SPOŁECZNOŚĆ
Menu
Światło pod lodem
— Stang… co za dikut tak się do mnie dobija?
Nawet mimo wyciszenia komunikatora irytująca ikonka połączenia wciąż pulsowała na wyświetlaczu hełmu. Jakby specjalnie chciała odciągać uwagę—w momencie, kiedy Shaggy potrzebował jej najbardziej. A wdepnął właśnie w niezłe osik.
Zlecenie miało być proste. Kilku drobnych złodziejaszków ukradło z muzeum na Lorrd zabytkowy sztylet jakiegoś generała sprzed czasów Starej Republiki. Zanim nieudolne lokalne służby zdążyły cokolwiek zrobić, sztylet był już w drodze na Nar Shaddaa. Zresztą ostatnio na Lorrd zdarzyło się tyle dziwnych wypadków, że pewnie wszyscy mieli ręce pełne roboty.
Artefakt miał ogromną wartość historyczną—takie unikaty rzadko pojawiały się w czasach, kiedy wszystko rozwiązywało się miotaczami blasterowymi. Do tego wykonano go z cartosis, jednego z najdroższych metali w galaktyce. Nic dziwnego, że wynajęto jego—Mandalorianina, który od lat specjalizował się w odzyskiwaniu starożytnych przedmiotów. Często robił to nawet za pół darmo… ale tym razem miał policzyć więcej. Właściwie wiedział to już w chwili, gdy odkrył, że złodzieje pracowali dla jednego z miejscowych bossów mafijnych. Fakt, że wpadł w pułapkę tylko utwierdził go w przekonaniu, że żądanie wyższej stawki to nie tylko prawo—ale obowiązek.
Namierzenie miejsca transakcji nie zajęło mu długo. Miała się odbyć w rzadziej używanych dokach—idealnym miejscu na cichą wymianę. Nie żeby na tym księżycu komukolwiek zależało na dyskrecji. Kiedy dotarł na miejsce, zobaczył jedynie cztery postacie w długich płaszczach. Wyglądało na to, że pójdzie łatwo.
Tyle że kiedy ruszył, by im przeszkodzić, zdał sobie sprawę, że nie są organiczni.
— Droidy? Co zadikut wysyła droidy na wymianę?
Nie zdążył przyjrzeć się im dokładniej—wybuch skutecznie odrzucił go kilka metrów w tył. Hełm zadzwonił mu w głowie, świat zamigotał przed oczami. Nie miał pewności, czy to komunikator go obudził, czy instynkt przetrwania. W każdym razie, gdy tylko odzyskał przytomność, wokół stała już grupka zbirów.
— „Dla pewności jeszcze go zastrzelę” — usłyszał głos jednego z nich.
I właściwie powinien był podziękować osobie, która nieświadomie go ocuciła. Niestety, trudno się walczy, kiedy komunikator wyje pod hełmem, a ikona połączenia miga jak szalona.
W dwóch szybkich ruchach powalił najbliższych przeciwników—jednym z nich był Rodianin, co raczej go nie zdziwiło—i rzucił się do ucieczki. Złodzieje nie mieli pojęcia o wytrzymałości mandaloriańskiej zbroi. Gdy zobaczyli, jak ktoś, kto powinien być martwy, nie tylko żyje, ale jeszcze powala ich kumpli i biegnie dalej, po prostu stanęli jak wryci. Niestety niezbyt długo—moment później rozległy się pierwsze strzały.
Shaggy wykorzystał sekundę spokoju, żeby wyłączyć dźwięk komunikatora. Ikona wciąż pulsowała, ale przynajmniej przestała mu wiercić uszy.
— No trudno.
Za kolejnym zakrętem dostrzegł kilka beczek z paliwem. Albo obsługa doku zrobiła sobie przerwę i zostawiła wszystko, jak stało… albo zbirzy skutecznie ich wykurzyli. W każdym razie nadarzyła się świetna okazja, żeby odpłacić złodziejom pięknym za nadobne.
Podbiegł do skrzyń, wyjął mały ładunek i aktywował go, ustawiając zdalne odpalenie. Zostawił go w jednej z beczek, po czym szybko pobiegł dalej w stronę kolejnego budynku.
Gdy tylko wyskoczył zza rogu, bandyci ruszyli za nim z okrzykami i wiązkami blasterów. Kilka trafień obiło jego pancerz, ale beskar to beskar—a więc z łatwością skrył się za następnym załomem.
Złodzieje, jak się okazało, nie byli zbyt lotni. Popędzili za nim całą grupą, nie zwracając uwagi na nic wokół. W tym także na beczki.
Eksplozja zatrzęsła ścianami doku. Fala ognia i odłamków przeszła dokładnie przez miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu stali.
Shaggy wyszedł zza osłony dopiero, gdy echo wybuchu zniknęło. Przymocował lunetę do blastera i rozejrzał się ostrożnie. Ciała leżały rozrzucone jak porzucone zabawki.
Przeszukiwał je szybko, sprawnie, aż wreszcie przy jednym z nich znalazł to, po co tu przyszedł—sztylet.
Uniósł go, obracając w dłoni.
— Na szczęście cartosis jest twardsze… a już na pewno twardsze od kilku zbirów.
Wsunął artefakt do zabezpieczonego futerału, po czym zerknął jeszcze raz na pobojowisko.
— Ech… czas się zbierać, zanim ich szef postanowi tu zajrzeć.
Dwa dni później Trot ponownie stanął na Lorrdzie. Przybył tu, by oddać odzyskany sztylet, ale też po to, by wreszcie spotkać się z tajemniczym zleceniodawcą — tym samym, który tak uparcie próbował nawiązać z nim kontakt. Pierwotnie mieli spotkać się na Coruscant, lecz kiedy rozmówca dowiedział się, dokąd zmierza Mandalorianin, natychmiast zmienił plany. Lorrd, z jego słynnym uniwersytetem i bibliotekami uchodzącymi za jedne z najbogatszych w sektorze, uznał za znacznie „bardziej adekwatne miejsce”.
Największe zdumienie wzbudziło w Trocie to, że spotkanie wyznaczono w dziale poświęconym Taungom. Już samo to wystarczyło, by Mandalorianin zareagował ciekawością. A kiedy usłyszał, że zlecenie wiąże się z czasami sprzed odkrycia Mandalory, bez wahania przyjął zaproszenie.
Przechodząc przez teren uniwersytetu, wzbudzał nieuniknioną sensację. Nic dziwnego — rzadko widywano tu Mandalorianina, a już na pewno nie w pełnej zbroi. Trot nie dbał o polerowanie pancerza. Jego białe i złotawe płyty były wyszczerbione, poobijane, poprzepalane od blasterowych trafień i pokryte sadzą. Rzadki widok pośród sterylnie białych korytarzy.
Gdy dotarł do wejścia biblioteki, jego uwagę natychmiast przykuł napis w mandaloriańskim alfabecie nad jednym z bocznych działów.
Manda’Yaim — Mandalora.
Pod nim widniał stylizowany allik z czaszką mitozaura, wpisany w nieregularny okrąg.
Takie rzeczy nie pojawiały się w akademickich bibliotekach bez powodu.
Wszedł do środka.
W dziale Mandaloryjskim znajdowały się tylko dwie osoby: człowiek i Lorrdianin, obaj w ciemnych naukowych szatach. Kłócili się zapalczywie.
Trot, zaintrygowany, zatrzymał się między regałami i przysłuchał.
— Mówię ci, że mandaloriańskie kobiety mają ograniczoną pozycję! — syczał Lorrdianin, wymachując datapadem.
— Bzdura — parował człowiek. — Mandalorianie dawno zrównali role! To kultura wojowników, liczy się siła, nie płeć!
Trot parsknął głośnym śmiechem. Obaj uczeni zamarli i spojrzeli na niego, bladnąc na widok autentycznego Mandalorianina stojącego wśród regałów.
— Naukowcy… — mruknął Trot. — Mogą rozmawiać cały dzień, ale jak temat kłótni stanie im przed nosem, to tracą mowę.
— Widzę, że mam rację! — triumfował człowiek. — Sam Mandalorianin potwierdza!
— Niczego nie potwierdzam — odpowiedział Trot. — Po prostu zabawne jest słuchać, jak wydajecie opinie o czymś, czego nigdy nie widzieliście na własne oczy.
— Dokładnie — rozległ się głos zza jego pleców.
Trot odwrócił się.
Za nim stał młody człowiek o długich brązowych włosach, niewysoki i lekko zgarbiony pod ciężarem torby wypchanej holoksiążkami.
— Nad Leund, doktorant profesora Vilnaua Teupta — przedstawił się z zaskakującą pewnością. — To ja pana tu zaprosiłem.
Trot uniósł głowę.
— Trot. Już gdzieś słyszałem nazwisko Teupt…
Na to dwójka kłócących się uczonych poderwała brwi niemal jednocześnie.
— „Gdzieś słyszałem”…? — powtórzył człowiek, jakby usłyszał herezję.
— Największy żyjący znawca Mandalorian — dodał Lorrdianin z niedowierzaniem. — Czy Mandalorianie nie znają własnych ekspertów?
— My znany naszych wodzów, nie waszych profesorów — odparł Trot oschle. — Poza tym, uczę się z czynów, nie z wykładów.
Nad zachichotał pod nosem, najwyraźniej przyzwyczajony do takich reakcji.
— Przejdźmy do rzeczy — powiedział doktorant. — Chcielibyśmy wynająć pana do uczestnictwa w ekspedycji na Coruscant. Dokładniej: do grobowców Zhellów na terenie dawnego Notronu.
Trot zainteresował się natychmiast.
— Zhellów? Ludzi, którzy walczyli z Taungami o Coruscant? Myślałem, że nie ma dostępu do tych grobowców.
— Ostatnia wojna wszystko zmieniła. — Nad skinął głową. — Zniszczenia spowodowane wojną z Vongami odsłoniły wejście do jednego grobowca. Ale droga i tak jest niebezpieczna.
To zdanie uderzyło w Trota jak blasterowy impuls.
Stare Taungowe artefakty? Przed-Mandaloriańskie?
To była okazja życia.
Nad mówił dalej:
— Pański udział byłby dla nas kluczowy. Zna pan kulturę, symbole, język. Potrafi pan również zadbać o nasze bezpieczeństwo. No iii… jest Pan Kiffarem prawda?
— Tak, widzę, że razem z profesorem się nieźle przygotowaliście. Nie każdy o tym wie, zwłaszcza że rzadko pokazuje tatuaże.
— Tym bardziej bylibyśmy wdzięczni jeśliby Pan z nami poleciał, ile będzie kosztował Pana czas?
— Stawka standardowa — powiedział Trot. — Plus jedna rzecz.
— Słucham?
— Jeśli oni nie polecą… — wskazał kciukiem na dwójkę akademików — …to część znalezionych artefaktów Taungów trafi na Mandalorę. Nie wszystko, tylko to, co faktycznie ma znaczenie dla naszego dziedzictwa.
Nad zamrugał.
— To… brzmi rozsądnie. Profesor Teupt na pewno się zgodzi.
Dwójka uczonych otworzyła usta, jakby chcieli zaprotestować, ale spojrzeli na Trota, na jego wysłużony karabin przewieszony przez ramię i na zbroję noszącą ślady bitew z całej galaktyki — i natychmiast je zamknęli.
— Zatem mamy umowę? — zapytał Nad.
— Mamy — odpowiedział Trot.
Kilka minut później opuszczał bibliotekę, a za nim podążał Nad, zasypując go szczegółami logistycznymi, terminami i pozwoleniami na eksplorację starożytnych ruin.
Na dziedzińcu czekał jego statek — szarobiały, kanciasty, zgeometryzowany myśliwiec o sylwetce przypominającej skrzyżowanie bombowca ze skrzydłem szturmowym. Jego w własny Kom’rk którego nazwał “Cien przeszłości” Kadłub nosił ślady wielu remontów, blachy były matowe i połatane, ale maszyna miała w sobie coś majestatycznego i groźnego.
Trot rzucił okiem na kadłub, muskając dłonią wyszczerbiony panel i zdejmując hełm.
Nadowi zaskakujące wydało się, że mimo że przez prawie cały hełm po prawej stronie biegną ślady pazurów, na twarzy Trota nie ma żadnej blizny.
— Dobra, — mruknął. — Czas odwiedzić grobowce Zhellów.
— I może — dodał pod nosem — samych Taungów… przynajmniej ich echa.
Nad spojrzał na niego zaintrygowany, lecz nic nie powiedział.
Silniki Cienia Przeszłości zawyły cicho, gdy Shaggy odsunął statek od lądowiska. Kom’rk wznosił się płynnie, jego skrzydła połyskiwały w światłach portu, a metaliczne echo kabiny przypominało, że ten transportowiec widział więcej bitew niż połowa floty republikańskiej.
Shaggy rzucił krótkie spojrzenie towarzyszowi siedzącemu za nim.
— Zapnij pasy, Nad. Ten statek lubi się trząść przy starcie.
— On… wygląda, jakby lubił się trząść zawsze — mruknął doktorant, wciskając się głębiej w fotel pasażera.
Shaggy zaśmiał się pod nosem.
— Dlatego nazywa się Cień Przeszłości. Ma dużo historii. I dużo blizn.
— Jak jego właściciel? — zapytał ostrożnie Nad.
Shaggy tylko uniósł brew, miał już taki zwyczaj i nic z tym nie zrobił, zresztą pod hełmem i tak tego ludzie nie widzieli. Po czym pociągnął dźwignię skoku.
Statek wydłużył się w świetlistą smugę i zniknął w nadprzestrzeni.
— Muszę przyznać… — zaczął Nad, wpatrując się w migoczące linie hyperprzestrzeni — …nadal nie mogę uwierzyć, że zgodziłeś się na tę wyprawę za taką stawkę.
Shaggy rozsiadł się wygodnie, zakładając ręce za głowę.
— Nie robię tego dla kredytów. Powiedziałeś „Taungowie”. To wystarcza.
— Ale grobowiec jest Zhellów, nie Taungów — przypomniał doktorant.
— I właśnie dlatego może w nim być coś Taungowego. Zhellowie w tamtych czasach zbierali trofea, broń, czaszki… wszystko, co odebrali Taungom, zanim ci uciekli z Notronu.
Shaggy spojrzał na Nada z ukosa.
— A trofea lubią wracać do właścicieli. Chociażby po tysiącach lat.
Nad przełknął ślinę.
— Właśnie dlatego profesor Teupt powiedział, że jesteś idealny do tej ekspedycji.
— Profesor jeszcze żyje? — Shaggy uniósł brew.
— Oczywiście! Jest tylko… chory. Wysłał mi wiadomość, że połączy się z nami, gdy dotrzemy na Coruscant.
— Dobra. Zobaczymy, co powie.
Tuż przed wyjściem z nadprzestrzeni konsola zapiszczała. Nad uruchomił holo.
Postać profesora Teupta pojawiła się z migotliwym zarysem — wyglądał blado, zmęczony, ale uśmiechał się pod wąsem.
Konsola komunikacyjna zapiszczała głucho, a Nad po chwili wyświetlił projekcję holo. Obraz zamigotał, po czym ukazała się postać profesora Vilnaua Teupta. Wyglądał gorzej niż ostatnim razem — ramiona miał zapadnięte, a głos brzmiał chropawo, jakby każdy oddech kosztował go wysiłek.
— Dobrze… że jesteście — powiedział, zanim obraz zdążył się ustabilizować. — Nie mamy luksusu czasu.
Shaggy skrzyżował ramiona.
— Mów, profesorze. Nad mówił, że sprawa zrobiła się pilna.
— I zrobiła się — potwierdził Teupt. — Wejście do grobowca nie znajduje się pod miastem, jak wcześniej sądziliśmy. Przynajmniej nie bezpośrednio.
Profesor przesunął coś poza kadrem, a nad stołem pojawiła się holograficzna mapa Coruscant. Jedno z jej południowych pól zostało podświetlone bladoniebieskim światłem.
— Południowa czapa lodowa — wyjaśnił. — Dawniej główne źródło wody dla megamiasta. Systemy wydobycia lodu działały tam nieprzerwanie przez tysiąclecia… aż do ostatniej wojny.
— Domyślam się, że Vongowie je uszkodzili — mruknął Shaggy.
— Tak. Celowo albo przypadkiem — odparł profesor. — Linie energetyczne, generatory pola stabilizującego i stare tunele serwisowe zostały naruszone. A gdy systemy padły… lód zaczął pękać.
Nad pochylił się nad mapą.
— I to odsłoniło jaskinie?
— Zgadza się. Naturalne formacje, starsze niż miasto. Jedna z nich prowadzi głęboko pod czapę lodową.
Profesor zawahał się na moment.
— Informacje nie pochodzą z oficjalnych raportów. Otrzymałem je od informatorów: techników wodnych, lokalnych przewoźników, ludzi, którzy znikają z rejestrów miasta, gdy nie chcą, by ktoś zadawał pytania.
Shaggy skinął głową.
— Ci zwykle widzą więcej niż archiwa.
— Dokładnie. Według ich relacji, w jednej z odsłoniętych jaskiń znaleziono kamienne struktury. Nie naturalne. Ściany z wyrytymi symbolami, stare paleniska, resztki metalowych przedmiotów o składzie niepasującym do technologii Coruscant.
— Prawdopodobnie po prostu starsze o kilka tysięcy lat — powiedział Shaggy bez wahania.
Profesor uśmiechnął się słabo.
— też tak sądzę. Mogliśmy się natknąć na niezbadany grobowiec.
— Kto jeszcze o tym wie? — zapytał Nad.
— Niestety zbyt wielu — odpowiedział Teupt ponuro. — Oczywiście poinformowaliśmy władzę na Coruscant. Musieliśmy w końcu uzyskać zgodę na badania. Poza tym kilku szabrowników już próbowało zejść w głąb jaskini. Jeden nie wrócił. Dwóch innych przysięgało, że „coś” tam jest i że nie było samo.
W kabinie zapadła cisza.
— Dlatego potrzebujecie Wookieego — dodał profesor. — I dlatego potrzebujecie Shaggy’ego.
Mandalorianin przechylił głowę.
— A dlaczego ja?
— Bo jeśli tam są artefakty Taungów… to tylko ktoś, kto zna ich kulturę nie z książek, ale z krwi i tradycji, będzie wiedział, czego nie dotykać i czego nie zostawić.
Hologram zadrżał.
— Będę się z wami kontaktował, gdy tylko siły mi na to pozwolą. Uważajcie. Południowa czapa lodowa Coruscant to martwa strefa. Oficjalnie — zamknięta. Nieoficjalnie — pełna ludzi, którzy nie chcą świadków.
Połączenie zgasło.
Shaggy spojrzał na Nada.
— No to pięknie — powiedział spokojnie. — Lodowiec, ruiny, szabrownicy i duchy starej wojny.
Założył hełm.
— Idealne miejsce na spacer.
Cień Przeszłości wyszedł z nadprzestrzeni, a przed iluminatorami rozciągnęła się planeta pełna światła.
Coruscant — metalowa kula, pocięta tysiącami pasów ruchu, błyszcząca nieskończoną siecią wieżowców.
Shaggy nie przepadał za tym miejscem. Za mało nieba, za dużo ludzi. Chociaż z drugiej strony łatwo było się zgubić lub kogoś/
— Widzę platformę lądowania, którą profesor nam wynajął — oznajmił Nad.
— Widzę też kogoś, kto na nas czeka — mruknął Shaggy.
Na krawędzi platformy stała wysoka, potężna sylwetka pokryta jasnym futrem.
Wookiee. Bez wątpienia.
Shaggy ustawił statek do lądowania i rozłożył skrzydła.
— No, Nad —
— Poznajmy naszego trzeciego do spółki.
Opuścili rampę i do statku dostał się wiatr i zapach miasta.
Shaggy wyszedł pierwszy, ciężkie kroki jego butów odbiły się echem od metalowej platformy.
Wookiee zrobił krok naprzód.
Był większy niż Shaggy się spodziewał. I lepiej uzbrojony.
Ryknął krótkie przywitanie.
Shaggy odparł spokojnie:
— Jestem Trot ale wszyscy mi mówią Shaggy. Ty musisz być Wraaath. Profesor mówił, że jesteś dobry w… ciężkich pracach.
Wookiee nachylił głowę, wydając niski, aprobujący pomruk.
Nad wyszedł ostrożnie za Shaggy’m.
— To… to on…? — zapytał szeptem.
— A kto inny miałby mieć dwumetrowy topór i więcej futra niż mój statek kabli? — odpowiedział Shaggy.
W tym momencie na londowisko wszedł jakiś porządnie ubrany Bothanin z notesem i astromechem przy boku, z daleka było widać że to urzędnik.
— Zostawcie to mnie. —Westchnął Nad — Wynająłem nam kwatery na czas badań, tu macie adres. Idźcie się ulokować a ja się zajmę formalnościami.
Wraaath zarzucił swój plecak na ramię i skierował się do wyjścia z platformy.
Shaggy ruszył za nim, zerkając przelotnie na panoramę Coruscant.
— Coś mi mówi, że będzie ciekawie. — rzucił spokojnie Shaggy.
Następnego dnia udali się na niższe poziomy Coruscant. Winda zatrzymała się z głuchym, zmęczonym jękiem. Światła zamigotały, a na panelu sterowania pojawił się napis, którego nikt nie aktualizował od dekad:
POZIOM – 5127
DALSZY TRANZYT NIEDOSTĘPNY
— Dalej już nie pojedzie — mruknął Nad, chowając datapad. — To jeden z ostatnich oficjalnie zasilanych poziomów.
Drzwi rozsunęły się powoli, odsłaniając korytarz, który wyglądał bardziej jak rana w ciele planety niż część megamiasta. Ściany były wilgotne, popękane, miejscami porośnięte czymś, co przypominało pleśń, ale świeciło bladym, chorym światłem. Powietrze było ciężkie, nasycone zapachem rdzy, starego oleju i czegoś jeszcze — stęchlizny, której nie dało się przypisać do jednej rzeczy.
Shaggy wyszedł pierwszy. Jego biało-złota zbroja z beskaru wyglądała tu niemal obscenicznie czysto, jak relikt z innej epoki. Hełm przeskanował otoczenie, nanosząc na wizjer niestabilną mapę struktur podziemnych.
— Od tego miejsca — powiedział spokojnie — miasto się kończy. Dalej są tylko fundamenty… i to, co pod nimi.
Wraaath wyszedł za nim. Jasne, szaro-zielone futro Wookieego lekko się jeżyło. W dłoniach obracał jeden z kordów, nie nerwowo — raczej instynktownie. Jego gardłowe warczenie odbiło się echem od ścian.
— Mówi, że to miejsce śmierdzi strachem — odezwał się Shaggy po chwili. — I że ktoś tu jest.
Nad przełknął ślinę.
Za windą zaczynały się schody. Długie, wąskie, spiralne. Stopnie były nierówne, częściowo zapadnięte, jakby coś ciężkiego wielokrotnie nimi schodziło… albo było ciągnięte w dół. Światła awaryjne działały co trzecie, a reszta korytarza tonęła w ciemności, którą rozcinały tylko lampy hełmu Shaggy’ego.
Im niżej schodzili, tym ciszej się robiło. Zniknęło nawet odległe buczenie miasta. Coruscant nad nimi żyło, oddychało i pędziło — tutaj zostały tylko krople wody spadające gdzieś w mroku i metaliczne trzaski starych konstrukcji.
Na jednym z podestów Shaggy uniósł dłoń.
— Stójcie.
Z cienia wyłoniły się sylwetki. Czterech… nie, pięciu zbirów. Źle ubrani, z tanimi blasterami i metalowymi pałkami. Jeden miał na sobie fragment starego pancerza policyjnego, przerobionego na coś, co bardziej przypominało ochronę niż mundur.
— Ej, patrzcie — zaśmiał się jeden. — Rycerzyk i… futrzak.
— Zgubiliście się — dodał drugi. — Ten dół nie jest dla turystów.
Shaggy nie odpowiedział. Jego ciężki karabin blasterowy opuścił się tylko o kilka centymetrów — wystarczająco, by celownik nasady snajperskiej złapał pierwszy cel.
Strzał był pojedynczy. Precyzyjny. Blaster wyrwał broń z dłoni jednego ze zbirów, topiąc ją w bezkształtną masę. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Shaggy był już w ruchu — płynny, oszczędny, każdy krok przemyślany. Kolejny strzał trafił w kolano, trzeci w ścianę tuż obok głowy napastnika.
— Uczcie się — rzucił chłodno. — Jeszcze żyjecie.
Wraaath nie czekał.
Z rykiem, który wypełnił klatkę schodową, Wookiee ruszył naprzód. Nie było w tym finezji — była czysta, pierwotna siła. Jeden z kordów rozciął powietrze, drugi wbił się w metalową poręcz, gdy Wraaath pchnął przeciwnika na ścianę. Kości trzasnęły. Ktoś krzyknął.
Tam, gdzie Shaggy eliminował zagrożenie z dystansu i kontrolował pole walki, Wraaath łamał je na kawałki. Jednym ruchem pozbawił zbira broni, drugim rzucił nim o schody, aż ten zsunął się kilka poziomów niżej, znikając w ciemności.
Zostało dwóch. Jeden uciekł. Drugi osunął się na kolana, drżąc.
Zapadła cisza.
Shaggy podszedł powoli, spojrzał w dół schodów.
— I dlatego nikt tu nie schodzi — powiedział cicho. — Miasto woli zapomnieć, co ma pod sobą.
Wraaath zawarczał nisko. Tłumacz w hełmie Shaggy’ego wychwycił sens, nie słowa.
— Mówi, że to dopiero początek.
Shaggy skinął głową i ruszył dalej w dół, w stronę poziomów, gdzie Coruscant przestawało być miastem…
…a zaczynało być grobem.
Im niżej schodzili, tym bardziej zmieniał się charakter podziemi. Metal i beton ustępowały miejsca surowej skale, a stare konstrukcje Coruscant wyglądały tu jak obce narośle przyklejone do czegoś znacznie starszego. Powietrze stało się zimniejsze. Nie gwałtownie — raczej powoli, zdradliwie, jakby planeta sama chciała ich przygotować na to, co czekało dalej.
Shaggy zatrzymał się nagle.
— Ktoś za nami idzie — powiedział cicho.
Nad zamarł.
— Znowu zbiry?
— Nie — odpowiedział Mandalorianin po chwili. — Zbiry są głośne.
Wraaath odwrócił głowę. Jego futro lekko się nastroszyło, a gardłowy pomruk był niski, ostrzegawczy. Coś tam było. Daleko. Ostrożne. Świadome.
Nie ruszyli w pogoń. Cokolwiek ich śledziło, robiło to na własnych warunkach.
Kilka poziomów niżej tunel otworzył się szerzej. Temperatura spadła wyraźnie. Ściany pokrywał szron, a pod stopami chrzęścił lód. Stare rury transportujące wodę pękły dawno temu, tworząc lodowe stalaktyty zwisające z sufitu niczym zamarznięte kły.
— Strefa lodowa — mruknął Nad. — Jesteśmy blisko południowej czapy.
Zanim dotarli do właściwego wejścia, natknęli się na coś, co nie pasowało do reszty ruin.
Obóz.
Był opuszczony, ale nie stary. Kilka tygodni, może miesiąc. Improwizowane namioty, skrzynie transportowe, przenośne generatory — wszystko rozstawione z chorą precyzją. Na ziemi wyryto symbole, których Nad nie rozpoznał, ale Shaggy poczuł, jak coś w nim się napina.
— Cthon — powiedział cicho.
— Jesteś pewien? — zapytał Nad.
Shaggy wskazał na jeden z symboli, częściowo zasypany lodem.
— Raczej tak, słyszałem że żyją w najniższych częściach Coruscant ale raczej nie opuszczaliby obozu bez powodu.
Wraaath wydał krótkie, gniewne warknięcie.
— Mówi, że to miejsce jest skażone — przetłumaczył Shaggy. — I że duchy tu nie śpią.
W jednej z rozbitych skrzyń coś leżało.
Posążek.
Niewielki, wykonany z ciemnego kamienia, gładkiego aż do nienaturalności. Przedstawiał Pierścienicę — jej ciało było smukłe, niemal piękne, ale twarz… twarz była pusta, zbyt gładka, jakby nie miała prawa patrzeć na śmiertelników.
Shaggy uklęknął, zanim zdążył się zastanowić. Zdjął rękawicę.
— Shaggy… — zaczął Nad.
— Muszę.
Dotknął posążka.
Świat eksplodował.
Nie obrazami — uczuciami. Zimno. Ekstaza. Strach tak intensywny, że aż słodki. Widział dłonie Cthonów, drżące, gdy składali ofiary. Słyszał krzyki ludzi prowadzone do ołtarza, czuł ich rozpacz… i coś jeszcze.
Zadowolenie.
Pierścienica słuchała.
Cthonowie oddawali jej cześć, wierząc, że ich ofiary przybliżają ich do transcendencji. Krew, strach, śmierć — wszystko było darem. Posążek był nie tylko symbolem. Był ogniskiem kultu, kotwicą dla czegoś starszego, głodnego.
Shaggy cofnął dłoń gwałtownie, łapiąc oddech.
— Składali jej ofiary z ludzi — powiedział chrapliwie. — I nie robili tego z przymusu. Robili to, bo wierzyli.
Nad pobladł.
— Dlaczego tu?
Shaggy spojrzał w głąb lodowego tunelu, gdzie mrok był gęstszy niż gdziekolwiek indziej.
— Bo to miejsce jest stare. Starsze niż miasto.
Założył rękawicę.
— I ktoś… albo coś… ich stąd wypłoszyło.
Z głębi tunelu dobiegł cichy dźwięk. Nie krok. Nie oddech.
Coś, co brzmiało jak metal ocierający się o lód.
Wraaath chwycił kordy.
— Nie jesteśmy sami — powiedział Shaggy, unosząc karabin. — I nigdy nie byliśmy.
A gdzieś w cieniu, poza zasięgiem światła, ktoś — albo coś — obserwowało ich w milczeniu, czekając aż zrobią kolejny krok w głąb lodowego grobu Coruscant.
Wejście do jaskini znajdowało się tam, gdzie lodowiec pękł najgłębiej.
Nie było oznaczone. Nie było zabezpieczone. Po prostu istniało — czarna szczelina w lodzie i skale, szeroka na tyle, by przejść pojedynczo. Z wnętrza wypełzał chłód, inny niż zwykłe zimno. Martwy. Stary.
Shaggy zatrzymał się przed wejściem i przeskanował je hełmem. Czujniki wariowały — lód, kamień, anomalie energetyczne. Jakby sama przestrzeń nie chciała być mierzona.
— To nie jest naturalna jaskinia — powiedział w końcu. — Ktoś ją poszerzał. Dawno temu.
Wraaath pochylił się i dotknął ściany. Jego pazury zaskrzypiały po lodzie.
— Mówi, że kamień tu „pamięta” — przetłumaczył Shaggy. — I że mu się to nie podoba.
Weszli.
Światło z zewnątrz zniknęło niemal natychmiast. Lampy hełmu rysowały w mroku wąskie stożki, odsłaniając ściany pokryte rysami i nacięciami. Nie były przypadkowe. Ktoś wyznaczał drogę.
Tunel skręcał, zwężał się, potem nagle rozszerzał w niskie komory. Z sufitu zwisały sople, a pod stopami lód był starty i porysowany.
— Tu ktoś chodził — zauważył Nad. — Niedawno.
Shaggy przykucnął i przesunął palcami po lodzie. Ślady butów. Ciężkie. Niesymetryczne.
— Nie jeden — powiedział. — I nie turyści.
Głębiej tunel rozdzielał się na trzy odnogi. Dwie były zasypane częściowo gruzem i lodem. Trzecia… trzecia była wyraźnie używana. Lód był tam cieńszy, stopiony i ponownie zamarznięty. Na ścianach widać było ślady dotyku, zadrapania, a nawet resztki osmalenia.
— Ktoś torował sobie drogę — mruknął Nad.
— Albo uciekał — odparł Shaggy.
Wraaath nagle zastygł. Jego głowa uniosła się, nozdrza zadrżały.
Niskie warczenie.
— Coś się poruszyło — powiedział Shaggy. — Za nami.
Nie było dźwięku kroków. Nie było światła. Tylko wrażenie… jakby echo ich własnych ruchów wracało z opóźnieniem. Jakby ktoś celowo stawiał stopy tam, gdzie oni już byli.
Ruszyli dalej.
Tunel opadał coraz niżej, aż lód ustąpił miejsca nagiej skale. Temperatura lekko wzrosła, ale uczucie ciężaru w powietrzu tylko się nasiliło. Ściany nosiły ślady dłut i prymitywnych narzędzi.
— Zhellowie — powiedział Nad z rosnącą ekscytacją. — To ich robota.
— Nie koniecznie — odparł Shaggy.
W pewnym miejscu natknęli się na coś, co wyglądało jak prowizoryczny obóz — kilka wypalonych kręgów, resztki pochodni, porzucony sprzęt. Ktoś tu odpoczywał. Czekał.
— Cthon? — zapytał Nad.
Shaggy nie odpowiedział od razu.
— Możliwe
Tunel nagle się skończył.
Nie zwęził się. Nie zawalił. Po prostu skończył się, jakby ktoś odciął dalszą drogę jednym, zdecydowanym ruchem. Przed nimi rozciągała się ogromna komora.
Światła hełmu Shaggy’ego nie sięgały jej końca.
Sklepienie ginęło w mroku wysoko nad nimi, a ściany… ściany były zbyt gładkie. Wypolerowane przez czas albo przez coś, co wielokrotnie się o nie ocierało. Daleko, bardzo daleko po drugiej stronie sali, majaczyły drzwi — monumentalne, kamienne, ledwo widoczne jak cień w cieniu.
— To już grobowiec — wyszeptał Nad.
Na odległych ścianach, poza zasięgiem światła, widać było płaskorzeźby. Ledwie zarysowane kontury postaci: ludzi z prymitywną bronią, wojowników o nieludzkich sylwetkach, sceny walki, triumfu… i czegoś, co wyglądało jak oddawanie czci.
W kilku miejscach w ścianach znajdowały się otwory. Ciemne. Nieregularne. Zbyt regularnie rozmieszczone, by były naturalne.
Wraaath wydał niski, przeciągły pomruk. Jego futro wyraźnie się zjeżyło.
— Mówi, że to miejsce jest złe — przetłumaczył Shaggy. — I że ziemia tu kłamie.
Zrobili kilka kroków.
I wtedy Shaggy poczuł to pod stopami.
Nie kamień.
Nie lód.
— Stójcie! — warknął.
Podłoga była miękka.
Nie zapadała się, ale delikatnie uginała pod ciężarem, jak napięta membrana. Światło hełmu przesunęło się niżej i wtedy to zobaczyli.
Jedwabna sieć.
Rozciągała się pod nimi jak gigantyczna pajęczyna, warstwami, grubymi jak liny cumownicze. W głębi sali, bliżej drzwi, było jej jeszcze więcej — zwisającej ze ścian, oplatającej filary, tworzącej coś na kształt kokonów.
— Cofamy się — powiedział Nad drżącym głosem.
Za późno.
Z jednego z otworów w ścianie coś zostało wrzucone.
Ciało uderzyło o sieć i zawisło, zaplątane w nici. Dziewczyna. Młoda. Brudna, poraniona, z szeroko otwartymi oczami.
— To ona… — wyszeptał Nad. — Ta, która nas śledziła.
— Żyje — powiedział Shaggy. — Jeszcze.
Z otworów w ścianach dobiegł hałas. Gardłowe okrzyki. Śmiech. Skandowanie.
Cthon.
Pojawiali się jeden po drugim, wypełzając z tuneli, wspinając się po ścianach, uderzając w kamień i metal. Byli wychudzeni, pomalowani symbolami, z oczami błyszczącymi fanatycznym światłem.
— Dar! Dar dla Pana! — wrzeszczeli.
Sieć pod stopami zadrżała.
Najpierw delikatnie. Potem mocniej.
Z pomiędzy nici… coś zaczęło się wynurzać.
Ogromna sylwetka, amorficzna, poruszająca się jak cień zanurzony w oleju. Skóra — jeśli można to było tak nazwać — Była bezbarwna i jakby trochę przezroczysta. Dziesiątki macek i wypustek wysuwały się i chowały, a w centrum masy błysnęło coś, co przypominało oko.
Taozin.
Shaggy uniósł karabin i strzelił.
Pocisk trafił… i zniknął.
Drugi. Trzeci. Nic.
— Blastery nie działają! — krzyknął Nad.
Wraaath ryknął i rzucił się naprzód, ale Shaggy złapał go za ramię.
— Nie! To coś… to nie jest do zabicia tutaj!
Taozin poruszył się szybciej. Jedna z macek przecięła powietrze, rozrywając sieć kilka metrów od nich.
— UCIEKAĆ! — wrzasnął Shaggy.
Ruszyli, biegnąc po drgającej, żywej podłodze w stronę ledwo widocznych drzwi po drugiej stronie komory, podczas gdy za nimi Cthonowie wyli z ekstazy, a coś pradawnego, czczonego jak bóg, budziło się w swoim gnieździe.
Drzwi rosły przed nimi z każdą sekundą…
…a sieć pod stopami zaczynała pękać.
Drzwi były uchylone na zewnątrz.
Ledwie na szerokość ramienia — wystarczająco, by dostrzec za nimi ciemny korytarz, ale zbyt mało, by czuć ulgę. Shaggy nie zastanawiał się ani chwili. Wpadł pierwszy, pchając skrzydło barkiem, niemal wślizgując się do środka. Wraaath przeszedł zaraz za nim, ciągnąc Nada, a na końcu — dziewczynę, wciąż zaplątaną w resztki jedwabnej sieci.
— TERAZ! — ryknął Shaggy.
Gdy tylko znaleźli się po drugiej stronie, powietrze eksplodowało od ogłuszającego uderzenia.
Coś potężnego walnęło w drzwi od strony komory. Kamień zadrżał, runy na powierzchni skrzydeł rozbłysły bladym światłem, a zawiasy zapiszczały jak ranne zwierzę.
Drugie uderzenie.
Trzecie.
Drzwi zatrzasnęły się, a ciężki głaz opadł w prowadnice z hukiem, który niósł się echem w głąb korytarza. Taozin nie przeszedł. Ale wszyscy wiedzieli, że to nie znaczyło „nigdy”.
Zapadła cisza. Gęsta. Dusząca.
Shaggy odwrócił się powoli i uniósł karabin, celując w dziewczynę.
— Nie ruszaj się.
Uniósł dłoń w geście, który Wraaath zrozumiał bez tłumacza — Wookiee stanął tuż za nią, kordy gotowe.
Dziewczyna podniosła ręce. Trzęsły jej się, ale w oczach nie było paniki. Raczej… frustracja.
— No dobra — powiedziała ochryple. — To nie tak miało wyglądać.
— Śledziłaś nas — stwierdził Nad. — Od samego początku.
— Tak.
Wzruszyła ramionami.
— Liczyłam, że zginiecie. A potem… — urwała i spojrzała na zbroję Shaggy’ego. — …że was obrabię.
Zapadła chwila ciszy.
— Jesteś jedną z informatorek — powiedział Shaggy. Nie pytaniał po prostu to stwierdził.
Dziewczyna zmrużyła oczy.
— Skąd…
— Wiedziałaś że przybędziemy i pewnie czekałaś.
Westchnęła.
— Nazywam się Keera. Pracuję… pracowałam dla ludzi z niższych poziomów. Przemytnicy, technicy wodni, bandyci.
Spojrzała w stronę drzwi, za którymi coś znowu poruszyło kamieniem.
— Myślałam, że to tylko ruiny. A wy… wyglądaliście na ludzi, którzy wejdą pierwsi i umrą głośno.
Shaggy opuścił karabin o kilka centymetrów.
— Masz szczęście.
Po chwili dodał:
— My umieramy rzadko.
Korytarz za nimi był krótki. Zbyt krótki, by czuć się bezpiecznie. Gdy przeszli kilkanaście metrów, przestrzeń nagle się otworzyła.
Sala.
Ogromna. Oświetlona bladym, organicznym światłem odbijającym się od setek… jaj.
Były wszędzie.
Przyczepione do ścian. Zwisające z sufitu. Ułożone w skupiskach na kamiennej posadzce. Każde wielkości dużego plecaka, półprzezroczyste, pulsujące w rytmie, który nie miał nic wspólnego z naturalnym oddechem.
W niektórych wnętrzach coś się poruszyło.
— Gniazdo — wyszeptał Nad. — To całe… gniazdo.
Shaggy poczuł, jak coś ściska go w żołądku.
Wraaath ścisnął kordy, a jego warczenie było niskie i pełne gniewu.
Keera cofnęła się o krok.
— Powiedz mi, że mamy wyjście — wyszeptała.
Shaggy spojrzał w głąb sali, gdzie wśród jaj widać było kolejne przejście, prowadzące jeszcze głębiej w grobowiec.
— Mamy — odpowiedział.
Założył hełm szczelniej.
— Ale nie spodoba ci się, dokąd prowadzi.
A gdzieś za kamiennymi drzwiami coś uderzyło raz jeszcze — wolno, cierpliwie — jakby wiedziało, że ofiary nie mają już wielu dróg ucieczki.
Zapach był pierwszą rzeczą, która uderzyła ich naprawdę.
Nie krwi — ta dawno zamarzła.
To był zapach rozkładu, starej śmierci i wilgoci zamkniętej pod ziemią przez dziesiątki lat.
Między jajami leżały resztki.
Kości obgryzione do gładkości. Fragmenty ubrań z niższych poziomów Coruscant: robocze kombinezony, stare płaszcze, buty o wytartych podeszwach. Tu i ówdzie — elementy pancerzy obcych ras, połyskujące w bladym świetle jaj jak wyrzuty sumienia.
— Brali każdego — powiedział Nad cicho. — Ludzi, Twi’leków… nawet Ithorianina.
Wraaath wydał krótki, gniewny ryk. Jednym z kordów wskazał na ciemny otwór w ścianie, częściowo zasłonięty siecią.
— Tunel — przetłumaczył Shaggy. — I to nie ten, którym przyszliśmy.
Tunel był szeroki. Wygładzony. Ściany nosiły ślady tarcia, jakby coś ogromnego wielokrotnie się przez nie przeciskało.
— Wejście Taozina — stwierdził Shaggy. — Tędy poluje.
Po drugiej stronie sali, między skupiskami jaj, znajdowało się jeszcze jedno wyjście — wąskie, ale stabilne. Nie prowadziło w głąb gniazda, tylko w bok.
— Droga ucieczki — powiedział Nad. — Albo…
— Albo droga, którą zapędzał ofiary — dokończył Shaggy.
Zapadła cisza.
— Nie możemy go zostawić — powiedział Shaggy w końcu. — Jeśli stąd wyjdziemy, wróci do łowów.
— To część grobowca! — zaprotestował Nad. — Nie możemy wysadzić miejsca o takiej wartości historycznej!
— Jeśli tego nie zrobimy, nikt nie będzie miał czego badać — odparł Shaggy chłodno. — Bo wszyscy będą martwi.
Wraaath postąpił krok naprzód i uderzył kordem w ziemię. Krótkie, wściekłe warczenie.
— Mówi, że bestia nie należy do grobowca — przetłumaczył Shaggy. — I że grobowce są dla zmarłych, nie dla potworów.
Nad zacisnął zęby.
— Ile mamy ładunków?
Shaggy spojrzał na swój pas.
— Za mało.
Zapadła ciężka cisza.
— Może nie — odezwała się Keera.
Wszyscy spojrzeli na nią.
— Po drodze — powiedziała, unosząc torbę, którą dotąd miała przewieszoną przez ramię — znalazłam ciała. Strażnicy wodni… albo najemnicy.
Otworzyła zamek.
— Mieli to.
W środku połyskiwały granaty termiczne.
Nad pobladł.
— To… to może zawalić cały sektor.
— Właśnie o to chodzi — powiedział Shaggy. — Podpory.
Wskazał na masywne kolumny podtrzymujące sklepienie.
— Jeśli to puści, gniazdo przestanie istnieć.
— A grobowiec? — zapytał Nad cicho.
Shaggy spojrzał na płaskorzeźby widoczne w oddali, na sceny wojny i zwycięstwa.
— Przetrwał tyle wojen i tysięcy lat. Przetrwa i to… jeśli my przetrwamy.
Nad zamknął oczy.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Ale robimy to precyzyjnie. Bez chaosu.
— Nie obiecuję — mruknął Shaggy.
Rozdzielili się.
Granaty zostały umieszczone u podstaw filarów, tam gdzie kamień był już nadwyrężony przez wieki wilgoci i drgań. Shaggy pracował szybko, metodycznie, zaznaczając na wizjerze punkty zapłonu. Wraaath osłaniał tunel Taozina, gotów w każdej chwili ruszyć do walki.
Keera spojrzała na Shaggy’ego.
— Jak go zwabimy?
Mandalorianin spojrzał na tunel, potem na jaja.
— On już wie, że tu jesteśmy — powiedział spokojnie. — Musimy tylko sprawić, żeby się pospieszył.
W oddali coś poruszyło się w mroku tunelu.
Sieci zadrżały.
— Czas się kończy — powiedział Nad.
Shaggy aktywował zapalniki i spojrzał na wyjście.
— Jak tylko bestia wejdzie do sali…
zawiesił głos.
— …uciekamy. Bez oglądania się.
Z tunelu dobiegł dźwięk, który nie brzmiał jak ryk.
Brzmiał jak radość drapieżnika, który wie, że ofiary same przyszły do jego gniazda.
A sklepienie nad nimi — stare, pęknięte, pełne historii — czekało tylko na jeden impuls, by runąć.
Taozin nie musiał być wołany.
Wystarczyło, że Shaggy aktywował zapalniki próbne i rzucił jeden z pustych ładunków w głąb sali. Metal uderzył o kamień, echo poniosło się po gnieździe, a jaja zaczęły pulsować szybciej, niespokojnie.
Z tunelu dobiegł dźwięk, który nie był rykiem.
Był odpowiedzią.
Sieci zadrżały jak napięte struny, a masywna sylwetka Taozina zaczęła przeciskać się przez wąskie przejście. Jego ciało falowało, aramiona wbijały się w skałę, rozrywając ją jak mokrą glinę.
— TERAZ! — krzyknął Shaggy.
Ruszyli.
Shaggy prowadził, Nad i Keera biegli tuż za nim, ślizgając się po jedwabnej posadzce. Wraaath zamykał odwrót, cofając się krok po kroku, z kordami w dłoniach, warcząc i uderzając w macki, które zbliżały się zbyt śmiało.
Byli już prawie przy wyjściu, gdy powietrze przeciął świszczący dźwięk.
— WRAAATH! — wrzasnął Nad.
Taozin pluł siecią.
Gruba, lepka sieć wystrzeliła z masy potwora i uderzyła Wookieego w pierś, przygwożdżając go do podłogi i ściany jednocześnie. Kolejna warstwa oplotła jego ramię, wyrywając mu kord z dłoni.
Wraaath ryknął, szarpiąc się, ale sieć była jak żywa — zaciskała się z każdym ruchem.
Taozin ruszył w jego stronę.
— UCIEKAJCIE! — ryknął Shaggy do Nada i Keery.
— Nie! — krzyknęła Keera.
Shaggy już zawracał.
Biegł prosto na bestię, sięgając do pasa. Miecz świetlny zapłonął niebieską poświatą z charakterystycznym trzaskiem, jego światło rozdarło mrok gniazda ostrą, jasną linią.
Pierwsze cięcie trafiło w mackę.
Nie było krwi. Nie było krzyku. Wydawało się że półprzezroczyste ciało taozina rozczepiło ostrze miecza.
Ale Taozin zadrżał i odwrócił się w jego stronę.
— DAWAJ! — wrzasnął Shaggy do Wookieego.
Taozin zareagował gwałtownie. Jego masa uderzyła w ziemię, a jedna z macek smagnęła Shaggy’ego, rzucając go kilka metrów dalej. Na szczęcie zdążył włączyć tarczę energetyczną która razem ze zbroją z beskaru przyjęła uderzenie, ale powietrze i tak uciekło mu z płuc.
Wstał natychmiast.
— Dobra… — warknął. — To było grzecznie.
Prawy karwasz rozsunął się z sykiem.
Miotacz ognia wypluł strumień płomieni prosto w centralną masę Taozina.
Tym razem reakcja była natychmiastowa.
Bestia cofnęła się gwałtownie, macki zaczęły wić się chaotycznie, uderzając w jaja i ściany. Sieci zaczęły się topić, kapać, pękać.
Wraaath ryknął i wyrwał się, rozrywając resztki jedwabiu brutalną siłą. Rzucił się w stronę Shaggy’ego, chwytając go za ramię i niemal ciągnąc w stronę wyjścia.
— Mówi, że ma dług do spłacenia — przetłumaczył Shaggy przez zaciśnięte zęby.
— PÓŹNIEJ! — wrzasnął Nad.
Dopadli do wyjścia w chwili, gdy Taozin odzyskiwał równowagę. Jego „oko” zwróciło się ku nim, a sieci znów zaczęły zbierać się w gęste pasma.
— TERAZ! — krzyknął Shaggy.
Wybiegli w korytarz.
Shaggy odwrócił się tylko na sekundę i odpalił ładunki.
Świat za nimi eksplodował.
Huk był ogłuszający. Ziemia zatrzęsła się, a fala uderzeniowa rzuciła ich na posadzkę. Za nimi grobowiec zaczął się zapadać, filary pękały, sklepienie runęło, grzebiąc gniazdo, jaja i coś, co nie powinno było nigdy wyjść na światło.
Gdy wreszcie zapadła cisza, oddychali ciężko, leżąc w pyle i mroku.
Wraaath pierwszy się podniósł. Spojrzał na Shaggy’ego i wydał niski, poważny pomruk.
— Mówi, że ogień był dobrym wyborem — przetłumaczył Shaggy, siadając ciężko. — I że następnym razem on biegnie pierwszy.
Keera parsknęła nerwowym śmiechem.
— Przypomnij mi — powiedziała drżącym głosem — żebym nigdy więcej nie liczyła na cudze trupy.
Shaggy spojrzał w stronę zawalonego korytarza.
— To nie był cud — powiedział cicho. — To było ostrzeżenie.
A gdzieś głęboko pod Coruscant coś bardzo starego właśnie zostało pogrzebane…
…ale nie zapomniane.
Kurz jeszcze nie opadł całkiem, gdy ruszyli dalej.
Kilka minut odpoczynku w bocznym korytarzu wystarczyło, by złapać oddech i opatrzyć drobne rany. Wraaath usiadł ciężko pod ścianą, oddychając głęboko, a Shaggy sprawdził zapalniki i broń, zanim schował miecz świetlny z powrotem do pasa.
— Żyjemy — stwierdziła Keera.
— Każdemu się zdażą — stwierdzil Shaggy
— Ale to już sukces
— Statystycznie tymczasowy — mruknął Nad, podnosząc się. — Chodźmy. Jeśli ten korytarz naprawdę prowadził do grobowca… to jesteśmy blisko.
Tunel za zawaliskiem był starszy, bardziej regularny. Ściany nie były tu rzeźbione przez kult czy bestię, lecz przez architektów i kamieniarzy. Kamień był gładki, zdobiony geometrycznymi wzorami i prostymi symbolami bitewnymi.
Po kilkudziesięciu metrach korytarz rozszerzył się nagle.
Weszli do skarbcа.
Sala była ogromna — znacznie większa niż komora Taozina. Sklepienie wznosiło się wysoko, podtrzymywane przez masywne filary, na których wyryto sceny bitew: ludzie Zhellów ścierający się z Taungami, włócznie krzyżujące się z tarczami, i upadłe sztandary.
Na środku sali spoczywał grób.
Kamienny sarkofag, monumentalny, ozdobiony maską wodza Zhellów — surową, pozbawioną emocji, z pustymi oczodołami patrzącymi w wieczność. U jego stóp leżały insygnia władzy i broń.
— Jeden z wodzów — powiedział Nad niemal szeptem. — Sądząc po skali… jeden z najwyższych.
Wzdłuż ścian znajdowały się stojaki i skrzynie. Broń Zhellów: masywne ostrza, włócznie, topory. Obok nich — broń Taungów, brutalniejsza w formie.
Cartosis. Beskarowe stopy włóczni. Maski Taungów — każda inna, każda nosząca ślady walki.
Nad uruchomił skaner. Ciche piknięcia odbijały się echem od ścian.
— Brak aktywnych zabezpieczeń — powiedział po chwili. — Brak energii. Brak sygnałów biologicznych.
Zawahał się.
— To… nienaruszone miejsce. Prawdziwe.
Keera podeszła do jednej ze skrzyń i pochyliła się, palce już sunęły ku ozdobnemu kielichowi.
— Nawet jednej małej pamiątki nie zauważą — zaczęła.
— Nie — powiedział Shaggy.
Jego głos był spokojny, ale stanowczy.
— Jeszcze nie — dodał Nad. — Naszym celem było rozpoznanie. Lokalizacja. Potwierdzenie.
Spojrzał na nią surowo.
— Znaleźliśmy grobowiec, przetrwaliśmy Taozina i odkryliśmy skarbiec. To i tak… więcej niż plan zakładał.
Wraaath chrząknął znacząco i wskazał na wyjście.
— Mówi, że szczęście ma krótką pamięć — przetłumaczył Shaggy.
Keera cofnęła rękę z wyraźną niechęcią.
— Dobra — mruknęła. — Ale wrócimy tu.
Shaggy spojrzał jeszcze raz na maski Taungów i płaskorzeźby bitew. Przez moment, niemal odruchowo, położył dłoń na jednym z kamieni.
Nie sięgnął głębiej.
Jeszcze nie.
— Wracamy — powiedział w końcu.
Droga powrotna była szybsza, choć nie spokojna.
Kilka razy natknęli się na Cthan — chaotyczne, prymitywne istoty czające się w bocznych tunelach. Bez wsparcia Taozina nie stanowiły większego zagrożenia. Wraaath rozprawiał się z nimi brutalnie i skutecznie, Shaggy osłaniał grupę krótkimi, precyzyjnymi strzałami, a Nad trzymał się z tyłu, dokumentując wszystko, co mógł.
Gdy wreszcie dotarli do bezpieczniejszych korytarzy, napięcie zaczęło powoli opadać.
— Jeden dzień — powiedział Nad zmęczonym głosem. — Zdecydowanie za dużo jak na jeden dzień.
Shaggy skinął głową.
— A to dopiero początek — odparł.
Grobowiec Zhellów został odnaleziony.
Bestia pogrzebana.
Skarbiec nienaruszony… no prawie.
Epilog
Światło powierzchni Coruscant raziło po godzinach spędzonych w mroku.
Para unosiła się z ust, gdy wyszli z lodowej strefy na zabezpieczony taras techniczny dawnej infrastruktury wodnej. Nad nimi rozciągało się niebo przecinane korytarzami powietrznymi, a gdzieś w oddali migotały światła megamiasta — obojętne na to, co wydarzyło się głęboko pod nimi.
Shaggy zdjął hełm i wciągnął powietrze. Pachniało metalem, ozonem i chłodem — ale było czyste.
— Połącz mnie z profesorem — powiedział.
Hełm zawibrował cicho. Po chwili hologram zamigotał i ustabilizował się. Vilnaua Teupt wyglądał blado, ale oczy miał czujne. Za jego plecami widać było stosy danych i skany przewijające się po ekranach.
— Żyjecie — stwierdził. — To już więcej, niż się spodziewałem.
Nad uśmiechnął się krzywo.
— Grobowiec Zhellów istnieje — powiedział. — I jest nienaruszony. Przynajmniej w głównej części.
Shaggy streścił wydarzenia krótko, bez upiększeń: zniszczone systemy lodowe, kult Cthon, Taozina i skarbiec. Gdy wspomniał o eksplozji, profesor zmarszczył brwi, ale nie przerwał ani razu.
— Rozumiem — powiedział w końcu Teupt. — W obecnych warunkach była to jedyna rozsądna decyzja.
— Przez najbliższe dni będziemy tam wracać — powiedział Nad. — Zabezpieczymy wejścia, oznaczymy korytarze, sprawdzimy stabilność konstrukcji.
— A gdy będzie bezpieczniej — dodał profesor — wyślę większą ekipę. Archeologów, inżynierów, historyków. To odkrycie może zmienić wszystko, co wiemy o wczesnych dziejach Coruscant.
Keera skrzyżowała ręce.
— A co z ludźmi stamtąd? — zapytała. — Z dolnych poziomów.
Profesor zawahał się na moment.
— Jeśli badania potrwają — powiedział w końcu — pojawi się ochrona, infrastruktura, kredyty. Grobowiec może stać się… miejscem odwiedzin. Atrakcją.
Westchnął.
— To nie rozwiąże wszystkich problemów, ale… tak. Ich los może się poprawić.
Zapadła cisza.
— Keera — odezwał się Nad. — Znasz tunele, ludzi, dolne poziomy.
Spojrzał na nią uważnie.
— Przydałabyś się nam. Legalnie. Z wynagrodzeniem.
Kobieta parsknęła cicho.
— Proponujecie mi pracę?
— Proponujemy wybór — odparł Shaggy.
Keera spojrzała na rozciągające się pod nimi miasto, na światła, które zawsze były poza jej zasięgiem.
— Pomyślę — powiedziała w końcu. — Ale… to lepsze niż liczenie na cudze trupy.
Wraaath wydał niski, aprobujący pomruk.
— Mówi, że to mądra decyzja — przetłumaczył Shaggy.
Profesor skinął głową.
— Odpocznijcie. Zrobiliście dziś więcej, niż ktokolwiek mógł oczekiwać.
Hologram zgasł.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
Shaggy spojrzał w stronę lodowej pustki, pod którą spały groby, bestie i historia starsza niż miasto.
— Światło nie zawsze jest na górze — powiedział cicho. — Czasem trzeba je odkopać.
Wraaath położył mu ciężką dłoń na ramieniu. Nad uśmiechnął się zmęczony, a Keera po raz pierwszy wyglądała, jakby naprawdę widziała przyszłość.
Pod Coruscant coś zostało ocalone.
A Cień Przeszłości był gotów ruszyć dalej, gdy tylko historia znów upomni się o swoje.
Koniec?