Ostatnia bitwa

Przestrzeń kosmiczna nad Alzoc III

Należąca do “Vlam Vryheid” fregata typu Munificent o nazwie “Liberator” sunęła przez kosmiczną pustkę. Na jej mostku mężczyzna w brązowej szacie Jedi pogrążony był w rozmowie ze starszym mężczyzną w niebieskim a’la wojskowym mundurze, którego twarz przyozdabiały imponujące wąsy. Reszta wielorasowej obsługi mostka nie przeszkadzała im, zajmując się swoimi sprawami. Wszyscy byli spięci i skupieni. Otrzymane przez “Vlam Vryheid” kilka dni wcześniej informacje o dużym konwoju “Czarnego Słońca”, który miał przewozić przyprawę i niewolników były zbyt cenne by je zignorować. Już od dziesięciu lat “Vlam Vryheid” szaleli na Zewnętrznych Rubieżach uderzając w organizację i syndykaty przestępcze oraz chciwe korporacje dojące z zasobów mniej zaawansowane światy. Była to niebezpieczna robota i każda taka akcja mogła być ostatnią, ale załoga “Liberatora” była sprawdzonymi w wielu bojach weteranami – wiedzieli co robią i jak mają osiągnąć sukces, ale mimo to wielu z nich miało wrażenie, że żyją pożyczonym czasem, a ich szczęście jest na wyczerpaniu. Niektórym z nich przemknęły te myśli przez głowę, kiedy nagle czujniki statku uruchomiły alarm. Na skanerach “Liberatora” zamiast spodziewanego konwoju pojawiło się sześć krążownik typu Munifex.
– Natychmiast ogłosić alarm bojowy – kapitan Hacbic, dowódca “Liberatora” zadziałał błyskawicznie, w mig rozumiejąc co się stało to była pułapka. Obsługa mostka idąc za jego przykładem natychmiast odpaliła osłony i przekazała rozkazy obsłudze dział oraz załogom myśliwców.

-Greyer- Hacbic, zwrócił się do mężczyzny w szacie Jedi – Postaw na nogi ekipy ratunkowe i oddział przeciw abordażowy, czeka nas ciężka walka. Pierdolony Klan Bankowy… wystawili nas – warknął. Greyer skinął mu tylko głową i popędził w głąb statku odpalając w biegu komunikator i przekazując rozkazy kapitana Hacbica. Dowódca “Liberatora” wyciągnął z kieszeni metalową piersiówkę i pociągnął mocny łyk koreliańskiej whisky

– Zaczynamy zabawę – mruknął zajmując  swój kapitański fotel i wkładając na głowę swoją starą czapkę – rodzinną pamiątkę z czasów kiedy jego przodkowie latali we flocie Republiki.

 

W tym czasie należące do “Czarnego Słońca”, huttyjskich klanów i kilku piratów krążowniki Munifex szykowały się do bitwy zajmując pozycje i wypuszczając cały rój myśliwców CloakShape oraz Dagger. Ufni w przewagę wynikającą z liczebności i zaskoczenia, mknęli bez lęku w kierunku “Liberatora” żądni zemsty na tych, którzy już tyle razy ośmielili się stanąć im na drodze…

 

W tym samym czasie piloci “Vlam Vryheid” pędzili do hangaru i wsiadali do swoich maszyn, smukłych i szybkich myśliwców Z-95 – niestety nie było ich zbyt wiele, zaledwie trzydzieści sztuk – niemniej musiały wystarczyć. Jednym z pilotów był młody mężczyzna w bordowej mandaloriańskiej zbroi.
– Poruczniku Awaud niech pan zaczeka – za Mandalorianinem pędził dziwaczny droid, będący hybrydą droida typu R2 do którego korpusu przymocowano głowę, ręce i część tułowia jednostki typu IG.

-Rusz się I4-D7, bitwa nie będzie na nas czekać – Marik rzucił nie zwalniając biegu do hangaru, po drodze minął swoich przyjaciół wookiego Woorwila i bothanina Fareda, którzy przygotowywali sprzęt przeciwpożarowy na wypadek uszkodzeń statku. Nie mając czasu na rozmowę skinął im jedynie głową. W hangarze dowódczyni eskadry myśliwców porucznik Orosvero kończyła przyspieszoną odprawę i rozsyłała pilotów do ich maszyn.

-Marik macie wystrzelać ich myśliwce, zanim uszkodzą “Liberatora”, nie ma tu wielkiej filozofii, ich jest więcej więc musimy nadrobić umiejętnościami – powiedziała Orsovero bez zbędnego wstępu. Marik skinął krótko zielonoskórej twilekance i włożył swój hełm i wskoczył do myśliwca, w tym samym czasie I4-D7 zajął miejsce droida astromechanicznego. Marik szybko odpalił systemy statku i poderwał swój myśliwiec i wyleciał wraz z pozostałymi Z-95 “Vlam Vryheid” na spotkanie floty piratów.

-Ib’tuur jatne tuur ash’ad kyr’amur – mruknął Marik uzbrajając torpedy protonowe Z-95, broń bardziej nadającą się do ostrzeliwania większych celów, ale Marik liczył na to, że mogą okazać się przydatne przeciwko większym skupiskom myśliwców wroga.

 

Z-95 pomknęły w kierunku nieprzyjacielskich CloakShapów i Daggerów w liczbie sześćdziesięciu sztuk. Mimo dwukrotnej przewagi piratów walka była wyrównana. Myśliwce wymieniały się seriami z działek laserowych wymieszanymi z torpedami Z-95 oraz rakietami CloakShapów, chociaż te ostatnie nieprzyjaciel kierował głównie przeciwko “Liberatorowi”. 2 lekkie baterie turbolaserów wspierały Z-95 trafiając seriami strzałów, aż siedem pirackich CloakShapów, znacznie ułatwiając robotę pilotom sojuszniczych jednostek. Marik kątem oka zobaczył jak porucznik Orsovero zwinnie unika ostrzału przeciwnika i zestrzeliwuje jeden myśliwiec nieprzyjaciela za drugim. Natchniony tym Marik wystrzelił kolejne dwie torpedy w rój jednostek nieprzyjaciela trafiając jednego z CloakShapów otoczonego trzema Daggerami, wybuch torpedy był tak silny, że pochłonął wszystkie cztery jednostki. Pod hełmem na twarzy Marika pojawił się złowrogi uśmiech, a jego myśliwiec wziął na cel kolejne jednostki piratów. Mimo to “Vlam Vryheid” również ponosili straty, krótka walka mimo, że zredukowała myśliwce wroga o 60% to kosztowała obrońców aż trzynaście myśliwców Z-95 i jedną z lekkich baterii “Liberatora”. Niemniej walka myśliwców była jedynie krwawym preludium tej bitwy, zabójczą i krwawą uwerturą tego koncertu, bowiem na scenę wchodziła główna orkiestra – “Liberator” oraz pirackie krążowniki wreszcie otworzyły ogień…

 

Artyleria “Liberatora” składała się z dwóch ciężkich dział turbolaserowych, dwóch dział jonowych, pięciu mniejszych podwójnych baterii turbolaserowych  oraz lekkich, przeciw myśliwskich turbolaserów i działek laserowych. Krążowniki Munifex posiadały znacznie więcej dział bo aż po czterdzieści turbolaserów i dział jonowych na jednostkę, ale znacznie słabszych niż te “Liberatora” co dawało samotnej jednostce jakieś szanse, chociaż wciąż niewielkie. Całkiem mocne, zmodernizowane osłony “Liberatora” przyjęły pierwsze salwy przeciwnika, mimo, że fregatą dość mocno zatrzęsło to osłony wytrzymały. Na odpowiedź “Liberatora” piraci nie musieli czekać długo. Kapitan Hacbic kazał wziąć na cel jedną z najbliższych jednostek piratów, mającą oznaczanie Czarnego Słońca. Potężne działa fregaty posłały śmiercionośną serię w kierunku jednostki piratów. Pozbawiony osłon Munifex pokrył się serią wybuchów, kiedy strzały z turbolaserów przebiły jego pancerz, uszkadzając systemy statku. Serie z podwójnych turbolaserów dopełniły dzieła zniszczenia i nim kapitan Czarnego Słońca zdołał przygotować jakiś kontratak, jego jednostka eksplodowała zamieniając się w kulę ognia. Przez mostek “Liberatora” przebiegł okrzyk zwycięstwa, a zainspirowani pierwszym sukcesem artylerzyści “Vlam Vryheid” unieruchomili działami jonowymi kolejny z krążowników, należący do pirackiej załogi, który kilka minut później podzielił los jednostki Czarnego Słońca. Mimo tych dwóch sukcesów, osłony “Liberatora” zaczęły gdzieniegdzie padać, a strzały napastników zaczęły tu i ówdzie naruszać pancerz fregaty, dając tym samym zajęcie ekipom przeciwpożarowym i naprawczym. Kapitan Hacbic szybko zdał sobie sprawę, że mimo potężniejszych dział jego okręt nie wytrzyma dłuższej walki na wyniszczenie, dał więc rozkaz do ataku i “Liberator” pomknął w stronę napastników strzelając ze wszystkich dział, jednocześnie otoczony przez rój myśliwców swoich i nieprzyjaciela, nadal pogrążonych w morderczej wymianie ognia. Zaskoczeni dowódcy piratów nie wiedzieli co mają zrobić, w końcu to oni mieli być łowcą, a samotna fregata zwierzyną. Chwila zawahania kosztowała ich kolejny krążownik – tym razem należący do huttów, a czwarty krążownik piratów miał podzielić jego los, kiedy seria z działek “Liberatora” zniszczyła mu silniki. Wbrew wszystkiemu “Liberator” wygrywał. Przyjmujący kolejne strzały z dział piratów, z mocno nieszczelnymi osłonami, podziurawionym w niektórych miejscach pancerzem ale wciąż wygrywał…

 

Pozostałe dwie pirackie jednostki porzuciły swojego płonącego sojusznik, który wkrótce później pękł na dwie części, otrzymawszy kolejne trafienia. Wynik dla “Liberatora” to 4:0 – znacznie więcej niż piraci mogli się spodziewać po, wziętym w zasadzkę przeciwniku. Również starcie myśliwców zakończyło się zwycięstwem dla “Vlam Vryheid”, mimo sporych strat, dziesięć pozostałych Z-95 wybiło pozostałe myśliwce przeciwnika i dołączyło do “Liberatora” w pościgu za przeciwnikiem. Marik nie kryjąc zachwytu wyrwał się przed szereg formacji, czując radosne podniecenie związane ze zwycięstwem – po raz kolejny mimo przeważających sił przeciwnika “Vlam Vryheid” wygrali! Radość panowała również na mostku “Liberatora”… gdy nagle z nadprzestrzeni wyskoczyły kolejne krążowniki piratów.

-Kapitanie nowe statki wroga na skanerze! – zaraportował stojący na mostku Rodianin – Siedem, nie osiem, nie dziesięć krążowników typu Munifex! Właśnie wypuszczają myśliwce – dodał.

Na skanerach statku pojawiły się sygnatury prawie stu myśliwców CloakShape. Kapitan Hacbic od razu zdał sobie sprawę, że tej walki “Vlam Vryheid” nie wygrają.

-Przekierować pozostałe rezerwy mocy do silników i osłon. Odłączcie główne działa jeśli taka będzie potrzeba. Zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i niech komputer przygotuje statek do skoku w nadprzestrzeń! – rozkazał stanowczym głosem Hacbic

-Hipernapęd uszkodzony kapitanie, mechanicy przekazują, że potrzebują przynajmniej pół godziny na naprawę – powiedział jeden z łącznościowców

-Nie mamy tyle czasu, mają maksymalnie kwadrans. Przekażcie porucznikowi Orsovero i porucznikowi Awaudowi, że pozostałe Z-95 mają nas osłaniać. Za wszelką cenę muszą trzymać ich z daleka od nas! – odpowiedział Hacbic z ciężkim sercem przekazując ten iście samobójczy rozkaz

-Tak jest – powiedział łącznościowiec blednąc trochę

 

Pozostałe Z-95 Orsovero i Marika przyjęły ze spokojem rozkazy i z furią ruszyły na przeważającego przeciwnika, chcąc dać macierzystej jednostce chociaż kilka minut czasu. Atak zdziesiątkowany myśliwców zaskoczył piratów, którzy zawahali się. Ten moment wahania się drogo ich kosztował – ich zwarta formacja została rozbita przez zdziesiątkowanego ale nieustępliwego przeciwnika. W ciągu dwóch minut liczba CloakShapów skurczyła się o 20%, ale piraci szybko otrząsnęli się i zaczęli oddawać, kolejne Z-95 zmieniały się w kule ognia, niemniej pozostali piloci “Vlam Vryheid” wciąż walczyli.

 

Tymczasem na pokładzie “Liberatora” bothanin Fared gorączkowo próbował naprawić hipernapęd poganiany niecierpliwymi rykami wookiego Woorwila
-Nie poganiaj mnie do jasnej cholery, spieszę się jak mogę, ale jeśli coś źle podłączę to zamiast skoku w nadprzestrzeń wylecimy w powietrze – warknął Fared na co Woorwil mruknął smutno.

-Tak wiem, że nasi tam giną – powiedział Fared i nadludzkim wysiłkiem opanował drżenie dłoni i wrócił do pracy.

 

“Liberator” starał się jak mógł zostawić nieprzyjaciela w tyle, ale dwanaście krążowników piratów siedziało mu na ogonie prując do niego ze wszystkich dział. Kapitan Hacbic przekierował całą moc do osłon rufowych i silników, stopniowo włączając kolejne systemy statku. “Liberator” ścigał się z samą śmiercią i jak na razie tę walkę przegrywał. Turbolaserowe strzały z piratów przebijały pancerz “Liberatora” wzniecając pożary i masakrując załogę. Ekipy ratunkowe i pożarnicze miały pełne ręce roboty, a ambulatorium nie dawało rady z przyjmowaniem kolejnych rannych. Mimo najlepszych chęci hipernapęd wciąż nie działał…

 

Pozostałe cztery myśliwce Z-95 desperacko odpierały ataki CloakShapów i mimo, że udało się znacznie przerzedzić ich liczbę to dalej na jeden myśliwiec “Vlam Vryheid” przypadało piętnaście pirackich myśliwców. Marik wleciał w formację przeciwnika i długą serią zestrzelił dwa kolejne myśliwce.

-Poruczniku zalecam powrót na “Liberatora”, nasz myśliwiec ledwo się trzyma – panikował I4-D7
-Nie możemy I4, słyszałeś rozkazy, my osłaniamy “Liberatora” – Marik zignorował rady droida i zestrzelił kolejną piracką jednostkę, a potem kolejną. Potrzeba ochrony “Liberatora” i znajdujących się na nim przyjaciół i towarzyszy broni pochłonęła go tak bardzo, że zapomniał o własnym bezpieczeństwie. Dlatego też nie zauważył albo może po prostu zignorował fakt, że kilka CloakShapów ruszyło za nim w pościg i wykorzystując fakt, że zestrzeliwuje ich kompanów, zaczęli pruć seriami z działek w jego myśliwiec. W końcu jedna z serii trafiła uszkadzając silnik myśliwca. Z-95 Marika zapalił się, ale nie wybuchł, ogień ogarnął kokpit pilota i samego Marika, tylko ognioodporny kombinezon, który miał pod swoją mandaloriańską zbroją uratował mu życie. Niemniej nie była to skuteczna w 100% ochrona i liczne poparzenia zaczęły ogarniać ciało Marika, a także niszczyć kokpit. Przerażony I4-D7 natychmiast przejął systemy myśliwca i skierował go w stronę “Liberatora” mijając po drodze kolejny trafiony Z-95. Już tylko porucznik Orsovero i jeden z jej skrzydłowych strzegli “Liberatora”

I4-D7 niezgrabnie wylądował, a bardziej rozbił się w hangarze. Droid uruchomił katapultę swojego stanowiska i gładko wylądował na podłodze hangaru, natychmiast wzywając pomoc. Kilku ratowników błyskawicznie wyciągnęło wciąż palącego się Marika z kokpitu. Natychmiast ugasili go i zaczęli stabilizować jego stan.

 

W tym czasie “Liberatorem” wstrząsały kolejne wybuchy. Okręt z każdą chwilą stawał się coraz bardziej niezdolny do dalszego lotu. Wreszcie kapitan Hacbic usłyszał najgorsze wieści

-Kapitanie silniki padły, statek jest niezdolny do dalszego lotu. Mamy mnóstwo ofiar. Pożary i zniszczenia na wszystkich poziomach – zaraportował ranny łącznościowiec, wspomniane zniszczenia nie oszczędziły także mostka, po którym walały się szczątki oraz zabici i ranni. Hacbic zacisnął pięści

-Przygotować się do ewakuacji. Zabrać rannych do kapsuł i frachtowców – powiedział siląc się na spokój
-Ale kapitanie… – łącznościowiec popatrzył na Hacbica

-Opuść okręt to rozkaz – powiedział zimno kapitan, w tym samym momencie kolejny wybuch wstrząsnął “Liberatorem” a odłamek metalu z sufitu przebił oficera łącznościowego na wylot. Hacbic zaklął  i zajął jego miejsce i podłączył się do wciąż działających interkomów

-Uwaga załogo! Mówi kapitan Hacbic. “Liberator” jest niezdolny do dalszego lotu. Natychmiast skierować się do kapsuł i frachtowców. Opuścić okręt. To rozkaz – powiedział swoim twardym i nieznoszącym sprzeciwu tonem. Pogonił pozostałych na mostku członków załogi, ale sam pozostał na swoim stanowisku. Hacbic był kapitanem starej daty, wierzył w to co wierzyli starzy oficerowie – kapitan nigdy nie opuszcza swojej jednostki. Popatrzył smutno na zniszczony mostek i wziął ostatni łyk ze swojej piersiówki.

 

Rozkaz kapitana chociaż ciężki i bolesny został wykonany… na tyle ile się dało. Jeden z wybuchów zamienił ambulatorium w kostnicę, uśmiercając wszystkich zgromadzonych tam rannych i lekarzy. Członkowie załogi “Liberatora” ginęli z każdą sekundą, mało kto zdążył dobiec do kapsuł. Finalnie tylko cztery z nich opuściły pokład. W tym czasie w hangarze Fared i Woorwil próbowali uruchomić niewielką jednostkę typu Citadel. Fared zobaczył grupę zbliżającą się do jednostki.

-Woorwil pomóż im – krzyknął. Wookiee zostawił swoja torbę, z której wychylił przerażony niewielki zwierzak, po czym pognał w kierunku zbliżającej się do Citadela grupy. Był to I4-D7 ciągnący z twi’lekanką Veshana, faelanką Tirą i jednym z ludzkich mechaników Angusem, nosze z rannym Marikiem. Woorwil odetchnął z ulgą widząc przyjaciół i pomógł im wtaszczyć nosze nosze. I4-D7 popędził do kokpitu

-Panie Fared ja przejmę systemu statku – zakomenderował droid i odsunął zaskoczonego bothanina po czym sprawnie uruchomił jednostkę i wyleciał nią z hangaru. W tym samym czasie Marik odzyskał przytomność po otrzymaniu zastrzyku z adrenaliny.

-Co? Gdzie jesteśmy? – zapytał zdezorientowany

-Spokojnie… ewakuujemy “Liberatora” – powiedziała Tira – Jesteśmy na Twoim “Avengerze”, I4 pilotuje – dodała

-Co?! Jak to ewakuujemy?! – Marik wyrwał się jej i zataczając się dowlókł się do kokpitu.

 

W tym czasie piraci zostawili płonącego i rozpadającego się “Liberatora” i wzięli na cel kapsuły osłaniane przez samotnego Z-95 pilotowane przez porucznik Orsovero. Pirackie CloakShapy szybko zniszczyły trzy kapsuły i unieruchomiły czwartą. Wciąż ranny Marik ku oporom I4 przejął stery i skierował Citadela w stronę ostatniej kapsuły
-Fared… promień ściągający – wycharczał plując krwią. Bothanin błyskawicznie uruchomił pokładowy promień ściągający i po chwili kapsuła z brzękiem uderzyła w burtę “Avengera”.

-I4 przekaż Orsovero dane do skoku – powiedział Marik ostatkiem sił i osunął się nieprzytomny na fotel. Tira i Woorwil zabrali go do ambulatorium, a Fared i I4 wykonali jego rozkaz. Po chwili “Avenger” z przechwyconą kapsułą oraz ostatnim z Z-95 skoczyli w nadprzestrzeń zostawiając płonącego “Liberatora” i krwawą bitwę za sobą.

 

“Avenger” oraz Z-95 wyskoczyły z nadprzestrzeni w totalnej kosmicznej pustce. Załoga “Avengera” podholowała kapsułę do śluzy i wyciągnęła z niej ocalałych – kapitana Greyera, dwóch eradiańskich mechaników Tarela i Jonasa, koreliańską snajperkę Jilię oraz kalamariańską doktor Quarrę. Również porucznik Orsovero musiała porzucić swojego uszkodzonego Z-95 i przejść na “Avengera”. Mimo przegranej bitwy i poniesionych strat ocaleli czuli ulgę widząc siebie wzajemnie, skupiali się na tym, że przeżyli i są razem, a nie na tym co stracili. Marik został umieszczony w zbiorniku z bactą w pokładowym ambulatorium, a reszta zebrała się w głównym pomieszczeniu statku, wyposażonym w kuchnię, holostół i kilka wygodnych kanap.

-Co teraz kapitanie Greyer? – zapytał Fared ściskając szklankę z koreliańską brandy – Gdzie się udamy?
-Na Coruscant – odpowiedział krótko Greyer – Senator Kang nam pomoże – dodał

-Senator Kang? – zdziwiła się Quarra

-Większość z Was tego nie wie, ale “Vlam Vryheid” zawsze mieli ukrytego sponsora i protektora, senatora Kanga, dostarczał nam środki i informację i pomagał ogarnąć domy i pomoc dla uwolnionych przez nas niewolników – wyjaśnił Greyer

-Dlaczego nic o tym nie wiedzieliśmy? – oburzyła się Tira

-Senator nalegał na dyskrecję. Senat nie byłyby zadowolony gdyby wyszło czym się zajmował. Dla Senatu nasza działalność nie bardzo różniła się od pirackiej. Dlatego wiedziałem o tym tylko ja, kapitan i kilku oficerów – wyjaśnił Greyer. Tira podobnie jak reszta nie była zadowolona, ale rozumieli to. “Vlam Vryheid” nie raz mieli zatargi z Republiką, a większość z nich delikatnie mówiąc nie darzyła jej sympatią.

-No dobra to pierwszy przystanek Coruscant i co dalej? – zapytał Angus, krzyżując ramiona na piersi

-Wszystko po kolei. Jak mawiał jeden mój znajomy Jedi – Dopóki możliwość nie stanie się faktem, jest tylko wrogiem skupienia – uśmiechnął się smutno Greyer. Nowa załoga “Avengera” zajęła się ogarnianiem siebie i statku, a I4-D7 wyznaczył kurs na Coruscant.

 

Coruscant. Kilka dni później.

Senator Kang okazał się człowiekiem słownym i współczującym. Ukrył niedobitki “Vlam Vryheid” w jednym z niewielkich budynków na obrzeżach Galatic City. Przy dobrej pogodzie można było zobaczyć stamtąd w oddali nawet świątynie Jedi. Budynek był odosobniony i otoczony dyskretną opieką senatora. W jednym z pomieszczeń zorganizowano ambulatorium, gdzie leczono Marika, a także lżejsze rany reszty “Vlam Vryheid”. “Avenger” został ukryty na jednym z pobliskich lądowisk. Mimo względnego spokoju, sytuacja “Vlam Vryheid” była tragiczna – stracili “Liberatora”, wszystkie myśliwce, lwią część zapasów. Z liczącej ponad tysiąc osób organizacji zostało ich tylko trzynastu: Greyer, Marik, Tira, Veshana, Woorwill, Fared, Angus, Orsevoro, Tarel, Jonas, Jilia, Quarra i I4-D7. Greyer jako najwyższy rangą żyjący członek organizacji głowił się co ma zrobić, ale na razie dawał reszcie czas na odzyskanie sił fizycznych i psychicznych. Dni się dłużyły i mijały im w smutku i ciszy. W ciągu następnych dni ze swojej bezpiecznej kryjówki “Vlam Vryheid” widzieli atak Separatystów na Coruscant, a nawet walczyli na ulicach miasta z kolejnymi falami droidów, chroniąc tak wielu cywili jak tylko mogli. Słyszeli później z HoloNetu o porwaniu kanclerza Palpatina i o tym jak Anakin Skywalker i Obi-Wan Kenobi uratowali go, zabijając hrabiego Dooku. Słyszeli opinię, że wojna, która wyniszczała Galaktykę, ale o którą oni jedynie się ocierali okazjonalnie, zmierza ku końcowi. W końcu, dzień po bitwie o Coruscant Marik odzyskał przytomność i siły na tyle, że mógł opuścić zbiornik z bactą…

 

Marik siedział w salonie, udostępnionego im mieszkania i tępo wpatrywał się w ścianę. Obok Greyer relacjonował mu wydarzenia ostatnich dni, krótko i rzeczowo. Marik był w szoku, tak duże straty, tylu przyjaciół, tylu braci i sióstr poległo. Dziewięć lat życia legło w gruzach, jego życie ponownie legło w gruzach. Przez następne dni nie mógł się pozbierać. Jego serce domagało się zemsty na tych, którzy tak mocno zranili “Vlam Vryheid”, ale wiedział, że jest to niemożliwe, co tylko napędzało jego furię. Wbrew prośbom senatora Kanga, zaczął włóczyć się po okolicy, specjalnie wybierając mniej bezpieczne ulice, gdzie mógł wyładować się na każdym, kto próbował go okraść lub napaść. Przyjaciele martwili się o niego, ale wiedzieli, że musi sam pogodzić się z tym co się stało, że tak jak oni potrzebuje tych kilku dni na ochłonięcie. Życie pozostałych członków “Vlam Vryheid” zwaliło się i musieli wybrać nową drogę. W tym samym czasie wielkie wydarzenia wstrząsnęły Galaktyką. Spisek Jedi i rozkaz 66. Atak klonów na świątynie Jedi. Marik musiał ogłuszyć Greyera, który chciał biec na ratunek mordowanym Jedi, nie patrząc na własne bezpieczeństwo. Były to przełomowe godziny w historii Republiki. Z HoloNetu śledzili wydarzenia i oglądali przemówienie kanclerza Palpatina, przemówienie, które uczyniło go władcą nowo powstałego Imperium Galaktycznego. Wszyscy byli w szoku nie wiedząc co powiedzieć. Republika, która wydawała im się wieczna zmieniła się w Imperium, a tego samego dnia Zakon Jedi upadł, a wojna się zakończyła. Marik pozornie niewzruszony skomentował to jedynie “Coś się kończy, coś się zaczyna”. Kilka dni później kiedy emocje trochę opadły zebrali siły by wreszcie odpowiedzieć sobie na męczące ich pytanie – co dalej?

-Republika upadła. Zakon Jedi upadł. Powstało Imperium Galaktyczne. Nie wiem jakie ono będzie, ale to wszystko jest podejrzane. Jak wiecie mój mistrz, Altis nie należał do Zakonu Jedi i jego grupa wyznawała inne zasady, ale mimo wszystkich swoich wad… nie wierzę żeby jedi byli zdolni do zamachu na Palpatina i odpowiedzialni za wywołanie wojny – zaczął Greyer
-Też mi się tak wydaje – powiedziała Tira – Palpatine jest intrygantem, nie zdziwię się jeśli to wszystko jest jakimś spiskiem – dodała

-Spisek czy nie – nie ma to większego wpływu na nas – przerwał im Marik – Zebraliśmy się tu, żeby omówić “Vlam Vryheid” a nie Republikę – dodał twardo. Zapadła cisza.

-Nie ma już “Vlam Vryheid” – powiedział cicho Angus. Marik spojrzał na niego wściekły

-Jak to nie ma?! A my to co?! Jesteśmy tutaj tak?! Mamy “Avengera”! Mamy broń! Jasne ponieśliśmy straty ale możemy walczyć dalej! – wściekły Marik walnął pięścią w stół, sama myśl o poddaniu się i porzuceniu walki budziła w nim furię.

-Marik odpuść – powiedziała łagodnie Veshana

-To już koniec. Przegadaliśmy to jak byłeś nieprzytomny. Nie odbudujemy “Vlam Vryheid” jest nas za mało. Czasy się zmieniły. Imperium nie przymknie oka na naszą działalność, nie będzie tak nieporadne jak Republika. Nie daliśmy sobie rady z piratami i łowcami niewolników, a co dopiero z nimi – wtrącił Fared, Marik spojrzał na niego z furią

-Jak nie daliśmy sobie rady?! Dziesięć lat! Dziesięć pieprzonych lat walczyliśmy na Zewnętrznych Rubieżach! Ilu niewolników uratowaliśmy?! Ilu planetom pomogliśmy?! I Ty mówisz, że nie daliśmy rady?! – zapytał Marik

-A ilu straciliśmy? – zapytała Tira – Ilu z nas zostało, a ilu z nas było jeszcze kilka tygodni temu co? Nie. To koniec. Czas to zaakceptować i iść dalej – dodała. Marik kopnął w stół i w furii wyszedł z budynku.

-Dajcie mu czas – powiedział Greyer – Służył we “Vlam Vryheid” niemal od początku… wiecie też jak i dlaczego dołączył. Potrzebuje czasu… jak my wszyscy – dodał, a reszta ponuro skinęła głowami

-Mamy trochę oszczędności, starczy na nowy start dla każdego z nas. Macie jakieś pomysły co dalej chcecie robić? – zapytał Fared

-Mam kuzyna na Kuat. Pracuje w tamtejszych stoczniach, myślę, że załatwi mi robotę – powiedział Angus

-My wracamy na Eriadu – powiedział za siebie i Jonasa, Tarel – Otworzymy tam warsztat dla śmigaczy, da się z tego wyżyć – dodał, a Jonas ponuro skinął głową

-Senator Kang mówił, że w tutejszych szpitalach brakuje lekarzy, chyba znajdę pracę – mruknęła Quarra

-CorSec zawsze szuka specjalistów, myślę że uda mi się zaczepić – Jilia uśmiechnęła się lekko

-Wracam na Ryloth… jestem ciekawa jak wygląda po wojnie – powiedziała siedząca na parapecie Orsevoro

-Chyba zabiorę się z Tobą – powiedziała Veshana

-Ja spróbuję wrócić do pracy łowczyni nagród – wzruszyła ramionami Tira – Ale na swoich zasadach. A Ty Fared?
-Ja i Woorwill lecimy na Kashyyyk. Odwiedzić jego rodzinę i może otworzę tam mały sklep – powiedział bothanin – A Ty Greyer?
-Jeszcze nie wiem, może Naboo? Znajdę sobie jakąś pustelnię i będę po prostu żył – powiedział zerkając na wciąż dymiącą, zrujnowaną świątynie Jedi.

-A ja zostanę z porucznikiem Awaudem – powiedział I4 podjeżdżając do stołu przy którym siedzieli – Pewnie będzie chciał zabrać “Avengera”

-Jest jego – wzruszył ramionami Greyer – Chyba się z tym zgodzimy? – zapytał pozostałych, a wszyscy skinęli głowami.

 

Marik stał na platformie niedaleko budynku i wpatrywał się we wciąż dymiącą świątynie Jedi oraz budynek Senatu. Zastanawiał się jak teraz będzie wyglądać Galaktyka. Usłyszał kroki za sobą, a kiedy się odwrócił zobaczył, Fareda, Tirę, Veshanę i Woorwilla, ze swoim nieodłącznym pupilem w torbie.

-Ochłonąłeś? – Tira położyła mu rękę na ramieniu, a Marik tylko prychnął.

-Trzeba żyć dalej. To były dobre lata. Zrobiliśmy dużo dobrego, ale ten rozdział już się zamknął – powiedział Fared, a Woorwill mruknął potakująco. Marik nie odpowiedział wpatrując się w horyzont.

-Co zamierzasz zrobić? – spytała Veshana

-Wrócę na Mandalorę. Do rodziny. Wykuruje się, wyremontuje “Avengera” i nie wiem… skoro “Vlam Vryheid” upadli to będę walczyć dalej… sam jeśli trzeba – powiedział

-Nie sam poruczniku – usłyszeli głos i podjechał do nich droid – I4-D7 zgłasza się do dalszej służby – droid zasalutował, a na twarzy Marika wreszcie pojawił się uśmiech

-Dzięki I4, dobrze będzie mieć towarzystwo – powiedział i poklepał droida po głowie

-Kto wie czy jeszcze spotkamy się w takim gronie – zaczęła Veshana – Pomyślałam, że miło byłoby mieć z tego jakąś pamiątkę – powiedziała

-Hologram? – zaproponował Fared

-Byłoby miło – powiedziała Tira, a reszta ją poparła. Po kilkunastu minutach każde z nich trzymało hologram przedstawiający całą ich piątkę na tle Galatic City.

 

Tego samego dnia wieczorem Marik wreszcie porozmawiał z Greyerem

-Wybacz mój wybuch… – zaczął Marik, ale Greyer mu przerwał

-Rozumiem Cię… to emocje, straciłeś głowę tak jak ja widzący płonącą świątynię – powiedział Greyer ze smutnym uśmiechem

-To była długa podróż co? – powiedział Marik opierając się o ścianę

-Tak… ale mimo wszystko chyba było warto przyjacielu nieprawdaż? – Greyer wyciągnął rękę do Marika. Marik bez wahania uścisnął prawicę dawnego mentora

-Nie żałuje nawet jednej sekundy z Wami. To był prawdziwy zaszczyt walczyć u waszego boku. Może i nie jesteście Mandalorianami, ale dla mnie wszyscy byliście braćmi i siostrami. Nie zapomnę tego czego mnie nauczyliście przez te lata. Nie zapomnę o płomieniu wolności o jakim zawsze mówiłeś. Rozumiem Waszą decyzję, ale ja zdania nie zmienię. Będę walczył. Dopóki mi starczy sił – powiedział z całą mocą w głosie Marik

-Nie spodziewałem się niczego innego – Greyer uśmiechnął się – Jeszcze znajdziesz dla siebie swoją ostatnią bitwę, ale nie teraz – dodał. Marik jedynie skinął mu głową.

 

Następnego dnia rano pozostali członkowie “Vlam Vryheid” pożegnali się i każdy ruszył w swoją stronę. Marik i I4 ruszyli w stronę “Avengera”. Jednostka opuściła Coruscant. Po latach Marik wracał wreszcie do domu…