do przekaźnika na północnym grzbiecie, aktywuj to. Wziąłem
urządzenie. Było cięższe niż wyglądało. Yukai spojrzała mi prosto w oczy.
— Jak masz na imię, młody wojowniku?
—Trot.
Skinęła głową.
— Więc biegnij!
— Dziś jesteś częścią naszej armii.
Za moimi plecami ziemia znów zadrżała od odległej eksplozji. Wybiegłem z
centrum łączności, ściskając moduł przekaźnika w dłoni tak mocno, że aż bolały
mnie palce. Korytarze schronu drżały przy każdym uderzeniu gdzieś nad nami. Pył
sypał się z sufitu, a światła migotały, jakby sama planeta walczyła, by utrzymać się
przy życiu. Minąłem dwóch wojowników w niebiesko szarych zbrojach biegnących w
przeciwnym kierunku. Jeden z nich ten u którego szary był ciemniejszy niósł składaną włócznię
zatrzymał się na moment i uderzył mnie pięścią w ramię — mandaloriański gest
otuchy.
— Kandosii, ad’ika! — krzyknął.
—Bądź silny, młody.
Nie odpowiedziałem. Nie musiałem. Dotarłem do hangaru chwilę później.
Ogromna komora była wypełniona dźwiękiem silników rozgrzewających się do startu.
Kom’rk-class fighters stały w rzędach jak drapieżniki gotowe do skoku. Ale było też
kilka Scyków i Star Viperówa także różnych maszyn należących do mandaloriańskich
pilotow. Mechanicy odłączali przewody zasilania, piloci wspinali się do kokpitów.
Podbiegłem do pierwszego pilota. Jego peleryna wyglądała na drogą i
rozmawiał z mandalorianką w różowej zbroi, która trzymała kota na ramionach, od razu poznałem że to jedna z curek Marika.
— Rozkaz Marika Awauda! — krzyknąłem.
— Wszystkie myśliwce mają natychmiast startować! Formacja Krąg Żelaza! Łączność nie
działa
— walczycie na widoczność!
Pilot nawet nie zapytał, skąd wiem. Po prostu skinął głową.
— Zrozumiano.
Chwilę później pierwszy myśliwiec uniósł się nad pokładem z głębokim,
gardłowym rykiem silników repulsorowych. Za nim kolejny. I kolejny. W ciągu
kilkudziesięciu sekund hangar ożył. Poczułem podmuch gorącego powietrza, gdy
jedna z maszyn przeleciała nisko nade mną i wystrzeliła w niebo Mandalory.
Przez otwarte wrota widziałem dym na horyzoncie. I coś jeszcze.
— Koralowe skoczki… — wyszeptałem.
Były inne niż nasze maszyny. Żywe o trójkątnym kształcie. I leciały w naszym
kierunku. Jeden z Mandalorian w hangarze też je zobaczył.
— Są szybsi w próżni — powiedział spokojnie.
— Ale tu… tu jest nasze niebo.
Pierwsze kom’rki już wznosiły się, ustawiając w szerokim kręgu. Bez słów. Bez
rozkazów. Każdy pilot wiedział, gdzie ma być. “Krąg Żelaza” to starożytna formacja.
Zamknięty pierścień ognia i śmierci. Koralowe skoczki zanurkowały. Pierwsze strzały
przecięły niebo. Turbolasery przecięły powietrze jasnymi smugami, trafiając jednego
z organicznych myśliwców. Istota zadrżała, jej powierzchnia pękła, a potem
eksplodowała w chmurze płynów i fragmentów. Ale za nim leciały kolejne. Zbyt wiele.
— Shabla… — mruknął ktoś obok mnie. Zdziwiony zauważyłem
mandalorianina który wstawał z konta niedaleko mnie, czyżby do tej pory spał? Ale
nie miałem czasu o tym myśleć bo miałem jeszcze jedno zadanie. Przekaźnik na
północnym grzbiecie.
Wybiegłem z hangaru z powrotem na powierzchnię. Powietrze było gorące i
pachniało spalenizną. Niebo nad Mandalorą płonęło. Smugi ognia przecinały chmury,
gdy statki walczyły nad naszymi głowami. Biegłem, ile sił w nogach. Moja lekka
zbroja była teraz błogosławieństwem. Słyszałem własny oddech w hełmie. Słyszałem
bicie serca. I wtedy ziemia przede mną eksplodowała. Upadłem i przeturlałem się
instynktownie. Gdy podniosłem głowę dwóch Vongów stało na grzbiecie wzgórza, z
organiczną bronią w dłoniach. Ich pancerze wyglądały jak żywe skorupy, a twarze
były zdeformowane przez rytualne blizny. Musieli przedrzeć się przez linie. Jeden z
nich zauważył mnie i wydał syk. Rzuciłem się w bok, gdy pocisk z ich broni mioptanej
uderzył w ziemię tam, gdzie stałem sekundę wcześniej. Materia eksplodowała w
chmurze żrących kolców. Serce waliło mi jak młot. Nie byłem gotowy. Nie byłem
weteranem. Ale byłem Mandalorianinem. Sięgnąłem po blaster.
— Kandosii… — wyszeptałem do siebie. I wyszedłem im naprzeciw.
Pierwszy strzał trafił Vonga prosto w pierś. I… nic. Energia rozlała się po
powierzchni jego pancerza jak woda po kamieniu. Organiczna zbroja zadrżała, ale
nie pękła. Vong nawet się nie cofnął. Serce zamarło mi w piersi. Oddałem kolejny
strzał. I kolejny. Ten sam efekt.
— Niemożliwe… — wyszeptałem. Vong przechylił głowę, jakby oceniał moją
wartość. Jak drapieżnik patrzący na coś pomiędzy ofiarą a ciekawostką. Potem
ruszył. Był szybki. Znacznie szybszy niż się spodziewałem. Uniknąłem pierwszego
ciosu jego włóczni o centymetry. Ostrze przecięło powietrze z sykiem. Przetoczyłem
się po ziemi i strzeliłem ponownie — tym razem w staw barkowy. Zbroja znów
pochłonęła energię. Drugi Vong obchodził mnie z boku. Byłem w potrzasku. Pierwszy
z nich wykonał nagły ruch ręką. I wtedy zobaczyłem coś, czego nie zapomnę do
końca życia. Jego włócznia… poruszyła się. Nie jak broń. Jak żywa istota. Segmenty
rozsunęły się, wydłużyły, a twarde ostrze zmieniło się w długi, giętki bicz z zębami z
jednej strony. Żywy bicz. Uderzył. Nie zdążyłem w pełni uniknąć ciosu. żęby
zahaczyły o mój karwasz, rozrywając fragment pancerza i rzucając mnie na ziemię.
Uderzenie wybiło mi powietrze z płuc. Blaster wypadł mi z ręki, ślizgając się po pyle
kilka metrów dalej. Spróbowałem wstać. Niestety za wolno. Bicz owinął się wokół
mojej nogi i zacisnął się mocno. Krzyknąłem, czując, jak materiał pancerza zaczyna
ustępować. Vong pociągnął. Zaczął ciągnąć mnie w swoją stronę. Podniósł drugą
rękę, włócznia znów zaczęła zmieniać kształt, przygotowując się do ciosu
kończącego. Wiedziałem, że to już koniec. Spojrzałem w jego czarne, pozbawione
empatii oczy. I wtedy… Zobaczyłem że rzuca się na niego jakiś cień który go obalił.
Zaskoczony zauważyłem że to Shaggy strill Mhora. Zaskoczony wojownik chwilę
szamotał się ze stlilem jednak po chwili wstał podniusł zwierzę i rozerwał je gołymi
rękami. Widząc to wiedziałem że będę następny. Lecz nagle wojownik znieruchomiał
a z jego szyi trysnęła krew i zobaczyłem dwa krótkie bliźniacze ostrza odcinające
Vongowi głowę. Za nim stał Mandalorianin w matowej, szarej zbroi. W jego dłoni
widziałem mocno zakrzywione wibronoże, wbite po rękojeść w ciało przeciwnika.
W tym samym momencie drugi Vong odwrócił się, rycząc z wściekłości. Nie
zdążył zaatakować.Strzał, potężny i precyzyjny. Energia uderzyła go w szyję —
jedyne niechronione miejsce między segmentami pancerza. Jego głowa odskoczyła
do tyłu. Padł martwy. Na grzbiecie stał Mandalorianin w czerwono-czarnej zbroi i
spojrzał na mnie.
— Wstawaj, ad’ika, Mamy kriffing Vongów do spalenia.
Szary Mandalorianin przeciął bicz wibronożem. Martwa broń opadła
bezwładnie, wijąc się jeszcze przez chwilę, zanim znieruchomiała.
Podniosłem się ciężko. Spojrzałem na martwych Vongów.
— Ich pancerze… — powiedziałem.
— Blaster nic im nie robi.
— Bo strzelasz w złe miejsca — odpowiedział spokojnie czerwono-czarny
Mandalorianin. Podszedł bliżej. Wyciągnął zapasowy blaster z magnetycznego
uchwytu przy biodrze i podał mi go rękojeścią do przodu.
— Stawy. Szyja. Oczy. Albo od tyłu. Wziąłem broń. Była co prawda cięższa niż
moja, ale miała większą moc i wyglądała na modyfikowaną.
— Dzięki — powiedziałem.
Przechylił lekko głowę.
— Spoko mam ich jeszcze dziesięć.
Przez moment patrzył na mnie w milczeniu.
— Następnym razem nie daj się rozbroić. Szary Mandalorianin już klęczał przy
ciałach, wyciągając ostrze i sprawdzając, czy przeciwnicy naprawdę nie żyją.
—Będziemy cię eskortować do przekaźnika.
Biegliśmy we trzech. Szary Mandalorianin prowadził, poruszając się nisko przy
ziemi, wykorzystując każdy fragment terenu jako osłonę. Czerwono-czarny trzymał
tył, co kilka kroków odwracając się i kontrolując nasze tyły. Ja byłem między nimi,
ściskając nowy blaster tak mocno, że aż bolały mnie palce. Wzgórze z przekaźnikiem
było już blisko. Metalowa konstrukcja wystawała ze skał jak złamany ząb. Kilka anten
było wygiętych, jedna całkowicie urwana. Panel dostępu wisiał otwarty, a ze środka
wystawały kable. Szary Mandalorianin dopadł do niego pierwszy.
— Osłaniajcie mnie. Przykucnął i zaczął pracować nożem i manipulatorem w
karwaszu, odsłaniając kolejne warstwy uszkodzeń.
Czerwono-czarny stanął obok mnie.
— Pierwsza zasada — powiedział spokojnie.
— Nigdy nie zakładaj, że jesteś sam.
Kiwnąłem głową, skanując horyzont. Na chwilę wszystko ucichło.
— Mam zasilanie — powiedział szary. — Spróbuję przywrócić sygnał. Daj mi
ten moduł od Yukai i Granda. Po chwili z jego karwasza wysunął się przewód, który
podłączył bezpośrednio do rdzenia przekaźnika. A potem
— Mam was… — rozległ się głos w moim hełmie. Szum. Trzaski. I nagle
upragniony czysty sygnał.
— Tu centrum dowodzenia. Kto aktywował przekaźnik? Serce zabiło mi
mocniej. W końcu się udało.
— Patrol południowy — odpowiedział czerwono-czarny spokojnie.
— Przekaźnik działa. Potrzebujemy natychmiastowego wsparcia.
— Przyjęto. Jednostki są w drodze
I wtedy zamarłem widząc ruch na zboczu poniżej. Naliczyłem dziesięć
sylwetek. Dziesięciu Yuzhan Vongów biegło w naszą stronę. Ich organiczne
pancerze błyszczały w słońcu, a żywe włócznie falowały w ich dłoniach jak
drapieżniki spragnione krwi.
— Kontakt — powiedziałem. Szary Mandalorianin odwrócił się natychmiast.
— Ilu? — Dziesięciu. Czerwono-czarny uniósł blaster.
— Pozycje obronne.
Ustawiliśmy się półkolem wokół przekaźnika. Jednak nasi przeciwnicy byli
szybcy. Wręcz za szybcy, Wiedziałem, że nie zdążymy ich powstrzymać. A potem
ziemia zadrżała.Głęboki, metaliczny ryk rozdarł powietrze a ze zbocza po naszej
prawej stronie wyłonił się czołg typu Canderus. Ciężka maszyna sunęła nad skałami,
jakby nic nie ważyła. Jej wieża obróciła się płynnie. I otworzyła ogień. Pierwszy strzał
rozerwał dwóch Vongów na kawałki. Drugi cisnął kolejnych w powietrze. Pozostali na
nogach Vongowie rozproszyli się, szukając osłony. Czołg zatrzymał się obok nas z
sykiem hydrauliki. Właz otworzył się i wysunął się z niego Mandalorianin w czarnej
zbroi. Spojrzał na nas.i popukał się w bok chełmu.
— Vode, jesteście ślepi?! Jego głos był pełen gniewu.
— Daliście się podejść jak nowicjusze! Nikt nie odpowiedział. Pilot spojrzał na
pole walki.
— Linia frontu została przełamana. Wycofujemy się na drugą pozycję.
Zamarłem.
— Przełamana?
Zamiast mi odpowiedzieć pilot spojrzał na przekaźnik.
— Co z tym?
— Działa i dopóki działa mamy komunikację — odpowiedział szary
Mandalorianin.
— Wezwaliśmy wsparcie. Pilot zamarł na sekundę, potem westchnął i skinął
głową.
— Dobra. Spojrzał przez ramię do wnętrza czołgu.
— Zmiana planów. Z wnętrza wysunęła się druga postać. Mandalorianka w
brązowo-niebieskiej zbroi, z karabinem snajperskim przewieszonym przez plecy. Jej
wizjer zatrzymał się na mnie na moment, oceniając.
— My was osłonimy — powiedział pilot. — Dopóki nie nadejdzie wsparcie.
Spojrzałem na zbliżających się Vongów. Na dym unoszący się nad wzgórzami i na
czołg, który był teraz jedyną rzeczą stojącą między nami a śmiercią. Pilot zamknął
właz a wieża obróciła się ponownie.
— Przygotujcie się — rozległ się jego głos przez zewnętrzny głośnik.
— To dopiero początek. I wiedziałem, że miał rację.
A Na początku było… prosto. Czołg Canderus stał się sercem naszej obrony.
Jego ciężkie działa pluły ogniem z rytmiczną precyzją, a każdy strzał rozrywał
kolejnych Yuzhan Vongów. Ich organiczne pancerze wytrzymywały trafienia z lekkiej
broni, ale nie mogły znieść potęgi ciężkiej artylerii. Ciała spadały na skały,
koziołkowały w dół zbocza, znikały w dymie i pyle. Mandalorianka w
brązowo-niebieskiej zbroi leżała na kadłubie czołgu, oparta o karabin snajperski.
Każdy jej strzał był wyrokiem. Każdy trafiony Vong padał z idealnie wypalonym
otworem w głowie.
Szary Mandalorianin obok mnie strzelał krótkimi seriami.
— Za łatwo — mruknął.
Wtedy zrozumiałem, co miał na myśli. Vongowie przestali biec. Zamiast tego
ustawili się w zwartą formację. Gdzie na pierwszą linię wyszli wojownicy w
pancerzach z kraba Vonduum A potem zobaczyłem coś, czego nigdy wcześniej nie
widziałem. Istoty przypominające ogromne kraby — ich pancerze były grube,
segmentowane, błyszczące od biologicznego śluzu. Vongowie trzymali je przed
sobą, jak żywe tarcze. Stworzenia syczały, poruszały odnóżami, jakby próbowały
uciec, ale coś je kontrolowało. Pierwsze strzały z czołgu trafiły w tarcze. I… nic.
Energia rozlała się po powierzchni stworzeń, wchłonięta przez ich organiczne
pancerze. Jedynym widocznym efektem było to że Vongowie po przyjęciu strzału na
chwilę się zatrzymywali. Widać sama siła strzału jakiś efekt przynosiła ale to za mało.
— Co do— Kolejny strzał i ten sam efekt. Pilot czołgu zaklął przez komunikator.
— Rakiety?
— Zużyte! — odpowiedziała jego towarzyszka. Vongowie szli w równym szyku
dalej. Powoli i nieubłaganie jak niepowstrzymany żywiol który wie że zniszczy
wszystko na swej drodze i nie musi się spieszyć. Ich żywe tarcze przyjmowały każdy
strzał. Byli coraz bliżej naszej pozycji a my nic nie mogliśmy im zrobić.
Czerwono-czarny Mandalorianin obok mnie przeładował broń. — Przygotujcie się na
walkę wręcz. Serce waliło mi w piersi. Nie byliśmy gotowi. A już na pewno nie na to,
ale jeśli im dłużej będziemy ich odpierać tym dłużej nasi będą mieć komunikację.
A potem usłyszałem coś jeszcze. Dla wojowników przypartych do muru jest to
najlepszy dźwięk pod słońcem-dźwięk silników. Spojrzałem w górę i tak jak myślałem
zobaczyłem tam Kom’rk.
Mandaloriański transportowiec bojowy przeciął niebo nad
nami, jego sylwetka czarna na tle słońca. Jego działa otworzyły ogień. A ciężkie
turbolasery uderzyły w formację Vongów z góry. Eksplozje rozrywały ich szyk,
rozrzucały ciała i fragmenty żywych tarcz na wszystkie strony. A potem otworzyła się
rampa z której od razu wypadły trzy sylwetki na zewnątrz z plecakami odrzutowymi.
Byli to trzej mandalorianie w ciężkich zbrojach a za nimi kilku w lżejszych
pancerzach.
Wojownicy w ciężkich zbrojach mimo plecaków ciężko wylądowali i od razu
dali ognia z ciężkich karabinów. Od czasu do czasu ktoś próbował zaatakować tych
wojowników ale ich pancerze w niebieskim, zielonym i pomarańczowym kolorze
zapewniały doskonałą ochronę. A dodatkową ochronę zapewniała im zwinna
Mandalorianka w czerwono czarnej zbroi. I wtedy zaczęła się rzeź. Ich broń była
potężniejsza niż wszystko, co widziałem wcześniej. Każdy strzał przebijał pancerze
Vongów, rozrywał ich ciała na kawałki. Poruszali się jak burza — spokojni,
metodyczni, nie do zatrzymania. Vongowie próbowali odpowiedzieć ale nie mieli
żadnych szans z wyszkolonymi i dobrze wyposażonymi wojownikami.
W ciągu niecałej minuty było już po wszystkim i cała okolica była
zabezpieczona.
-ojciec przesyła wsparcie! krzyknął jeden z mandalorianin który ostatni wyskoczył ze statku i poznałem w nim syna Marika
Teraz jak udało się odzyskać łączność to Mandalorianie pracowali
jak jeden wielki organizm z Beskaru broi i mięśni którego celem jest tylko zabijanie
Vongów. A ja stałem już tylko i patrzyłem marząc by też kiedyś taki być.
— …i wtedy wiedziałem, że przeżyjemy, widziałem wtedy istoty różnych ras, z
różnych klanów o różnych poglądach i stylach, nawet zbroje cieżko było znaleźć dwie
jednakowe jednak wszyscy walczyliśmy razem przeciwko Vongą. Wtedy pierwszy raz
zrozumiałem na prawdę kim są mandalorianie i czym dla nich… dla nas jest
Manda’Yaim— powiedziałem, kończąc opowieść.
Epilog
W kantynie panowała cisza. Kirad Allon i kilka innych osób patrzyło na mnie z
fascynacją. Wraaath siedział z kolei obok mnie, spokojny, nieruchomy. Nawet
technik, który wcześniej nas obraził, patrzył w stół i się nie odzywał.
Wtedy w moim hełmie rozległ się sygnał na prywatnym kanale. Zmarszczyłem
brwi i odebrałem.
Była to krótka wiadomość tekstowa. Trackan Sal-Solo nie żyje. Kontrakt
anulowany. Wszystkie jednostki mają się wycofać. Przez chwilę nic nie
powiedziałem.
— Coś się stało? — zapytał Allon. Spojrzałem na niego.
— Sal-Solo nie żyje. Zlecenie odwołane. W kantynie przebiegł szmer. No tak
stacja była projektem Sal-Solo ciekawe co z nią dalej będzie. Mimo wszystko dobrze
było ją zobaczyć.
Allon jednak spojrzał na mnie i zapytał:
— I co było dalej? Na Mandalorze? Spojrzałem w swój kubek.
— Wygraliśmy. Podniosłem wzrok. — Tak jak wygraliśmy całą wojnę o
Mandalorę. Zapadła grobowa cisza, tylko spoza kantyny dochodziły dźwięki pracy na
stacji.
— Ale zapłaciliśmy za to. Zacisnąłem dłoń mocniej na kubku.
— Jedna trzecia populacji zginęła. W tym cały mój klan, oba odłamy i łącznie z
moim mentorem, który zresztą poległ w tej pierwszej bitwie. No i jak już mówiłem
jego stril zginął ratując mnie, od tej chwili samnadałem sobie ksywkę Shaggy na
pamiątkę po nim.
Nikt się nie odezwał.
— A sama planeta… Zawahałem się.
— Vongowie zatruli jej ekosystem. Spalili miasta. Zniszczyli morza. Całe
regiony stały się martwe.
Wraaath położył ciężką dłoń na stole.
— Mandalora przetrwała — powiedziałem cicho.
— Ale wciąż jest spustoszona, bo nikt nam nie pomógł ani podczas wojny ani
po niej. Spojrzałem na nich wszystkich.
— Jednak przetrwaliśmy – Krótka cisza.
— Bo jesteśmy Mandalorianami. Mhi vode an. Wszyscy jesteśmy braćmi.