SPOŁECZNOŚĆ
Menu
Uciekinierzy, kopalnie i pustkowia
22 lata przed bitwą o Yavin, Ryloth
– Veena!
Wracająca z targu niebieskoskóra Twi’lekanka zatrzymała się w pół kroku. Natychmiast poznała wołający ją głos, choć nie słyszała go od pierwszego miesiąca po wybuchu wojen klonów. Obróciła się i zauważyła kuzyna, przeciskającego się przez tłum w jej kierunku.
– Reay! – zawołała – Cześć. Od dawna jesteś znów na Ryloth?
– Dopiero od kilku godzin. Leciałem z towarem przez tę okolicę, ale front przerwał końcówkę trasy koreliańskiej, więc muszę gdzieś przeczekać zanim będę mógł dostarczyć towar. – wyjaśnił Twi’lek.
Veena Vao pokiwała głową.
– Słyszałam w holowiadomościach. Nawet pomyślałam wtedy o tobie. Separatystom udało się podbić Christophsis.
Reay skrzywił się lekko, gdy wypowiadała ostatnie zdanie. Spojrzała na niego podejrzliwie.
– Cóż, walka z Republiką wymaga poświęceń. – Stwierdził nieśmiało, przyznając się w ten sposób do swoich politycznych sympatii.
Veena spojrzała na kuzyna z oburzeniem. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale przerwała w pół słowa. Rozejrzała się z niepokojem po otaczającym ich tłumie.
– Może lepiej porozmawiajmy o tym w domu – rzuciła chłodno.
– Miałem z tobą pomówić na osobności – oświadczył. – Bez Rogha – podkreślił.
Znów rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie.
– Wcale nie spotkałeś mnie tu przypadkiem – wywnioskowała.
Reay pokręcił głową.
Zaprowadziła go do okolicznego baru, który o tej porze świecił pustkami. Lecąca w tle muzyka pozwalała na prywatną rozmowę.
– Co ty tutaj robisz? Rekrutujesz jakichś szpiegów dla separatystów? – zapytała, szykując się na najgorsze.
– Co?!? Nie, nie… – zaprzeczył, zaskoczony podejrzeniami kuzynki. – Nie pracuję dla Konfederacji.
Veena odetchnęła z ulgą.
– …ale Republika sama prosiła się o tę wojnę. – dokończył stanowczo. Twi’lekanka otworzyła usta, ale kuzyn nie dał jej dojść do słowa.
– Słuchaj, wygląda na to, że na każdą planetę wyzwoloną przez Konfederację przypada jedna podbita przez Republikę. Ta wojna będzie się ciągnąć i w końcu przyjdzie też na Ryloth.
Veena odruchowo cofnęła rękę ze stołu i dotknęła swojego ciała tuż pod piersią. Jej kuzyn kontynuował swój wywód.
– Wiem, co Rogh myśli o opuszczeniu Ryloth, więc pozwól, że to tobie przedstawię swoją propozycję…
Reay miał rację. Mąż Veeny zawsze krytycznie wypowiadał się o diasporze Twi’leków. Przedstawiciele ich rasy zamieszkiwali liczne systemy w całej galaktyce. Skupieni w małych społecznościach często byli spychani na margines i tylko na Ryloth mogli czuć się naprawdę jak w domu. Rogh nigdy nie zgodziłby się na taki upadek społeczny… Chyba, że dla dobra Veeny i ich nienarodzonego syna.
Cztery miesiące później
Wchodząc na pokład transportowca Reay’a Veena nawet nie spojrzała na kuzyna. Jej wzrok spoczywał na noworodku, którego niosła na rękach. Wpatrywała się w swojego zielonoskórego syna jakby chciała nie zapomnieć dla kogo opuszcza jedyny świat, który kiedykolwiek znała. Rogh szedł tuż za nią popychając wózek antygrawitacyjny. Spojrzał prosto w oczy Reay’a, ale w jego wzroku nie było ani krzty wdzięczności. W ciągu ostatnich miesięcy sprzedał swój dom za bezcen. Dorobek jego życia spoczywał teraz w kilku skrzyniach, które miały razem z nim trafić aż do Dzikiej Przestrzeni. Tam Reay, rodzina Vao oraz trzydziestu innych Twi’leków miało założyć małą osadę górniczą ukrytą przed Republiką, Separatystami i tą całą przeklętą wojną.
Z zamyślenia wyrwał go nagły wybuch płaczu syna. W całej tej ponurej sytuacji pocieszała go myśl, że Marik przynajmniej urodził się na Ryloth, zanim opuścili tę planetę na zawsze…
***
Księżyc, na którym wylądowali twi’lekańscy uchodźcy nie miał nazwy ani oznaczenia na ogólnodostępnych mapach Galaktyki. Warunki na nim pozwoliły na wytworzenie się atmosfery, którą dało się bez problemu oddychać, ale nie występowały tu żadne zaawansowane formy życia. Większość powierzchni pokrywały bezkresne płaszczyzny porośnięte trawami i krzewami. Fauna ograniczała się do ogromnych ilości owadów w okolicach rzek i jezior oraz drobnych zwierząt wodno-lądowych, które się nimi żywiły.
Na księżycu dawno temu znaleziono złoża cortosis. Ten rzadki metal był dość cenny, jednak rozmiary i położenie obracającej się w Dzikiej Przestrzeni skały sprawiły, że żadna korporacja wydobywcza nie zainteresowała się tak małym, jak na galaktyczną skalę, kąskiem.
Zbiegłe z Ryloth rodziny Twi’leków przyleciały transportem wypełnionym wszystkim, czego potrzebowali do przeżycia i założenia kopalni: maszynami górniczymi, modułowymi domkami i budynkami użytkowymi oraz ogrodzeniem energetycznym, które ratowało osadę przed zalewem różnych owadów, zarówno pojedynczych jak i ogromnych chmar, które raz na jakiś czas przemierzały pustkowia w poszukiwaniu nowego miejsca do lęgu.
Nastroje wśród kolonistów były różne. Wszyscy sprzedali swoje majątki na Ryloth i zainwestowali zdobytą gotówkę w wyposażenie osady. Z tego powodu niektórzy traktowali przeprowadzkę jako ostatnią i nie zamierzali próbować opuszczać tego księżyca, jeśli nie nastałaby taka konieczność. Inni wierzyli, że wojna się skończy i wtedy wrócą na Ryloth po spędzeniu tu kilku bezpiecznych lat. Oznaczałoby to zaczynanie życia od zera: szukanie nowej pracy i miejsca do życia. Dlatego młodsi i lepiej wykwalifikowani Twi’lekanie mieli tendencję, by wyczekiwać końca galaktycznej zawieruchy, a starsi nie tęsknili aż tak za powrotem do cywilizacji.
Raz na kilka miesięcy przylatywał transportowiec zorganizowany w tajemnicy przez kuzyna Veeny Vao. Przemytnik zabierał transporty wydobytej rudy cortosis i przyjmował zamówienia na rzeczy, które miał dostarczyć w przyszłości. Wraz z dostawami, durosjański pilot dostarczał wieści z Galaktyki. W ten sposób koloniści dowiedzieli się o zakończeniu Wojen Klonów i o przekształceniu Republiki w Imperium. Część osadników liczyła, że już niedługo będzie można powrócić na macierzystą planetę, jednak nadchodzące wraz z następnymi transportami doniesienia o brutalności Imperium wobec obcych oraz planet Zewnętrznych Rubieży skutecznie wystraszyły kolonistów i żadna z kilkunastu rodzin nie powróciła do domu.
Surowe warunki życia w kolonii oraz brak dostępu do większych społeczności sprawiły, że nikt w osadzie nie zdecydował się na potomstwo. W efekcie Marik był zawsze najmłodszym dzieckiem w kolonii, oczkiem w głowie każdego mieszkańca, niemal maskotką całej społeczności. Każdy traktował go z serdecznością, każdy pouczał i każdy porównywał ze starszą o dwa lata, buntowniczą pomarańczowoskórą Sejillą.
W osadzie wszystko było wspólne: domki rodzinne stanowiły głównie sypialne baraki, mieszkańcy jedli we wspólnej sali, a zabiegom higienicznym poddawali się we wspólnych budynkach użytkowych. Był też mały budynek szpitalny, ale jego wyposażenie pozostawiało wiele do życzenia. Dlatego rodzice bardzo bali się o dobro Marika i zawsze podkreślali jak ważne jest, by się nie narażał na niebezpieczeństwa i urazy, których można było uniknąć.
Tak wyglądało życie małego Marika Vao aż do czternastego roku życia…
8 lat przed bitwą o Yavin, Dzika Przestrzeń
Imperialny wahadłowiec wszedł w atmosferę bez nawet najmniejszego szarpnięcia. Sunął powoli ku powierzchni księżyca, skanując kolejne połacie płaskiego terenu. Co jakiś czas zwracał się lekko w innym kierunku, poszerzając obszar poszukiwań. Przemieszczał się powoli, jak łowny ptak poszukujący gdzieś na ziemi swojej ofiary. Dzięki małym rozmiarom księżyca, pilotująca go załoga bardzo szybko trafiła na sygnał, którego szukała. Gdy pułap lotu maksymalnie się obniżył, wśród załogi zaczął panować niemy niepokój. Oddział szturmowców nie był informowany o tym, gdzie są wysyłani i w jakim celu. Po opuszczeniu pokładu mogła ich czekać niebezpieczna dżungla, imperialny kosmoport lub front zaciekłej bitwy. Nie potrzebowali odprawy, mieli być gotowi na wszystko i wypełniać rozkazy co do joty. A rozkaz był prosty: zaraz po lądowaniu ustawić się w szeregu i chronić komandora.
Gdy rampa wahadłowca została opuszczona, wszyscy szturmowcy wybiegli i ustawili się wzorowo w idealnym szeregu na skraju lądowiska. Każdy z nich trzymał w ręku standardowy blaster E-11, ale nie wyczuli jawnej wrogości ze strony Twi’leków obserwujących ich lądowanie na skraju osady. Jedni byli wyraźnie zafascynowani widokiem, inni przyglądali się z niepewnością i strachem, ale nikt nie zajmował obronnych pozycji ani nie próbował ich otoczyć. To był dobry znak: mieszkańcy byli słabi i zapewne dadzą komandorowi wszystko, czego ten zażąda.
Z grupy mieszkańców wyłoniło się dwóch Twi’leków, którzy po krótkiej wymianie zdań wyprostowali się i sztywnym krokiem podeszli do grupy szturmowców. Niemal symetrycznie, z drugiej strony do szeregu żołnierzy zbliżył się komandor. Gdy oficer zbliżył się do obcych, nie podał żadnemu z nich ręki, a własne dłonie złączył za plecami w sztywnej pozie. Spojrzał na dwie istoty przed sobą, starając się ocenić, z kim może mieć do czynienia. W końcu odezwał się bez żadnych wstępów.
– Czy to wy dwaj tu rządzicie?
Twi’lekowie spojrzeli po sobie. Jeden skinął głową, a drugi potwierdził słownie
– Kim jesteście? – zapytał zielony mężczyzna i rzucił okiem na rząd stojących szturmowców.
– Nazywam się Catagan i jestem komandorem floty Imperium. W imieniu sztabu admirała Fyyara zajmujemy tę placówkę i jej wszystkie aktywa. Nie przysługuje wam prawo odwołania od tej decyzji, a nasze działania tutaj mają pozostać ściśle tajne. Z tego powodu zostaniecie wysiedleni do wyznaczonej placówki i podejmiecie pracę ku chwale Imperatora.
Komandor uznał za zabawne, jak bardzo jego słowa zaskoczyły i oniemiły rozmówców. Te odcięte od cywilizacji, niemal zdziczałe istoty potrzebowały kilku chwil, zanim zaczęły pojmować swoją nową sytuację. Widział już wcześniej podludzkie gatunki i wiedział, że musi odwoływać się do ich najbardziej podstawowych instynktów. A najbardziej podstawową wolą każdej prymitywnej jednostki była chęć przetrwania. Gdy tylko zaczynały rozumieć, że stoją przed wyborem między śmiercią a niewolą w obozach pracy, zaczynały się szybko podporządkowywać każdemu rozkazowi. Ludzie byli inni. Rasa dominujaca w Galaktyce potrafiła oddać swoje życie za wyższe idee. Pod rządami Palpatine’a tą wartością wartą ludzkiego życia stało się Imperium. Dlatego ludzie wywoływali przerażenie wśród wrogów: każdy umierający na froncie żołnierz albo pilot TIE w przestrzeni kosmicznej pokazywał niższym rasom, że imperialni nie są tacy sami jak oni. Służba w Imperium stawiała ludzi ponad instynktami dzikusów.
– Nie jesteśmy częścią Imperium, Republiki ani Konfederacji. Nie obowiązują tu ich prawa, a kopalnia nie jest na sprzedaż – odpowiedział w końcu zielony Twi’lek, starając się formalnym tonem przykryć panikę.
Komandor skinął na szturmowców. Cały rząd wymierzył broń w stojących w osadzie mieszkańców. Na twarzy zielonego Twi’leka malowało się przerażenie. Odruchowo zrobił krok w tył. Otworzył usta, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.
– Ostatnia szansa! Poddajcie się, a ocalicie swoje życia.
– Teraz! – krzyknął starszy Twi’lek i rzucił się na komandora.
Imperialny oficer oparł się przeciwnikowi i nie dał się przewrócić na glebę. Zanim zdążył dalej zareagować na agresję obcego, zza jego pleców doszedł głośny trzask eksplozji, a zaraz za nim fala gorąca. Obaj przewrócili się, nadal trwając w klinczu. W trakcie upadku komandor Catagan zobaczył kątem oka, że część szturmowców padła od siły wybuchu, a część otworzyła ogień do Twi’leków.
Pomarańczowy obcy obrócił oficera i chwycił za szyję. Pokazał mu prom, który teraz rozpadał się na dwie części i stał w płomieniach. Za ich plecami słychać było krzyki i dźwięki upadających mieszkańców kolonii.
– Nie macie jak stąd odlecieć. Poddajcie się, a zorganizujemy wam powrót do waszego marnego Imperium! – wycedził Twi’lek przez zaciśnięte zęby.
Mimo zaciśniętego na jego gardle ramienia, groźba nie zrobiła na oficerze żadnego wrażenia. Szarpnął mocno całym ciałem i sięgnął po pistolet blasterowy. Zanim zdążył go użyć, przeciwnikiem coś wstrząsnęło, a jego mięśnie natychmiast zwiotczały. To jeden ze szturmowców zastrzelił intruza celnym strzałem w potylicę. Catagan wstał i wycelował blaster w kierunku wioski. Na zewnątrz nie było już nikogo, a stojący na nogach ocalali z eksplozji członkowie oddziału szturmowców wdzierali się do domków.
– Zabić ich wszystkich! – wykrzyczał oficer, choć pozostali przy życiu szturmowcy już mordowali każdego, kogo tylko złapali w zasięgu wzroku.
Okazało się, że część mieszkańców była uzbrojona. Wbiegali do domów i w ich obronie zabijali kolejnych żołnierzy. Ich opór słabł, a kilku szturmowców wybijało rodzinę za rodziną. Catagan wbiegał za nimi, wspierając ogniem, strzelał do każdego, kogo zobaczył w środku. Bezbronni Twi’lekanie chowali się pod stołami albo za prostymi meblami, a posiadacze prostej broni myśliwskiej chowali się za drzwiami, żeby zastrzelić każdego, kto spróbuje się wedrzeć do środka. Cały czas miał uczucie odrealnienia, sam nie wiedział, czy to efekt oszołomienia po eksplozji, czy mechanizm obronny w sytuacji zagrożenia życia. Catagan chował się za szturmowcami, żeby nigdy nie być pierwszym, kto zostanie trafiony niespodziewanym strzałem w głowę. W ten sposób na koniec walki został ostatni dom i już tylko on stał na nogach. W ferworze walki wbiegł do środka i wystrzelił do postaci stojącej między łóżkami. Twi’lek miał w rękach karabin blasterowy i również oddał celny strzał. Padli na ziemię niemal w tej samej chwili.
Ból w przepalonej klatce piersiowej przeszył oficera tak mocno, że nie udało mu się złagodzić upadku. Nie mógł nabrać oddechu ani poruszyć żadną częścią ciała. Nie wiedział jak szybko, ale już po chwili ogarnęła go zupełna ciemność.
***
Sejilla leżała w wielkiej skrzyni repulsorowej przeznaczonej do załadunku rudy metalu. Pod nią leżał jej młodszy kolega, mały Twi’lek o zielonej skórze. Cały się trząsł i oddychał nerwowo jakby się dusił z braku powietrza. Pojemnik nie był uszczelniony, więc nie groził im brak tlenu. Największym zagrożeniem była odbywająca się na zewnątrz masakra. Sejilla starała się nie skupiać na tym, co słyszała z zewnątrz. Całą siłą woli zmuszała się do koncentracji na Mariku. Jeśli by zaczął płakać albo krzyczeć, wrogowie znaleźliby ich bez żadnego problemu. Głaskała chłopca po plecach swoimi drżącymi pomarańczowymi dłońmi.
Jednak nie wszystkie dźwięki z zewnątrz dało się zignorować. Po wybuchu słychać było strzały i krzyki umierających członków ich wioski. Sejilla starała się o nich nie myśleć, ale nie udało się jej nie rozpoznać piskliwego krzyku sąsiadki. Twi’lekankę przeszył dreszcz, gdy ten wrzask rozpaczy został przerwany w pół dźwięku. Prawdopodobnie uderzenie blasterową błyskawicą zabrało jej możliwość dalszego wydawania jakichkolwiek dźwięków.
Odgłosów z zewnątrz było coraz mniej. W końcu nadeszła głucha cisza. Sejilla słyszała tylko kołatanie własnego serca i nerwowy oddech Marika. W tych nerwach straciła kompletnie poczucie czasu, ale mimo panującej ciszy bała się wyjrzeć ze skrzyni nawet gdy ciało zaczynało boleć od ułożenia w niewygodnej pozycji. W pewnym momencie zaczęła słyszeć znajomy szelest wiatru. Gdy zbliżał się zmrok, na księżycu hulał lekki wiatr, unoszący pył z ziemi i ciskający drobne grudki o ściany domów oraz skrzynię, w której schowały się dzieci.
To zmusiło Sejillę do myślenia. Dlaczego nie słyszała nic poza wiatrem? Jeśli obcy zabili wszystkich mieszkańców wioski, usłyszeliby ich rozmowy w basicu. Gdyby okazało się, że Twi’lekanie się obronili, ktoś zacząłby szukać dwójki dzieci schowanych w kontenerze. W obu tych opcjach słychać byłoby kroki, dźwięki lub inne głosy. Ale nie było nic poza ciszą, waleniem serca i oddechem Marika.
W końcu młoda Twi’lekanka podniosła się i oparła ręce o pokrywę kontenera. Jej osłabione ciało ledwo dało radę unieść wieko i zrzucić je na bok. Odetchnęła świeżym powietrzem, ale gdy tylko wystawiła głowę ponad ścianę kontenera, rozejrzała się dokoła. Marik, choć młodszy o dwa lata, nieznacznie przewyższał ją wzrostem i też wstał. Wpatrywali się w okolicę, szukając jakichkolwiek istot, które przetrwały rzeź. Starali się przeniknąć wzrokiem ciemność, która coraz mocniej zakrywała tę stronę księżyca. Nic nie dostrzegli, więc po dłuższej chwili wygramolili się ze skrzyni i podeszli cichym krokiem do zabudowań.
W drzwiach najbliższego budynku leżał człowiek w szarym mundurze. Jego czapka spadła z głowy, a oczy były puste. Sejilla przez dłuższą chwilę wpatrywała się w małą głowę, pokrytą cienką warstwą włosów. Widok kogoś innego niż Twi’lek na chwilę przyciągnął też wzrok Marika, ale młodzieniec szybko stanął jak wryty, widząc w głębi domu wpatrujące się w nich oczy sąsiada.
– Sejilla! – zawołał cicho, choć widać było, że włożył w to duży wysiłek.
Dziewczyna aż podskoczyła na głos swojego imienia. W ciągu sekundy przełamała strach i przeskoczyła martwe ciało oficera Imperium. Podeszła do umierającego Twi’leka i dotknęła jego policzka. Był wychłodzony. Spojrzała w dół, ale nie dała rady zobaczyć jego rany, bo zasłaniał ją ręką. Zaczęła panikować, próbując sobie przypomnieć, co powinna zrobić w takiej sytuacji. Mama uczyła ją podstaw leczenia obrażeń i codziennych problemów zdrowotnych, ale nikt nie przygotował jej na leczenie postrzelenia. Usta zaczęły dygotać, ale nie wydobyła z siebie ani słowa.
– Musisz spakować wszystko, co będzie potrzebne. Musicie uciekać, bo oni na pewno tu wrócą. Schowajcie się na pustkowiu.
Jego głos był coraz bardziej bełkoczący, ale Twi’lek zdołał swoimi słowami uspokoić dziewczynę. Dał jej to, czego najbardziej potrzebowała w tej sytuacji: zadanie. Nie wiedziała, co najbardziej przyda się im w dziczy, ale myśli zaczynały nad tym pracować. Opanowała emocje i zmusiła się do przygotowania w myślach krótkiej listy. Wybiegła z domku i chwyciła Marika za rękę. Odprowadziła go do jego domostwa i zajrzała do środka. Jego rodzice nie leżeli na podłodze w środku i nie było widać śladów po strzałach. Czyli najpewniej nie zostali zabici tutaj, tylko na placu lądowniczym.
Podeszła do czternastolatka i kazała mu spakować podstawowe rzeczy: ubrania na zmianę, koc, zapas wody i jakieś kaloryczne porcje jedzenia na drogę. Sama wbiegła do swojego domu i też chwyciła najpotrzebniejsze rzeczy, które dała radę spakować do plecaka. Dorzuciła też podręczny datapad, prosty multitool i palnik.
Szli wzdłuż rzeki aż do rana. Noce na księżycu trwały zaledwie cztery godziny. Niezmiennie tyle, ponieważ nie było tu pór roku. Dla dorosłych dziesięciogodzinna doba stanowiła problem. Często przesypiali połowę dnia, a potem siedzieli do późnych pór nocnych. Marik i Sejilla byli nauczeni życia zgodnie z lokalnym trybem przyrody. Jednak tym razem nie byli w stanie spać, ani nie zatrzymywali się na długo. Nad ranem młody Twi’lek przysiadł na trawie i zaczął płakać. Dziewczyna też przysiadła, ale nie okazywała emocji. Nie przytuliła go ani nie okazywała smutku. Po prostu usiadła i dała odpocząć zmęczonym nogom.
Musieli jeszcze się oddalić od dawnej osady. Gdy Marik się wypłakał, ruszyli w dalszy marsz. Młody Twi’lek nadal chlipał, ale dotrzymywał jej tempa i parł do przodu. Szli tak w dół rzeki aż znaleźli jezioro, do którego wpadała. Zbiornik był pełen życia: rosły tu nadbrzeżne rośliny, a raz po raz z wody wyskakiwały ryby, które połykały żywcem latające tuż nad powierzchnią owady. Sejilla nie potrafiła podjąć decyzji, czy jest to właściwe miejsce do życia i czy zaszli już wystarczająco daleko od dawnego domu. Po prostu zrzuciła z siebie plecak i odwiązała z niego płaszcz przeciwdeszczowy.
Odpocznijmy – rzuciła krótko do Marika. Chłopak też był już bardzo zmęczony, więc nie dopytywał o nic, tylko zaczął powtarzać jej czynności.
Oboje przykryli się płaszczami, położyli głowy na plecaki i zasnęli na kilka godzin. Nie było wygodnie, więc co chwila budzili się, przewracali do innej pozycji i wyłącznie dzięki zmęczeniu dali radę zasnąć.
***
Okazało się, że skraj jeziora nie jest dobrym miejscem do życia. Chmary owadów za bardzo lgnęły do spokojnej wody, więc oddalili się niedaleko i zbudowali szałas z wyschniętych gałęzi i konarów krzewów. Przed szałasem zbudowali palenisko. Palnik, który zabrała Sejilla, służył im tylko do rozpalania ognia, a do gotowania jedynie w nagłych wypadkach. A gotowali wszystko, co mogli: od upolowanych ryb i małych zwierzątek mieszkających na pustkowiu po owady, które wabili sokiem ze złamanych trzcin. Bali się, co może być w wodzie, więc ją też niemal zawsze gotowali przed wypiciem. Oznaczało to liczne wyprawy do rzeki i z powrotem po zapasy wody. Kąpali się w jeziorze, unikając pór największej aktywności licznych owadów.
Z czasem nauczyli się polować coraz efektywnej i budować proste pułapki na ryby. Choć większość każdego dnia spędzali na dbaniu o podstawowe potrzeby, nie głodowali i nie chorowali. Nie rozmawiali też za dużo. Często milczeli. Sejilla podziwiała Marika, który szybko się uczył i często wymyślał coraz to nowe udogodnienia do prowizorycznego obozu. Tworzył kamienne narzędzia, plótł z trzcin coraz wygodniejsze leżyska i przygotowywał pułapki, w których bardzo często znajdowali kolejne zwierzątka do zjedzenia.
Wieczorami uruchamiali datapada i czytali wgrane tam przez ojca Sejilli dane o najróżniejszych rasach i planetach oraz o historii Galaktyki, której mieli nigdy nie zobaczyć. Pochłanianie wiedzy o włochatych istotach, śnieżnych światach oraz najróżnorodniejszych kulturach stało się dla Marika sensem życia. Nie wspominał o rodzinie ani o dawnym życiu, nie narzekał i nie dzielił się tęsknotą za dawnymi czasami. Trochę ją przerażało, jak skutecznie nastolatek się przystosował: żył tylko tu i teraz, a może zawsze był myślami gdzieś wśród gwiazd, o których tak chętnie czytał?
Sejilla miała inny tryb snu niż Marik. Budziła się zazwyczaj wcześniej niż jej młody towarzysz, ale chodziła spać także wcześniej. Lubiła te samotne poranki. Chodziła wtedy nad jezioro i myła się, a jeśli poranek był dość ciepły, ćwiczyła też pływanie. Nikt jej nigdy nie uczył, jak się to robi, ale metodą prób i błędów opanowała umiejętność utrzymywania się na powierzchni wody, a potem przemieszczania się w niej coraz dalej od brzegu. Była to jedna z niewielu rzeczy podczas dnia, którą robiła wyłącznie dla własnej przyjemności. Podczas życia w osadzie matka uczyła ją zajmować się wszystkim i wszystkimi. Wierzyła, że jeśli spędzą na księżycu jeszcze kilkanaście lat, Sejilla będzie główną opiekunką kolonii i wszyscy będą potrzebowali jej młodzieńczej energii oraz umiejętności. Dlatego młoda Twi’lekanka została nauczona jak obsługiwać sprzęt kopalniany, ale też dbać o dom i grządki obok osady.
Sejilla nie umiała rozmawiać z Marikiem. Choć był od niej o dwa lata młodszy, nie stąpał po ziemi tak twardo jak ona. Mówił dużo głównie podczas nauki o galaktyce. Wtedy dało się w nim dostrzec dziecko, marzące o przyszłości, która miała nigdy nie nadejść. Gdy ona szła spać, on nadal zwykle nadal czytał. Później nadchodził nowy dzień i młody Twi’lek znów spał do późna, a nawet po pobudce nie robił się rozmowny.
Tak właśnie wyglądał poranek pewnego dnia niemal pół roku po tym jak dwoje Twi’leków zaczęło życie w dziczy. Wiedziała to dzięki datapadowi, który wskazywał datę według standardowego czasu galaktycznego, a nie według czasu lokalnego. Na księżycu dni leciały dużo szybciej, choć trwały znacznie krócej. Słońce świeciło mocno, choć woda w jeziorze była dość chłodna. Twi’lekanka wbiegła do wody, żeby szybko przyzwyczaić się do jej temperatury i zmyć piasek i pył z ciała. Jej lekku zadrżało lekko przy kontakcie z chłodną wodą. Sejilla wypłynęła na środek jeziora i przez chwilę leżała w wodzie, relaksując się i wpatrując w czyste niebo. Starała się nie wracać myślami do dawnych traum, próbowała skupić się na otoczeniu: na wodzie dotykającej jej ciała i na słońcu ogrzewającym jej twarz.
Po pewnym czasie obróciła się i zaczęła płynąć w stronę brzegu. Miarowo poruszała nogami i rękami, ale w pewnym momencie jej lewą nogę przeszył ogromny ból. Skurcz zacisnął mięśnie i nie pozwolił utrzymać się na powierzchni. Sejilla starała się machać rękami w desperackich próbach powrotu na brzeg, jednak zimna toń pochłaniała ją coraz bardziej. Woda wdzierała się do nosa, gardła i płuc. Gdy traciła resztki przytomności i uświadamiała sobie, że nie jest w stanie pokonać wszechobecnej wody, przez myśl przeszło jej, że teraz młody, zielony Twi’lek zostanie zupełnie sam na pustkowiu…