Pułapka na przyjaciela

 

Nieznana planeta Zewnętrznych Rubieży. Południowy kontynent. 

 

Planeta na której się znajdowali nie figurowała w żadnych rejestrach, ani na żadnych mapach gwiezdnych. Zwykły, niezamieszkały lesisto-górzysty świat, na obrzeżach Zewnętrznych Rubieży. Członkowie “Vlam Vryheid”, nazwali tą planetę po prostu “Azyl”. Często ją odwiedzali, dokonując niezbędnych napraw, oraz odzyskując siły po licznych bitwach i potyczkach z łowcami niewolników i piratami. Po ostatniej bitwie ich krążownik “Liberator” miał trochę dziur do załatania, podobnie jak wielu członków i członkiń organizacji. Dlatego też zamiast nieść wolność gnębionym mieszkańcom biednych planet, statek spoczywał na zielonej równinie, nieopodal dużego, błękitnego jeziora, leżącego na granicy lasu, u podnóża gór. Blisko statku wyrosło całe miasteczko namiotów i szałasów rozstawionych przez zmęczonych ciągłym przebywaniem na statku bojowników. Dziesiątki z nich zajmowały naprawy i konserwacja statków organizacji, reszta leczyła rany, naprawiała swoją broń i sprzęt albo po prostu regenerowała siły. Większość z nich potrzebowała tego ostatniego bardziej niż myślała. Niektórzy z nich postanowili skorzystać z okazji jakie dawało czyste i niezbyt głębokie jezioro i spędzali długi czas pływając, czy po prostu wylegując się nad jego brzegiem.  

 

Jedna z takich grupek w osobie bothanina, faelanki, młodego ludzkiego mężczyzny, wookiego i twi’lekanki siedziała pod dużym drzewem, kryjąc się w jego cieniu przed promieniami słońca. Między nimi rozłożone były były karty do sabaka oraz trunki i przekąski. 
-No i znowu przegrałeś Woorwilu – zaśmiał się bothanin zabierając wygraną. Wookie gniewnie mruknął, zaciskając ze złości potężne pięści.  

-Ej wyluzuj Woorwil, Fared wygrał uczciwie. Masz napij się to ci pomoże na nerwy – powiedział ludzki mężczyzna podając mu butelkę alderańskiego piwa.  

-Właśnie, słuchaj Marika. Mandalorianie są ekspertami w kwestii opanowywania nerwów – zaśmiała się faelanka.  

-Masz mi coś do zarzucenia Tira? – spytał Marik udając oburzenie. 

-A choćby to z jakiego powodu masz zakaz udziału w naprawach “Liberatora” – parsknęła wciąż rozbawiona Tira. 

-A co zrobił? – zaciekawiła się twi’lekanka – Miałam wtedy wolne, a on nie chciał mi powiedzieć – dodała obrzucając podejrzliwym spojrzeniem Marika. 
-Nic takiego moja droga, takie tam drobne nieporozumienia – powiedział Marik dając znać Tirze by skończyła temat.  

-”Drobne nieporozumienia” to u Mandalorian rzucanie w ludzi narzędziami – wyszeptał z przesadną teatralnością Fared.  

-Ej należało mu się, uszkodził mi silnik Z-95. I nie czepiaj się Mandalorian – mruknął Marik. 

-Na Moc, ty się naprawdę nie potrafisz opanować co? – twi’lekanka pokręciła zrezygnowana głową . 

-I za to mnie lubisz Veshana – Marik puścił do niej oko, na co Veshana westchnęła i demonstracyjnie przewróciła oczami. 

-Dobra dość tych pogaduszek, rozdawaj – powiedziała Tira do Fareda i przez następną godzinę w pełni poświęcili się grze, którą znowu wygrał bothanin, ku wielkiemu oburzeniu Woorwila.  

 

Pochłonięci grą przyjaciele nie zauważyli jak w ich stronę zakradł się gryzoniowaty zwierzak, który ostrymi ząbkami przeciął pasek torby Woorwila i po krótkim myszkowaniu w niej, porwał w swoje małe łapki, misternie rzeźbiony, drewniany amulet i uciekł z nim niezauważony.  

 

Po zakończonej grze, wciąż niezadowolony Woorwil wziął torbę chcąc schować do niej karty. Zdziwiony tym że jest otwarta, włożył łapę do środka, sprawdzając czy czegoś nie zgubił. Po chwili warknął wściekle i zaczął ryczeć w swoim języku.  

-Ej spokojnie kolego – krzyknął Marik i jak reszta odskoczył poza zasięg łap wściekłego wookiego – Co się stało? – zapytał. Zdenerwowany wookie wywarczał swoją odpowiedź.  

-Ale jak to zginął ci amulet? Co to za amulet? – zapytała Veshan. Woorwil trochę się uspokoił i wyjaśnił, że był to amulet który dostał matki i była to jego jedyna po niej pamiątka, którą zawsze nosił w torbie przy sobie, a teraz zniknęła.  

-Spokojnie, pokaż mi tą torbę – powiedziała Tira, wookie podał ją jej. Faelanka obejrzała ją dokładnie i przyjrzała się nadgryzionym paskom.  

-No to mamy ostrozębnego złodzieja, raczej małego skoro go nie zauważyliśmy, ale tacy zwykle kradną jedzenie, a nie rodzinne pamiątki – stwierdziła zdziwiona. 

-Rzeczywiście dziwne że skradł ci amulet – przyznał Fared – Ta planeta nie jest zamieszkała, sprawdzaliśmy to wiele razy, więc to musiało być jakieś zwierzę, a nie przedstawiciel rozumnego gatunku – dodał. 

-No nic skoro to zwierzę to je wytropimy i odzyskamy co ukradło – powiedział Marik i poklepał futrzastego przyjaciela po plecach, na co ten zamruczał z wdzięcznością.  

-Tira ty zawsze chwaliłaś się że jesteś taką świetną tropicielką, widzisz jakieś ślady? – spytał Fared. Tira przykucnęła i długo badała ślady na ziemii. 

-Wiesz tylu naszych się tu przewaliło ostatnimi dniami że ciężko rozeznać się w śladach. Zresztą jak ty chcesz wytropić po śladach małego gryzonia? – parsknęła rozbawiona – Głupi mieszczuch-dodała . 

-To może pójdę po Greyera, niech użyję Mocy skoro ty sobie nie radzisz – odgryzł się bothanin. Tira zignorowała zaczepkę i dalej szukała śladów, nagle zobaczyła beżowy strzępek futra w trawie.  
-To chyba naszego złodzieja – pokazała reszcie i powąchała krzywiąc się od razu – Na Moc, śmierdzi jak te okropne rodiańskie sery, które ostatnio kupiliśmy – dodała z obrzydzeniem. 

-Hmm rzeczywiście – potwierdził Marik, również zatykając nos, po tym jak powąchał futra – Aż dziwne że go nie wyczuliśmy jeśli tym śmierdzi – dodał. 

-Ale daje to nam pewną sposobność – zauważyła Veshan, a wszyscy spojrzeli na nią pytająco – No raczej rodiańskie sery nie występują tu naturalnie, więc ten gryzoń musiał je ukraść z naszych zapasów. Może jeśli mu smakują, moglibyśmy wykorzystać je do zrobienia przynęty na niego – zaproponowała. 
-A wtedy go złapiemy i co? Przesłuchamy? – pokręcił głową z dezaprobatą Fared.  
-Nie. Skoro nasz złodziej lubi zbierać pamiątki, to podrzucimy mu coś podobnego do tego amuletu, tylko dodamy do tego mały nadajnik. I zaprowadzi nas do swojego gniazda, gdzie pewnie składuje swój łup. A smród tego sera wyczuje pewnie ze sporej odległości, i kiedy przyjdzie się na niego skusić, zobaczy kolejną pamiątkę – spokojnie wyjaśniła twi’lekanka.  

-Hmm to ma sens, widziałem kiedyś pewien gatunek ptaków-złodziei, który znosił różne błyskotki i tym podobne do swoich gniazd. Może ten gryzoń ma podobnie – powiedział Marik. 
-No to mamy plan – powiedziała Tira – My pójdziemy skombinować nadajnik i to śmierdzące gówno, a ty Marik pochwal się jakim to jesteś artystą z nożem i coś ładnego wygraweruj na amulecie, a ty Woorwil spróbuj się uspokoić – dodała. Wookie mruknął ponuro i usiadł pod drzewem, a Mandalorianin wycinał odpowiedni kawałek drewna i rzeźbił go według wskazówek. Tymczasem reszta poszła po potrzebne zapasy na statek.  

 

Kilka godzin później, kiedy pułapka była już gotowa na obrzeżach obozu, cała piątka siedziała w ukryciu obserwując czy ich złodziejaszek już się skusił na łup.  
-Masz coś na skanerze? – zapytał Marik faelankę, która wpatrywała się w niewielki datapad.  

-Jeszcze nic, może dziś nie przyjdzie – mruknęła, na co Woorwil warknął niezadowolony . 
-Ej nie zapeszam tylko biorę pod uwagę realną możliwość że nie jest głodny, albo nie jest już zainteresowany tym serem, zresztą mu się nie dziwię wcale – odpowiedziała wookiemu.  

-Dobra nie ma sensu żebyśmy tu siedzieli wszyscy. Ja, Tira i Woorwil tu zostaniemy, a wy idźcie się przespać, zmienicie dwójkę z nas za 6 godzin dobra? – powiedział Marik do Fareda i Veshan. 

-Dobra to powodzenia w łowach – powiedziała twi’lekanka i wraz z bothaninem udała się w stronę obozu. Kolejne dwie godziny minęły na czekaniu i gdy już zaczynali tracić wiarę skaner w datapadzie lekko się zaświecił. Rozbudzili się natychmiast. Marik i Woorwił sięgneli po lornetki z noktowizją i zwrócili się w stronę pułapki.  

-Widzisz go? – spytał Marik, na co wookie cicho zaprzeczył.  

-Ciii jest-wyszeptała Tira wskazując ruszające się krzaki. Jasnobeżowy gryzoń sunął powoli w stronę otwartej skrzynki z rodiańskim serem.  

-Futro się zgadza – mruknęła Tira – Oby to był on – dodała. 

Zwierzak niuchał ostrożnie, po czym wskoczył do skrzynki, przez chwilę widzieli tylko jego wystający i ruszający się, długi ogon. Po chwili wyszedł ze skrzyni, ściskając coś w zębach.  

-Nadajnik się przemieszcza – powiedziała do reszty Tira  

-Świetnie dajmy mu chwilę, żeby nie zwietrzył że idziemy za nim. Jeśli kieruje się do kryjówki to tam go dorwiemy – powiedział Marik, a reszta mu przytaknęła. Pół godziny później ruszyli w gęsty las tropem złodzieja.  

 

Gryzoń ściskając w ząbkach swój nowy łup rzeczywiście biegł prosto do swojej kryjówki, którą urządził w ogromnej dziupli, starego i wielkiego drzewa. Niegdyś szerokie wejście zostało zatarasowane po jednej z burz grubymi gałęziami, zostawiając tylko niewielkie przejście, idealne dla takich jak on gryzoni. Wobec braku drapieżników na planecie, zwierzak mógł się czuć w niej bardzo bezpiecznie i jednocześnie cieszyć się sporą przestrzenią. Chociaż był bardzo sprytnym zwierzakiem, a nawet do pewnego stopnia “myślącym” gatunkiem, to jednak w żaden sposób nie przewidywał jakie niebezpieczeństwo na siebie ściągnął, swoją nieostrożnością.  

 

Marik, Woorwil i Tira szli w kierunku sygnału. Woorwil robił się coraz bardziej nerwowy, utrata pamiątki naprawdę go dręczyła. Przedzierając się przez gęsty, ciemny las dotarli do niewielkiej polany, na której rosło chyba największe z drzew jakie widzieli do tej pory na planecie.  

-Skaner pokazuje że nasz mały kolega siedzi w tym drzewie – powiedziała Tira  

-Musimy zrobić to ostrożnie bo nam ucieknie – szepnął Marik -Ej Woorwil odwaliło ci? Co ty wyprawiasz? – krzyknął odepchnięty przez szarżującego przyjaciela. 

Wookie nie czekając na żaden plan i ustalenia popędził w stronę drzewa. Drogę do środka zasłaniał mu stos połamanych gałęzi i pni, które z rykiem odwalił. Stając w wejściu zobaczył jak mały gryzoń daje nura przez dziurę w pniu. Woorwil posłał za nim serię z kuszy energetycznej, ale nie trafił. Wściekły zostawił kryjówkę zwierzaka i popędził za nim w las. Uciekinier nie miał szans schować się przed wielkim wookie, kiedy biegł przez wysoką trawę, której ruch odkrywał jego lokalizację.  

-Poszukaj tego jego amuletu a ja biegnę za nim – krzyknął Marik do Tiry biegnąc za przyjacielem.  

 

Przerażony gryzoń biegł na oślep przed siebie, nie rozumiał dlaczego te wielkie istoty zaatakowały jego dom, nie rozumiał dlaczego od tych dziwny błysków świateł leciało takie ciepło i dlaczego miejsca w które trafiły stawały się czarne i wypalone. Starał się uciekać tak szybko jak tylko pozwalały mu na to jego małe łapki, ale wielki włochaty potwór był coraz bliżej. Wreszcie stworzonko dotarło do skraju lasu, gdzie zaczynały się góry. Gryzoń pobiegł między skały, licząc że tam zgubi swojego prześladowcę.  

 

Marik ledwo nadążał za wściekłym Woorwilem, którego strzały i ryki postawiły na nogi pewnie cały las.  
-Zaczekaj – krzyknął za nim, ale Woorwil nie słuchał. Kiedy gryzoń wybiegł z lasu prosto między skały, skoczył bez wahania za nim. Marik przystanął na sekundę i starał się złapać oddech. Kiedy mógł znowu krzyczeć zaczął nawoływać wookiego, który zniknął mu z oczu. Po chwili z lasu wybiegła Tira niosąc niewielkie zawiniątko.  

-A to co? – zapytał Marik. 
-Skarby naszego koleżki, gdzie on w ogóle pobiegł? – faelanka rozejrzała się w poszukiwaniu wookiego. 
-Nie wiem. Woorwil zostawił mnie w tyle i skoczył między skały za tym zwierzakiem – Marik uruchomił noktowizję w hełmie i zaczął wypatrywać wookiego. Nagle usłyszeli znajomy ryk wśród skał i pobiegli w tamtą stronę, na miejscu Woorwil trzymał na muszce kuszy przerażonego gryzonia, który nie śmiał nawet drgnąć patrząc na wookiego, z którego złość jakby wyparowała. Stał tylko dysząc i wpatrując się z dziwną miną w gryzonia.  
-To chyba twoje – Tira podała mu niewielki drewniany amulet, dopiero teraz Marik zobaczył że przedstawia małego wookiego ściskającego w objęciach jakieś futrzaste stworzenie.  
-To ty jesteś na tym amulecie? – spytał zaciekawiony Marik, a wookie potwierdził mruknięciem – A ten drugi zwierzak? – dopytał. 

-Co? – zdziwiła się Tira słysząc odpowiedź Woorwila – Twój przyjaciel, zwierzątko? Takie jak to? – zapytała, a wookie skinął tylko głową.  

 

Gryzoń bał się uciekać i już pogodził się że nie ucieknie przed ogromną włochatą istotą. Nie drgnął kiedy jego prześladowca odłożył miotające gorące światło urządzenie i podszedł do niego. Kiedy delikatnie podniósł go swoją włochatą łapą, malec był przygotowany na to że istota go zje, ale tylko go obejrzała dokładnie, po czym wyjęła coś z torby i podsunęła gryzoniowi. Ten obwąchał to dokładnie, pachniało przyjemnie, spojrzał uważnie na istotę i widząc w jej oczach przyzwolenie złapał w łapki prezent i spałaszował go w oka mgnieniu. Kiedy jadł, jego prześladowca pogłaskał go po łebku…to było całkiem przyjemne, pomyślał gryzoń poddają się pieszczocie i przestając się bać.  
 
 

-Czy ty rozumiesz coś z tego? – spytał Marik patrząc na Tirę  

-Wiesz…wychodzi na to że ten maluch przypomniał Woorwilowi jego własnego zwierzaka i najwyraźniej przyjaciela, kiedy był małym wookie na Kashyyyk – odpowiedziała nie mniej zaskoczona niż Mandalorianin, Tira.  

-Czyli co? Cała ta pułapka? Cały ten pościg po to żeby Woorwil przygarnął tego szczura? Powiedz że jaja sobie robisz – parsknął Marik.  

-Obawiam się że nie – uśmiechnęła się pod nosem Tira, widząc jak Woorwil zaczyna głaskać gryzonia, a ten ku ich zaskoczeniu mu na to pozwala.  

-Nie no, nie ma jak dobre zakończenie, reszta się uśmieję – Marik schował swój blaster i podał kuszę Woorwilowi. Gryzoń popatrzył na nią nieufnie, ale chwilowo… było mu naprawdę dobrze u wookiego, który co i rusz podsuwał mu jakieś przysmaki ze swojej torby.  

-Woorwil, przecież chwilę temu chciałeś go usmażyć z blastera – zauważył Marik – A teraz zachowujesz się jakby to był twój pupil – dodał skonsternowany, a wookie wygłosił długą tyradę w odpowiedzi.  

-No dobra rozumiem że przypomina tego zwierzaka za amuletu i rozumiem że wierzysz że to duchy przodków uznały że potrzebujesz takiego pupila, ale naprawdę zabierasz go ze sobą? I w ogóle skąd wiesz że on tego chce? – spytał Marik, a Woorwil tylko kiwnął głową w kierunku gryzonia, który zmęczony biegiem przez las wślizgnął się do torby swojego nowego pana i zaczął układać się do snu.  

-No dobra to masz nowego przyjaciela. Pułapka na przyjaciela okazała się udana – parsknął rozbawiony Marik, nie tak spodziewając się zakończenia tej historii – Masz tu resztę skarbów tego zwierzaka – podał wookiemu zawiniątką, które dała mu Tira, a które pełno było łupów gryzonia, czyli błyszczących kamieni oraz drobiazgów najwyraźniej skradzionych z ich obozu. 
 
 

Następnego dnia ponownie wypoczywali całą piątką, grając w karty nad jeziorem, tym razem towarzyszył im jednak pupil Woorwila, którego ten nazwał Grik. Fared i Veshana wciąż śmiali się z zakończenia tej historii, ale sprytny gryzoń wzbudził sympatię wszystkich, którzy co i rusz podsuwali mu jakiś smakołyk albo poświęcali czas na zabawę z nim. Gryzoń czuł się coraz lepiej wśród tych dziwnych dla niego istot, znacznie lepiej niż w starej dziupli, nawet udało mu się zatrzymać większość jego pamiątek.  

-Dobra ja pasuję – powiedział Fared rzucając karty – Ktoś jest głodny? – spytał otwierając hermetyczną torbę z jedzeniem – Na Moc! Co to za smród?! – odskoczył jak oparzony od torby. Woorwil warknął i zabrał mu ją.  
-Coś ty tam głupi futrzaku wsadził?! – zapytał ze złością bothanin. Woorwil wyciągnął z torby duży kawał rodiańskiego sera. Grik czując znajomą woń podbiegł, ale potem przypomniała mu się pułapka i nocny pościg i zawahał się.  
-No spokojnie mały to już nie jest pułapka – Tira uśmiechnęła się zachęcająco do gryzonia, który powoli zbliżał się do talerza z poczęstunkiem.  
-To jest pułapka – mruknął Marik, a wszyscy spojrzeli na niego – Pułapka na przyjaciela – dodał po czym zaśmiał się widząc jak gryzoń zatopił swoje ostre zęby w przysmaku.