Nie ma to jak w domu

“Avenger”, jednostka typu Citadel. Przestrzeń kosmiczna. W drodzę na Mandalorę.

 

Marik wpatrywał się szybę kokpitu, a w jego głowie kłębiły się niezliczone myśli i wspomnienia. Wspomnienia ostatnich lat, kiedy to prawie nie odwiedzał rodzinnego domu na Mandalorze. Dziewięć lat walki na Zewnętrznych Rubieżach… kiedy opuszczał dom był zaledwie trzy lata po Verd’goten. Dalej był młody ale czuł się jak starzec, który przeżył długie i wyczerpujące życie. Wydarzenia przez te lata zmieniły jego światopogląd i priorytety. Przez pierwszych szesnaście lat swojego życia chciał być po prostu dobrym wojownikiem. Chciał żeby rodzina i klan byli z niego dumni. Chciał pracować z ojcem, uczyć się od niego, żeby potem móc go zastąpić i być wzorem dla dzieci kuzynki, którym mentorowałby tak jak kiedyś mentorowano jemu. To była już przeszłość, należąca do kogoś innego. Lata wśród “Vlam Vryheid” nauczyły go czym jest poświęcenie, walka o ideały, tego, że słabsi często zasługują na obronę, że nie można przymykać oczu gdy dzieje się coś złego. Tak, jego ojciec miał twardy kodeks moralny i nie pracował dla zbirów, ale mimo wszystko był łowcą nagród – z zasadami, ale walczył za pieniądze. Marik nie wiedział czy potrafiłby wrócić do czasów kiedy pracował z ojcem. Mimo ostatnich wydarzeń, mimo ostatecznej klęski “Vlam Vryheid” dalej chciał ciągnąć coś co jego mentor Greyer nazywał “płomieniem wolności”. Wiedział, że nie będzie to łatwe – został sam… no może nie sam bo towarzyszył mu wierny I4-D7, specyficzna, ale bardzo lojalna krzyżówka droida R2 i IG. Rozmyślania Marika przerwał właśnie I4

-Przepraszam sir ale jakie mamy plany po wylądowaniu? – zapytał droid wjeżdżając na mostek

-”Avenger” wymaga naprawy, tak samo mój sprzęt… Poza tym nie widziałem się z rodziną już z pięć lat – odpowiedział Marik

-Pięć lat? To trochę długo sir – zauważył droid

-Tak wyszło… i przestań mówić do mnie sir, nie jesteśmy już we “Vlam Vryheid” – powiedział zniecierpliwiony Marik

-Przepraszam sir… ale jak mam się do Pana zwracać w takim razie? – I4 był wyraźnie zdezorientowany

-Mów mi po prostu Marik. Mandalorianie nie przepadają za formalnościami i rangami. Cenimy prostotę – mruknął Mandalorianin. I4 zastanawiał się chwilę

-Chyba nie mam zbyt wielu informacji o Mandalorianach w swojej bazie danych – zauważył I4 – Może mi Pan… znaczy czy możesz mi opowiedzieć o swoim ludzie? – poprosił droid

-Długa opowieść… rozumiem, że pewne dane historyczne posiadasz nie? – spytał, a I4 potwierdził – W takim razie co można o nas powiedzieć… nie mamy rządu w takim rozumieniu jak inne planety. Mamy Mandalora, chociaż nie zawsze, bardziej na czas wojen i tym podobnych wydarzeń. Żyjemy w klanach i to różnych jedne małe, często kilkuosobowe, a inne wielkie mające własne ziemie, statki i wojowników. Właściwie każdy Mandalorianin jest wojownikiem, chociaż nie każdy pracuje jako wojownik. Wielu z nas to najemnicy i łowcy nagród, ale na Mandalorze są przedstawiciele najróżniejszych zawodów… i ras. Nie jesteśmy ludem, jesteśmy kulturą, cywilizacją, pewną ideą. Chętnie przyjmujemy obcych jeśli oni przyjmują nasze zwyczaje. Rodzina i lojalność wobec niej, wobec klanu i Mandalora jest podstawą naszego społeczeństwa, być może przez to, że żyjemy tak intensywnie i niebezpiecznie tak bardzo cenimy życie rodzinne i chwile spokoju z rodziną – opowiadał Marik, a I4 słuchał z zaciekawieniem, typowym dla droida z tak zaawansowaną osobowością, że niemal mógł uchodzić za żywą istotę.

-Mówisz dużo o rodzinie, mówiłeś, że lecimy odwiedzić Twoją rodzinę, opowiedz też o nich – zaproponował I4

-Moja rodzina… cóż najstarszy jest dziadek, Gannar, ma już 79 lat i jest kowalem. To właśnie on wykuł mój miecz – Marik poklepał pochwę swojego miecza z beskaru z którym nigdy się nie rozstawał – To taka tradycja mojej rodziny, każdy jej członek w dzień swojego Verd’gotem czyli takiego rytuału przejścia, po którym stajemy się dorosłymi otrzymuje broń białą dopasowaną do swojego stylu walki. Dziadek ma kuźnię obok naszego rodzinnego domu. Dom prowadzi ciotka Ran, młodsza siostra mojego ojca, też nie młoda bo ma już 59 lat. Ciotka ma córkę, Olię, starszą ode mnie o czternaście lat. Olia ma męża, starszego od niej o pięć lat Derana oraz trójkę dzieci – dwudziestodwuletniego Almeka, z którym się wychowałem, piętnastoletnią córkę Yennę i dziewięcioletnią Nalię. Deran jest łowcą nagród i pracuje razem z Almekiem i teraz pewnie też Yenną. Olia prowadzi niewielki sklep na ziemiach naszego klanu i czasem pracuje z Deranem i zabierają na wyprawy całą rodzinę – kontynuował Marik

-Zabierają dziewięcioletnią dziewczynkę na zlecenia? – zdziwił się I4

-Takie mamy zwyczaje, jako ośmiolatek towarzyszyłem ojcu na wyprawach, uczyłem się i pomagałem mu. Pierwszą walkę stoczyłem jako dziesięciolatek. My Mandalorianie nie oszczędzamy naszych dzieci bo wiemy, że Galaktyka ich nie oszczędzi. Im wcześniej nauczą się dbać o siebie tym lepiej dla nich. Dlatego Verd’goten przechodzimy już w wieku trzynastu lat – wyjaśnił Marik

-Rozumiem… ciekawa rodzinna, inna od “Vlam Vryheid” – powiedział I4

-To prawda, ale… Aliit ori’shya taldin – rodzina to więcej niż krew, jak mawiamy. Greyer, Fared, Woorwil, Veshana, Tira to taka sama rodzina jak moi krewni. Ty zresztą też blaszaku – uśmiechnął się Marik, a I4 zapiszczał radośnie

-A pozwól, że spytam… nic nie mówiłeś o swoich rodzicach… – zauważył nieśmiało I4

-Mój ojciec nie żyje – odpowiedział krótko Marik – Zginął dzień przed tym zanim dołączyłem do “Vlam Vryheid” – dodał

-A to słyszałem kiedyś opowieści – powiedział I4

-To po co pytasz jak słyszałeś? – prychnął rozdrażniony Marik

-A twoja mama? – zapytał droid

-Nie wiem co z nią i nie chcę wiedzieć. Jest Jedi, porzuciła mnie. Oddała ojcu, krótko po moich narodzinach. Rzekomo dlatego, że bała się, że będę miał Moc i Jedi mnie zabiorę. Nie wiem czy żyje czy nie i nie obchodzi mnie to – powiedział ponuro Marik, a I4 domyślił się, że lepiej nie drążyć tematu. Dalszą rozmowę przerwało im wyjście “Avengera” z nadprzestrzeni.

-No i jesteśmy… Mandalora – powiedział Marik przejmując stery, a I4 ciekawie popatrzył przez kokpit. “Avenger” przeniknął warstwy atmosfery, statek sunął gładko nad gęstą dżunglą planety. Po dwóch godzinach lotu oczom obu pasażerom ukazała się niewielka osada położona nad rzeką Kalitą.
-Wydaje się mniejsza niż zapamiętałem – mruknął lekko zaniepokojony Marik

-Dawno nie było Cię w domu – zauważył I4

-Może to o to chodzi – odpowiedział Marik kierując statek na niewielkie lądowisko na obrzeżach osady. Nie było to jakieś imponujące lądowisko, ot trochę betonu wylane na utwardzoną ziemię, kilka stanowisk do naprawy i tankowania. Ilość jednostek też nie powalała: dwa niewielkie frachtowce, kilka patrolowców i myśliwców. Marik gładko posadził “Avengera” na samym końcu lądowiska, po czym spakował swoje rzeczy do torby i w pełnym pancerzu i z I4 podążającym za nim opuścił statek. Marik czuł się nieswojo, stojąc na rodzinnych ziemiach po tak długiej przerwie. Omiótł spojrzeniem osadę i faktycznie osada wydawała się mniejsza niż pamiętał. Spora część budynków została rozebrana albo była opuszczona. Kręciło się też mniej ludzi. Coś było nie tak… Marik odruchowo poprawił blaster w kaburze.

-Ej a ty kto? – usłyszał za sobą dźwięk odbezpieczanego blastera, ale głos był znajomy…

-Keran to ja kretynie – odpowiedział Marik zdejmując hełm i odwracając się powoli do celującego do niego Mandalorianina w szarej zbroi

-No no proszę proszę kogo tu przywiało – Keran opuścił swój blaster – Ile to już lat cztery? – spytał chowając broń do kabury

-Pięć – poprawił go Marik – Co tu tak pusto? – ruchem ręki wskazał osadę

-Trochę się pozmieniało. Klan się podzielił. Większość odeszła z przywódcą, część została. Życie – wzruszył ramionami Keran

-Cholera to faktycznie się pozmieniało – gwizdnął Marik – A moja… – zaczął

-Twoi zostali – przerwał mu Keran – Idź się przywitać, jeśli nie przyjechałeś na chwilę to jeszcze zdążymy pogadać – dodał i skinął Marikowi odchodząc na patrol. Marik odwzajemnił skinienie i ponownie zarzuciwszy torbę na ramię ruszył w stronę osady. Osada klanu Awaud nie wyglądała imponująco. Ot zbiorowisko drewnianych, kamiennych lub o mieszanej budowie domów, kilka sklepów i magazynów. Rozległe pola i pastwiska niedaleko osady. Wyglądało to jak łatwy cel… ale to była przykrywka. W istocie większość domów połączona była podziemnym systemem tuneli i przejść, prowadzących do zabezpieczonych bunkrów pełnych broni i zapasów. Wiele z niepozornych domów kryło w sobie całkiem zaawansowane systemy obronne zasilane przez podziemne generatory. Jednak podstawową bronią klanu byli wojownicy, których teraz ewidentnie brakowało. Marik szedł w stronę domu, zastanawiając się co u licha skłoniło przywódcę do porzucenia Mandalory. Zbliżając się do domu, zatrzymał się na chwilę widząc cienki słup dymu unoszący się z kuźni dziadka… a więc mimo wieku dalej pracował, pomyślał Marik uśmiechając się do siebie. Dokładnie zlustrował dom z zewnątrz, ciekaw czy zmiany jakie zaszły w osadzie również go dotknęły. Po obserwacji stwierdził, że nic się nie zmieniło. Dalej widział przed sobą piętrowy dom, z kamiennymi ścianami parteru i drewnianym dobudowanym piętrem. Spory i wielopokojowy dom sąsiadował z kuźnią dziadka, warsztatem ciotki i sklepem kuzynki. Z pewnym wahaniem zapukał do frontowych drzwi. Otworzyła mu nastoletnia dziewczyna z długimi czarnymi włosami zebranymi w warkocz, miała na sobie lekką zbroję koloru miedzi. Na widok Marika otworzyła szeroko oczy i rzuciła mu się na szyję

-Wujek Marik! – zawołała radośnie, a tuż za nią słychać było wesołe ujadanie, brązowego strilla

-Witaj Yenna! – Marik przytulił córkę kuzynki i poklepał po łbie strilla, który zaczął się łasić – Ciebie też miło widzieć Nibral – dodał. Yenna puściła Marika i pobiegła w głąb domu

-Mamo! Babciu! Marik przyjechał – usłyszał jej głos Marik w głębi domu. Nic się nie zmieniło pomyślał rozglądając się po przestronnym i przytulnie umeblowanym salonie oraz sporej kuchni. W tym czasie Nibral ciekawie obwąchiwał nieco speszonego I4. Po chwili do pomieszczenia wszedł Deran, który z uśmiechem uścisnął Marikowi dłoń

-Dobrze Cię widzieć młody – powiedział przyjaźnie – Dawno Cię z nami nie było – dodał

-Wiem… przepraszam – powiedział zakłopotany Marik

-Nie mnie musisz przepraszać – zaśmiał się Deran. W tym momencie do pomieszczenia wparowała Olia. Na widok Marika podeszła i bez słowa, z całej siły wymierzyła mu cios pięścią w twarz. Siła uderzenia była tak duża, że Mandalorianin upadł na podłogę i zanim zaskoczony zdążył coś zrobić, otrzymał potężnego kopniaka w brzuch, który pozbawił go tchu. Widząc to Deran wybuchnął głośnym śmiechem, ale zamilkł natychmiast widząc spojrzenie żony.

-Pięć pieprzonych lat! I żadnego znaku życia! – wrzeszczała wściekła Olia – A teraz pojawiasz się jak gdyby nigdy nic?! – jej zazwyczaj łagodna twarz była teraz maską furii. Marik z wahaniem wstał próbując przygotować się na kolejne ciosy, które na szczęście dla niego nie spadły

-Wiem Olia… zjebałem… przepraszam – powiedział ze smutkiem

-Tak… zjebałeś – powiedziała ponuro, podchodząc do niego powoli. Marik spiął się czekając na kolejny cios, ale zamiast tego Olia po prostu go przytuliła.

-Witaj w domu kuzynie – powiedziała łagodniejszym głosem. Marik z wahaniem odwzajemnił uścisk.

-Niezłe powitanie kochanie – powiedział Deran stając obok nich

-Należało mu się – prychnęła Olia

-Nie będę zaprzeczał – przyznał Marik – Gdzie reszta? – spytał rozglądając się

-Almek jest z Nalią na polowaniu, a mama pomaga dziadkowi w kuźni, ale znając Yennę za chwilę przyjdą – odpowiedziała i nie myliła się. Kilka minut później z Marikiem witał się jego dziadek i ciotka, a ich powitanie było dużo spokojniejsze niż Olii.

-Miło Was wszystkich znowu zobaczyć – powiedział lekko wzruszony Marik, nie spodziewał się tak ciepłego powitania po pięciu latach… ale jak widać co rodzina to rodzina – chciałbym Wam przedstawić mojego hmm myślę, że przyjaciela – dodał wskazując I4, który nieśmiało wjechał do domu

-Dzień dobry państwu… jestem I4-D7, droid astromechaniczno-bojowy – przywitał się nieśmiało droid. Reszta rodziny Marika powitała go zaskakująco serdecznie jak na fakt, że był jednak tylko maszyną. Po powitaniach usiedli przy kominku, a Gannar polał do szklanek swojego słynnego tihaaru.
-Ugh mocne… odwykłem – skrzywił się Marik

-Lada dzień wrócisz do formy – zaśmiał się dziadek, pijąc alkohol bez żadnego grymasu

-Na długo zostajesz? – spytała Ran

-Na jakiś czas na pewno… sporo się u mnie pozmieniało. Więc jeśli mógłbym zostać… jeśli to nie problem – zaczął plątać się Marik

-Jaki problem?! – warknęła Olia – Może i jesteś idiotą, ale to jest taki sam dom jak nas wszystkich – dodała, a Deran przytaknął żonie.

-Cóż… dziękuje Wam – uśmiechnął się Marik

-Wujku opowiedz jak było z tymi bojownikami u których walczyłeś – poprosiła Yenna. Marik zamarł

-Tak to… dłuższa historia może zostawmy ją na później – poprosił, Yenna wyglądała jakby miała naciskać, ale pod spojrzeniem matki, jedynie skinęła głową.

-To może ktoś mi wyjaśni co się stało z klanem? – zapytał Marik – Czemu osada wygląda jakby jakaś plaga tu przeszła – dodał

-Decyzja wodza klanu – Nama Beroyi. Jeszcze przed wojnami klonów klan był podzielony. Jedni chcieli zostać, inni szukać nowego domu poza Mandalorą, a jeszcze inni tak jak Ty rozpierzchli się po Galaktyce. Wielu naszych walczyło w siłach separatystów jako najemnicy – zaczął opowieść Gannar

-Dobra robota. Dobrze płatna. Głównie to ganianie jakichś piratów i okazjonalna ochrona różnych oficjeli separatystów. Sporo z Almekiem zarobiłem. Yenna też pierwszy raz zakosztowała walki podczas tych zleceń – wtrącił Deran

-Tak… sporo naszych zarobiło wtedy, dom się udało wyremontować – przytaknęła Ran

-Całkiem nieźle to wyszło – przyznał Marik i po raz kolejny poczuł wyrzuty sumienia, że nie było go tu aby pomóc

-Tak czy inaczej wracając do tematu – wznowił opowieść Gannar – Kilka miesięcy temu Nam zebrał cały klan i zaproponował przenosiny na planetę Vlemoth. Budowę nowej osady i zaczęcia tam od nowa. Większość poszła za nim, myślę, że na Mandalorze została z naszych co piąta rodzina. Obyło się bez jakichś starć… ale no rozstania nie są łatwe. A tu dzieliły się rodziny znające się od pokoleń. Z samą Mandalorą też czeka nas wiele niewiadomych. Wojna oszczędziła planetę, ale podobno Imperium już interesuje się Mandalorą. Chcą założyć tu posterunek i bazę oraz skupować beskar. Znajomy z Keldabe mówił, że zwłaszcza interesuje ich sprzęt przydatny do walki z Jedi. To trudny okres, ale nasz klan przetrwa jak zawsze – dodał

-To kto teraz rządzi osadą? – zapytał Marik

-Sami się rządzimy. W jakichś ważniejszych sprawach zbieramy się i debatujemy. W bardziej administracyjnych sprawach ludzie przychodzą albo do mnie albo do Esta – wyjaśniła Ran, wspominając o jednym z najstarszych w klanie weteranów wojennych. Marik podziwiał go jak zresztą wszyscy w klanie i ucieszył się, że nie opuścił on Mandalory.

-No to faktycznie sytuacja nie wygląda najlepiej, ale nie ma tragedii… a co z Wami? Co robiliście i czym teraz zajmujecie się? Wiem, że spieprzyłem i nie odzywałem się… ale chcę to naprawić – powiedział Marik. Olia przewróciła oczami, ale reszta przyjęła to ze spokojem.

-Ja dalej prowadzę kuźnię, chociaż zdrowie już nie to. Młody Keran przychodzi mi pomóc w kuźni, może coś z niego jeszcze będzie – powiedział Gannar

-Po odejściu większości klanu, brakuje nam mechaników więc roboty mam aż nadto. Mało komu chce się jeździć do Keldabe z każdą usterką, więc nie narzekam na brak pracy. Ogólnie interes się kręci – wzruszyła ramionami Ran – Dzięki Olii nie mam tyle roboty w domu – dodała.

-Dopóki Nalia nie przejdzie Verd’goten jestem tu trochę przykuta, ale czasem bierzemy “rodzinne zlecenia”. Małym dzieckiem już nie jest i może obserwować rodziców i rodzeństwo przy pracy – wyjaśniła Olia

-To prawda, chociaż na co dzień pracuje z Almekiem i Yenną. W czasie wojny pracowaliśmy dla separatystów, a ostatnie kilka zleceń już dla Imperium polując na ex-separatystów – zaśmiał się ironii sytuacji Deran – Robota niezbyt ciężka, a dobrze płatna. Mam dzieciaki na oku bo wciąż sporo się uczą – dodał, ku niezadowoleniu Yenny

-Daję radę… jestem już dwa lata po Verd’goten. Wujek pracował już wtedy z dziadkiem Harelem – powiedziała lekko obrażona Yenna

-Na pewno vod’ika, ale dobry wojownik uczy się całe życie – uśmiechnął się do niej Marik. W tym samym momencie usłyszeli kroki i do domu wszedł Almek i Nalia. Marik i Almek jako towarzysze zabaw dziecięcych przywitali się ciepło. Nalia natomiast z lekką rezerwą przyglądała się Marikowi, ostatni raz widziała go jako czteroletnia dziewczynka, ale po chwili przełamała niepewność i nawiązała z nim normalną rozmowę. Rodzina będąca już w komplecie skupiła się na rozmowie na temat polowania Nalii i Almeka, które zakończyło się upolowaniem dorodnego shatuala. Olia pogoniła Derana i Marika do kuchni i wkrótce w całym domu zapachniało smakowitą pieczenią, co wywoływało proszące piski Nibrala, który dopominał się swojej porcji. W tym samym czasie Nalia i I4 szybko złapali wspólny język i bawili się razem przed domem. Ran z pomocą Almeka poszła wcześniej zamknąć dzisiaj warsztat, a Gannar poszedł wygrzebać z piwniczki “coś na specjalną okazję”. Marik chłonął tą domową atmosferę i spokój jakiego nie zaznał od lat. Nie spodziewał się, że obieranie warzyw i przygotowanie naczyń mogą dać człowiekowi aż tyle spokoju. Musiał przyznać przed samym sobą, że tęsknił za domem bardziej niż myślał, mimo, a może raczej przez to wyrzuty sumienia paliły go mocniej niż tihaar dziadka. Wiedział, że mimo ciepłej akceptacji od rodziny nie przejdzie mu dopóki nie zrzuci wszystkiego co mu ciąży i nie spotka się ze zrozumieniem ze strony rodziny… albo jego brakiem. Po około godzinie obiad był gotowy. Nalia i Almek sprawnie nakryli w salonie i wszyscy zasiedli do pieczeni z shatuala z dodatkiem miejscowych warzyw. Gannar polał swojego specjalnego wina z owoców varos. Marik dawno nie jadł niczego tak dobrego i swojskiego. Rozmowy przy posiłku były lekkie, spokojne i przyjemne. Rozmawiano o polowaniu Almeka i Nalii, o pracy w kuźni Gannara, o ostatnim zleceniu Derana, o ciekawszych wieściach z osady. Pod koniec posiłku Ran zaparzyła mocnego shigu z zioła behot.

-Czas teraz Marik żebyś opowiedział co robiłeś przez ostatnie lata, dlaczego się nie odzywałeś i czemu teraz wróciłeś – powiedziała stanowczo, ale mimo to łagodnie Ran

-Ostatni raz byłeś w domu pięć lat temu. Latałeś wtedy z tymi bojownikami, do których dołączyłeś po śmierci ojca – wtrącił Gannar

-Właśnie, czy coś się zmieniło? – spytał Deran

-Dużo – westchnął Marik i mocniej ścisnął kubek – Już ich nie ma. Prawie wszyscy nie żyją – powiedział cicho i zaczął swoją opowieść, od samego początku. Mimo, że znali początek, bo pamiętali jak dziewięc lat temu wrocił z ciałem ojca, a przez pierwsze cztery lata regularnie ich odziewdział – to nie przerywali mu. Czuli, że musi powiedzieć wszystko razem od początku do końca i zrzucić to z siebie. Marik opowiadał. O śmierci ojca z rąk neimoidiańskich piratów, o dołączeniu do “Vlam Vryheid”, o dalszej nauce walki pod okiem Greyera, o swoich przyjaciołach – Tirze, Faredzie, Veshanie, Woorwilu i I4, opowiadał o atakach na piratów, o paleniu laboratoriów narkotyków, o wyzwalaniu niewolników, zlikwidowanych huttach, o zabitych oficjelach separatystów, o starciu z Jedi i klonami, którzy porwali wrażliwe na Moc dzieci, o prawdopodobnym spotkaniu starszej, przyrodniej siostry, która jest Jedi. Opowiadał o ostatniej walce “Vlam Vryheid”, o kosmicznej bitwie, której nie mieli prawa wygrać. O leczeniu na Coruscant. O rozkazie 66 jaki widzieli przez okna. O ostatnim zebraniu kilkunastu niedobitków “Vlam Vryheid” i o decyzji, że każdy idzie w swoją stronę. Opowieść była długa i bardzo emocjonalna i trwała do wieczora. Rodzina nie przerywała Marikowi słuchając w skupieniu. Almek, Yenna i Nalia początkowo słuchali zafascynowani o walkach i potyczkach, ale z czasem zaczęli widzieć smutek i żal Marika. Po zakończeniu opowieści na chwilę zapadła niezręczna cisza, przerwana sapaniem Nibrala, który położył zaśliniony łeb na kolanach Marika, prosząc o głaskanie.

-Wybrałeś trudną drogę i doprowadziła Cię w miejsca, których nie chciałeś odwiedzić – powiedział zamyślony Gannar

-Ale przetrwałeś i Harel byłby z Ciebie dumny – powiedziała Ran

-Najważniejsze to żyć w zgodzie z samym sobą – przerwał jej Gannar – Powiedz mi, czy wiedząc jak to wszystko się skończy podjąłbyś te same decyzję? – spytał poważnie patrząc Marikowi w oczy

-Bez wahania – odpowiedział Marik pewniej i silniej niż się spodziewał

-To właśnie chciałam usłyszeć, dobrze, że się nie zmieniłeś – uśmiechnęła się Olia

-Jak to? – zdziwił się Marik

-Baliśmy się, nie tylko tego, że zginiesz, ale wrócisz do nas odmieniony, złamany. To że nie odzywałeś się pięć lat? Owszem smutne i irytujące, ale Twój ojciec potrafił robić tak samo. Tak samo Ran i ja jak byliśmy młodsi – wyjaśnił Gannar

-Pamiętam jak wróciłeś z ciałem Harela. Jak powiedziałeś, że chcesz walczyć o nowe ideały, nie dla pieniędzy. Byłem ciekaw gdzie z tym zajdziesz – powiedział Deran – Nie dziwiłem się, że wybrałeś taką drogę. Harel zawsze miał twarde zasady i mimo, że pracował dla pieniędzy to nie dla każdego. Od dziecka byłeś idealistą, nawet jeśli sam nie zdawałeś sobie z tego sprawy – dodał. Marik zastanowił się nad tymi słowami. Czy faktycznie tak było? Czy “Vlam Vryheid” nie tyle zmienili go co pomogli wyjść na wierzch to co zawsze w nim siedziało?

-Nie zadręczaj się tym. Jesteś Mando. Sami wybieramy swoją drogę i sami ponosimy tego konsekwencje. Wybrałeś dobrą drogę. Uczciwą. Nie łatwo jest połączyć to z drogą wojownika. Tobie się udało – powiedział Gannar – Nie opłakuj tych, których już nie ma. Ciesz się że żyli i byli częścią twojego życia – dodał, a Olia przyjaźnie klepnęła Marika w ramię.

-Dziękuje wam… nie wiedziałem co zastanę po powrocie, ale to wiele dla mnie znaczy – przyznał Marik

-Na długo zostaniesz? – zapytał Almek

-Nie wiem, dni, tygodnie, miesiące? – wzruszył ramionami Marik – Chcę robić dalej to co “Vlam Vryheid” ale na mniejszą skalę. Samemu z I4 póki co, a później się zobaczy –

-No to bezpieczną przystań już masz. A jak ze statkiem? – zapytała Ran

-Mam “Avengera”, to jednostka typu Citadel. Idealna do tej roboty. Silnie uzbrojona i z podrasowanymi silnikami. Całkiem przestronna. Mogę uderzyć szybko i celnie – wyjaśnił Marik
-Dasz nią polatać? – zapytała Yenna. Marik pamiętał, że młoda od dzieciaka fascynowała się statkami

-Najpierw musi przejść poważny remont – wtrącił I4 – Marik już wielokrotnie lekceważył potrzebę napraw i statek ledwo się trzyma – dodał

-No… nie będę się z tym kłócić – przyznał Marik

-Jutro pogrzebię przy nim. I4 mi wszystko pokaże nie? – Ran spojrzała na droida, który ochoczo jej przytaknął.

-Dzięki, mojej zbroi też przyda się przegląd i drobny remont jeśli kuźnia jest wolna dziadku – Marik spojrzał na Gannara

-Jasne terminy nie są napięte. Podłubię i zobaczę co tam znowu w niej popsułeś przez te pięć lat – powiedział stary mandalorianin nalewając sobie kolejny kubek shigu

-Tobie też przydałoby się odpocząć. Refleks Ci siada. Dałeś się podejść tym ciosem na powitanie jak dzieciak przed Verd’goten – zakpiła Olia

-No w formie jeszcze pełnej nie jestem to fakt – przyznał Marik

-Może chcesz podłączyć się pod jakieś nasze zlecenia? – zaproponował Deran – W grupie raźniej. Raz dwa wrócisz do formy i będziesz mógł działać sam – dodał

-Chętnie. Ciekawie będzie popracować z rodziną i po dawnemu porywalizować z Almekiem – Marik puścił do syna kuzynki oko, a ten zaśmiał się.

-No ostatni raz chyba się zdarzyło tuż przed moim Verd’goten. Chętnie się sprawdzę – powiedział Almek z błyskiem wyzwania w oku.

-No to plany na najbliższe dni ustalone i za to można wypić – powiedział Gannar polewając dorosłym swojego tihaaru

-K’oyacyi! Za rodzinę! – wzniósł toast, a reszta powtórzyła. Wieczór upływał długo i przyjemnie. Rozmowy schodziły na luźniejsze i spokojniejsze tematy. Marik zaczął czuć jakby w ogóle nie minęło te dziewięć lat, jakby znowu był nastolatkiem, który wraca z ojcem z kolejnego zlecenia. Spać poszli dopiero grubo po północy. Marik z I4 powlókł się do swojego starego pokoju. Poza okazjonalnym sprzątaniem pokój się nie zmienił. Solidne łóżko, szafa, kilka zawieszonych na ścianie trofeów w postaci czaszek i kłów. Niewielkie biurko z narzędziami. Nie zauważył nawet kiedy I4 wyłączył się, a on sam poszedł w jego ślady idąc spać. Następnego dnia rano Marik od razu udał się do kuźni dziadka, gdzie przez kilka godzin dłubali przy jego zbroi, naprawiając liczne uszkodzenia, których dorobił się Marik od ostatniego przeglądu zbroi pięć lat temu. Gannar mimo wieku nadal był jednym z najlepszych kowali na Mandalorze i szybko uzupełnił zadrapania i ubytki zbroi, a także wzmocnił kilka uszkodzonych płyt. Na sam koniec odmalowali zbroję, tak, że wyglądała jak nowa. Marik jak zawsze z podziwem obserwował precyzję pracy swojego dziadka – co prawda mandaloriańscy kowale zazdrośnie strzegli swoich sekretów, ale takie naprawy były jedynie szczyptą ich umiejętności, z którą nie mieli problemów się dzielić. W odświeżonym pancerzu, Marik ruszył na umówione spotkanie z ciocią Ran. Po drodze mijał dawnych znajomych z klanu, wymieniał uprzejme powitania i krótkie rozmowy. Po dotarciu na lądowisko, zastał ciotkę, dłubiącą w silniku “Avengera” przy pomocy I4.

-I jak to wygląda? – zapytał opierając się o burtę jednostki

-Lepiej niż myślałam – przyznała Ran, ocierając twarz ubrudzoną smarem – Jest parę części do wymiany, ale nic rzadkiego. Wszystko będę miała u siebie w warsztacie. Dzień albo dwa roboty i będzie śmigał jak nowy – dodała

-To bardzo dobra wiadomość – ucieszył się I4 – Jeśli mogę w czymś pomóc to chętnie pomogę

-Dzięki mały, na pewno się przyda para dodatkowych technicznych rąk – stara mandalorianka uśmiechnęła się przyjaźnie do droida – A ty młody może faktycznie popracuj trochę z Deranem i dzieciakami. Przyda im się dodatkowa para rąk, a tobie spokojniejsze zlecenie – dodała

-Pewnie tak zrobię. Forsa też się przyda. Działalności zarobkowej nie prowadziłem od prawie dziesięciu lat – przyznał Marik

-No to tym bardziej. Od bratanka kasy nie chcę wyciągać, ale no części i paliwo nie są za darmo niestety – odpowiedziała Ran

-Spoko, na te naprawy mi starczy. Coś tam odłożone mam – uspokoił ją Marik

-Świetnie. W ogóle pokręciłam się trochę po statku. Całkiem nieźle urządzony – zmieniła temat – Sam ogarniałeś? – zapytała

-Tak. We “Vlam Vryheid” to była moja jednostka infiltracyjna. Czasem trzeba było udawać łowcę nagród, zebrać informację i tak dalej. “Avenger” do tego się idealnie nadawał. Czasem były to dłuższe misje w niewielkim zespole stąd kilka wygodnych kabin i to pomieszczenie wspólne z kuchnią. Ładownia jest w stanie pomieścić sporo sprzętu, a w razie czego można w niej ścisnąć dodatkowe osoby – wyjaśnił Marik

-Ma to sens. Uzbrojenie też całkiem potężne jak na taką jednostkę – skomentowała Ran. Faktycznie jednostka typu Citadel uzbrojona była w dwa podwójne działka laserowe, dwa podwójne działka jonowe, wyrzutnie rakiet oraz emiter promienia ściągającego.

-Tak, trochę je podrasowaliśmy, żeby miało większego kopa. Muszę kiedyś usunąć mocowania na myśliwce, są dwa i praktycznie nigdy z nich nie korzystałem – Marik wskazał dwa zaczepy z boku statku

-Zostaw. Może kiedyś się przydadzą, a statku nie spowalniają. Nie pozbywasz się broni, tylko dlatego, że teraz jest nieprzydatna – Ran zacytowała jedno z powiedzeń ojca Marika

-Ta… ojciec by mi natarł uszu za takie pomysły – zaśmiał się Marik – On zawsze miał za dużo broni i chyba zostało mi to po nim – dodał

-Fakt, zbrojownię na statku masz jakbyś samodzielnie chciał podbić jakąś planetę – zażartowała Ran – Beskar’gam jak widzę ogarnięty już? – zapytała kończąc dłubanie przy silniku

-Tak, dziadek sprawnie wszystko wyklepał i podmalowaliśmy tu i ówdzie – Marik popukał płytę napierśnika

-Jeszcze Twoje dzieciaki będą w nim chodzić – pokiwała głową Ran

-Ta… jak dożyję do tego – parsknął Marik

-Weź nie gadaj tak… swoją drogą mógłbyś się już zainteresować założeniem rodziny. Dorosły chłop jesteś. Nie wpadła Ci żadna w oko podczas tego włóczenia się po Galaktyce? – ciotka Ran jak zawsze była bardziej niż bezpośrednia

-Nic długotrwałego – zbył ją Marik – Który to statek Derana? – zapytał Marik patrząc na pozostałe na lądowisku jednostki

-Ten G-9 Rigger na końcu – wskazała maszynę nakrytą wodoodpornym brezentem i wróciła do dłubania przy “Avengerze”. Marik podszedł do jednostki Derana, zdjął brezent i długo oglądał maszynę. Usłyszał kroki za sobą i zobaczył Yennę i Almeka.

-Oglądasz rupiecia ojca? – spytał Almek, a Marik wybuchnął śmiechem, przypominając sobie, że tak samo nazywał statek swojego ojca.

-Wcale nie jest zły – oburzyła się Yenna – Szybki i zwrotny. Trochę kiepsko uzbrojony ale nie można mieć wszystkiego. Ale no “Avenger” jest zdecydowanie lepszy – zerknęła rozmarzonym wzrokiem na jednostkę Marika

-Jak Ran skończy naprawy to chętnie się nim z Wami wybiorę – obiecał Marik

-Trzymam za słowo – uśmiechnęła się Yenna

-Naprawdę chcesz z nami popracować? – spytał Almek

-A czemu nie? Chętnie rozprostuje kości – przeciągnął się Marik – A co wolicie pracować sami? – zapytał

-Nie, nie na spokojnie. Zawsze to dobrze mieć kolejną sprawdzoną osobę w ekipie, ale mimo wszystko myślałem, że rzuciłeś robotę łowcy nagród lata temu -Almek spojrzał na Marika pytająco

-W zasadzie to tak, ale no tak jak wczoraj rozmawialiśmy. Potrzebuje odpoczynku. Muszę wrócić do formy – a jeśli mogę pomóc przy tym rodzinie i trochę się odkuć to połączenie idealne – wyjaśnił Marik – Na kogo ostatnio polujecie? – spytał

-Niedobitki separatystów. Razem z ojcem walczyliśmy jako najemnicy konfederacji, więc tym łatwiej nam ich łapać – zaśmiał się z ironii sytuacji Almel

-Nie są to jakieś duże wyzwania. Garść skorumpowanych urzędników albo oficjeli korporacji z ochroną najemników. W większości amatorzy albo jakieś leszcze – powiedziała Yenna

-A kto płaci nagrody? – zapytał Marik

-Imperium. Mają niezły bajzel i nie ogarniają wszystkiego sami. Płacą uczciwie i na czas, iście po urzędniczemu – parsknął Deran

-Hmmm skoro tak mówisz – mruknął Marik

-Coś nie tak? – spytała Yenna

-Nie ufam Imperium, tak jak nie ufałem Republice, a może jeszcze bardziej im nie ufam. Nie lubię polityki, ale coś jest na rzeczy cały ten rozkaz 66, wybicie Jedi, błyskawiczny koniec wojny, to co najmniej podejrzane – przyznał Marik

-Może i tak, ale no jak sam mówiłeś – to polityka, a my się jej nie ruszamy dopóki ona nie ruszy nas – powiedział Almek

-Może i słuszne podejście. Kiedy ruszamy? – zapytał

-Za godzinę – usłyszeli głos za sobą i zobaczyli idącego w ich kierunku i objuczonego sprzętem Derana – Mamy nowe zlecenie. Były oficer floty Federacji Handlowej. Mamy go złapać i dostarczyć do imperialnego frachtowca więziennego nad Nar Shadda – wyjaśnił.

-Ile płacą? – zapytał Almek

-100 000 kredytów – odpowiedział mu ojciec. Marik syknął, cena robiła wrażenie

-Dzielimy po równo? – zapytała Yenna

-No a jak inaczej – odpowiedział Deran – Lećcie po pancerze i broń i widzimy się za godzinę. Ja i Marik przygotujemy statek do lotu – dodał. Almec i Yenna pobiegli w stronę domu po swój sprzęt.

-Jak się podoba staruszka? – spytał Marika Deran klepiąc statek po burcie

-Chętnie zobaczę ją w akcji. Mała, szybka i dyskretna. Dobra do waszej roboty – przyznał Marik

-Zbieram na coś większego, ale póki co jak mówisz – daje radę i do roboty pasuje – powiedział Deran i zlustrował sprzęt Marika – Pancerzyk widzę odnowiony, a jak ze sprzętem? – spytał

-Skoczę na “Avengera” po sprzęt. Brać coś specjalnego? Ładunki wybuchowe albo ciężką broń? – spytał Marik

-Raczej nie musisz. Standardowa robota. Nie spodziewam się większego oporu – wzruszył ramionami Deran. Marik skinął głową i ruszył na swój statek. Po chwili wrócił z dwoma blasterami przy pasie A-180 i DL-44, swoim mieczem z beskaru, niewielkim beskadem po ojcu i kilkoma nożami. Przy G-9 Derana stali już Yenna i Almek w pełnych pancerzach, ona w lekkim,koloru miedzi, a on w ciężkim, w kolorze ciemnoniebieskim. Deran również założył swój ciemno-szary pancerz. Nie minął nawet kwadrans, jak załadowani na statek mknęli nim nad lasami Mandalory.

Kilka dni później. Imperialny statek więzienny “Duch”. Przestrzeń kosmiczna nad Nar Shadda.

 

Imperialny “Duch” nie był zbyt dużą jednostką. Widać było, że jest to jedna z cywilnych jednostek dozbrojona i zaadaptowana na mobilne więzienie, zdolne pomieścić około stu więźniów, dwudziestu strażników i członków załogi oraz kilku oficerów. Marik szedł ciemnymi korytarzami za Deranem, prowadząc skutego kajdankami Neimoidianina. Idąc korytarzem mijali cele pełne… wookieech. Marik był tym mocno zaskoczony. Wookiee byli sojusznikami Republiki, a więc powinni i być sojusznikami Imperium. Dlaczego więc byli trzymani jako więźniowie? Z głową pełną pytań dotarli na mostek, gdzie imperialny oficer wypłacił Deranowi nagrodę i przekazał neimoidianina strażnikom.

-Zaraz – zatrzymał chcącego wyjść z mostku Derana – Co tu się dzieje? Dlaczego w tych celach trzymacie wookieech? Czy nie są sojusznikami? Walczyli przeciwko separatystom! A my dostarczyliśmy Wam jednego z nich – zaprotestował Marik. Imperialny oficer obrzucił go pogardliwym spojrzeniem

-Sprawy Imperium nie są przeznaczone dla takich jak ty łowco nagród – powiedział zakładając ręce za plecy

-A może trochę grzeczniej? – dłoń Marika oparła się o rękojeść blastera. Strażnicy wycelowali broń w Marika i Derana. Oficer gestem ręki kazał im opuścić broń.

-Republika upadła. Jej sojusznicy nie zawsze są sojusznikami Imperium. Galaktyka się zmieniła. Niektóre rasy… gorsze rasy… muszą nauczyć się służyć – wycedził przez zęby – A teraz bierzcie nagrodę i wynoście się – dodał. Deran ledwo wypchnął wściekłego Marika z mostku i zaciągnął go na statek

-Co z Tobą? – warknął Deran

-Nie widzisz? Robią z wookieech niewolników! Poznaje takie cele i te obroże! Setki razy je otwierałem! Nie wiem po co ale trzymają tych wookieech jako niewolników – powiedział wzburzony Marik

-Nie tu i teraz będziemy o tym rozmawiać – powiedział zaskoczony Deran.

Wkrótce ich G9 opuścił układ skacząc w nadprzestrzeń. Droga upłynęła im na ostrych rozmowach. Finalnie Deran dał się przekonać argumentom Marika. Mimo, że daleko mu było do jego wręcz fanatycznego idealizmu to nie spodobał mu się fakt trzymania innych jako niewolników. Yenna i Almek poparli Marika, kiedy ten rzucił, że nie powinno się pracować dla Imperium. Deran mrukliwie przyznał, że faktycznie trzeba będzie się nad tym zastanowić poważnie. Resztę drogi Marik nie odzywał się, wewnętrznie jednak aż skręcał się z wściekłości. Po wylądowaniu i przywitaniu ich przez I4-D7, Marik ku zaskoczeniu reszty, od razu wskoczył do “Avengera” i bez słowa z samym tylko droidem odleciał z osady pozostawiając bliskich z masą pytań.

Imperialny oficer na mostku statka więziennego “Duch” otrzymał sygnał od niezidentyfikowanej jednostki, że posiada ona na swoim pokładzie cennego dla Imperium więźnia. Jako uwiarygodnienie, pilot jednostki przesłał kody identyfikujące swój statek, jako republikańską jednostkę policyjną. Kody mimo, że stare były wciąż akceptowane. Oficer zezwolił jednostce na dokowanie i wysłał dwóch strażników do śluzy celem odebrania więźnia. Dwóch strażników w uniformach imperialnej służby więziennej pospieszyło w stronę śluzy. Kiedy się otworzyła w drzwiach zamiast więźnia stanął uzbrojony po zęby Mandalorianin w bordowym pancerzu. Bez słowa wypalił z blastera w głowę jednego ze strażników, po czym wycelował go pozostałego przy życiu strażnika

-A teraz może mi odpowiesz na pytanie… co się tu kurwa dzieje? – głos Mandalorianina ociekał furią…

2 dni później. Ziemie klanu Awaud. Dom rodzinny Marika.

Cała rodzina siedziała przy stole po kolacji rozmawiając i grając w sabacca, kiedy Nibral wyczuł znajomy zapach i zaczął ujadać. Po chwili do domu wszedł Marik. Jego pancerz pokrywały ślady od strzałów blastera i plamy krwi. Bez słowa rzucił na stół pokryte krwią oznaczenia imperialnego oficera. Dokładnie takie same jakie miał dowódca “Ducha”…

-Chyba już wiem, czym będę się teraz zajmował – powiedział ponuro Marik