Będę miał na Ciebie oko

25 rok po bitwie o Yavin – pokład lekkiego frachtowca HWK-290 “Gniew Zmarłych” – w nadprzestrzeni

– SHAAAAAB – przeciągłe, lekko gardłowe przekleństwo w Mando’a rozległo się w większości kabin
– Wyłącz komkanały jak naprawiasz ten karabin, bo uszy więdną – upomniał kobiecy, surowy, ale ciepły głos
– To chociaż tłumaczy dlaczego zaczął od przekleństw ucząc nas języka – dodał głos, który zgodnie z akcentem musiał należeć do Rodianina
– Shabla osik, rangir… – pomrukiwania już pod nosem wiązanka została przerwana trzaskiem wskazującym na przełączenie trybu nadawania na komkanałach.
Starzejący się Wookie z bliznami opowiadającymi historię wielu bitew przysłuchiwał się kuriozalnej wymianie zdań przysypiając w swojej kabinie. Gdy już prawie zapadł w sen, błogość przerwało mu głośne uderzenie za ścianą, która zazwyczaj bardzo dobrze tłumiła dźwięki. Wyszczerzył zęby i zawarczał patrząc w stronę ściany. Jego współlokator, Rodianin, mimo bycia oczywistym niewinnym zląkł się i skurczył na krześle, przykrywając jakby ciałem posiłek z wątpliwej świeżości ryb. Wookie wstał i wyszedł z kabiny, znacząco przytrzymując dłonią nos obok stołu Rodianina, który przyspieszył jedzenie. Drzwi kabiny obok otworzyły się przed nim i usłyszał przytłumioną muzykę. Pochodziła ze słuchawek na głowie łysego Mandalorianina przy stole warsztatowym. Podchodząc do niego zauważył kątem oka zużyty pojemnik na gaz pod ścianą, będący najpewniej narzędziem jego pobudki.
– Ejviś, podaj mi spanner 9 – polecił głośno Mandalorianin wyciągając rękę w stronę droida protokolarnego, stojącego pod ścianką z uchwytami na narzędzia, ale ten zawahał się widząc zbliżającego się nerwowego Wookiego. Droid protokolarny RA-7 podążał za nim głową przypominającą insekta a serwomechanizmy ręki wydawały się blokować w drodze po wskazane narzędzie.
– Ja, ajaj… – wydusił bezradnie droid
– No 9, spanner 9, jest między 8 i 10 – pośpieszył wojownik, a upragnione narzędzie trafiło do jego ręki, ze znacznie większym impetem i znacznie większą ilością włosów wokół, niż się spodziewał.
Mandalorianin odwrócił się szybko i strącił słuchawki wyciszając ostre brzmienia zespołu “The Agasar”. Na podstarzałej, pobliźnionej twarzy pojawił się niewinny uśmiech, a jedno sprawne oko patrzyło serdecznie na Wookiego.
– Dzięki Tarrfulor, o ten dokładnie chodziło – zażartował strzepując obolałą uderzeniem narzędziem dłoń – AV, idź pomóż przy inspekcji systemów – zwrócił się do droida, który zaczął wychodzić zanim wojownik skończył mówić.
– Buir’Sol – zaryczał mrużąc gniewnie oczy Wookie – ja już prawie spałem – wskazał wzrokiem na ścianę i pojemnik po gazie
– N’eparavu takisit włochaczu… męczę się z tym szmelcem już trzecią godzinę.
Leżący na stole, lekko wybebeszony karabin rozpryskowy wydawał się na pierwszy rzut oka archaiczny, ale Tarrfulor doskonale wiedział co ta broń potrafi zrobić z pancerzami. Wookie zszedł z tonu i serdeczniej spojrzał na towarzysza.
– Powinieneś z większym szacunkiem odnosić się do swojego tworu. Gdybyśmy mieli takich więcej dawno byśmy już wytłukli Vongów.
– Eh.. ta, jestem z niego dumny, ale wymaga coraz więcej konserwacji, zaczynam myśleć nad zbudowaniem nowego. Tylko nie wiem czy dam radę.. zrobiłem go tyle lat temu.. tyle lat.. – w łysej głowie przewijały się wspomnienia znad takiego samego stołu warsztatowego, stojącego w siedzibie klanu, którego już nie ma. Wspomnienia eksplozji, gruzu, ciał.
– Zrób mi miejsce – Wookie wyrwał go z zamyślenia, jakby wiedział że trzeba przerwać tą nawałę traumatycznych wspomnień – jak Ci pomogę to dasz mi potem pospać?
– Jak dasz radę to nawet coś ekstra, ale to nie takie proste. Z resztą, sam zobacz…
Przez jakiś czas Mandalorianin tłumaczył Wookiemu problemy konstrukcji karabinu. Wymieniali uwagi i dyskutowali o optymalności rozwiązań. W pewnym momencie nastała krótka cisza przerwana przez głośny śmiech.
– Hahaha no taaak, to tak oczywiste… tak oczywiste, że nawet pod tym kątem nie szukałem. Dzięki, naprawdę pomogłeś. Poza tym, przyjemnie się siedziało.
– No, to idę spać. I liczę na swoje obiecane “coś ekstra”. A poza tym przestań słuchać tak głośno muzyki bo całkiem ogłuchniesz, w Twoim wieku to niewskazane – Wookie uśmiechnął się z przekąsem
– O patrzcie patrzcie, kto tu mówi o wieku. Masz tyle siwych kłaków że wyglądasz prawie jak Wampa! Poza tym od tego mam implanty.
– Implanty słuchowe masz, sztuczna ręka dozbrojona jak mały krążownik, w kolanach pewnie też już części droidów, a nowego oka sobie nie sprawisz?
– Oka…hah – Mandalorianin dotknął się po opasce na lewe oko i wyraźnie posmutniał przy jeszcze jednym wspomnieniu. Ogień, gruz, ciężar czyjegoś ciała, czyjś pękający pancerz, odłamki uderzające wokół wizjera. Nagle drzwi otworzyły się i stanęła w nich doświadczona życiem Mandalorianka w fioletowej zbroi i znużonym spojrzeniu.
– Su cuy’gar, Tarrfulor, jeszcze nie śpisz? – przywitała Wookiego, który zaryczał cicho w rezygnacji.
– Jak widać jeszcze nie.. ale już idę. I liczę na dużo ciszy, młodzi.
Mandalorianka przewróciła oczami i nie odpowiedziała mu. Patrzyła w sufit aż drzwi nie zamknęły się za Tarrfulorem.
– Czy ja muszę organizować jakąś misję ratunkową żeby sprowadzić męża do sypialni?
– Nie, ale jakbyś kiedyś chciała posłuchać i nauczyć się o rusznikarstwie to może mógłbym wtedy liczyć na mniej włochatą i delikatniejszą asystę.
– Ha, delikatniejszą.. żebyś się nie przeliczył – podeszła do męża kiwając lekko biodrami. Minęła go i spojrzała na vibromiecz wiszący za nim na ścianie. – Wiesz dobrze, że preferuję bardziej bezpośrednie podejście. Bronią palną nie pogardzę, ale niech tworzą ją i naprawiają osoby bardziej do tego odpowiednie. Poza tym ty jakoś się nie palisz do pomagania mi z konserwacją broni białej, ale używać i psuć to nie masz oporów.

– Dobra, już dobra, daj swój blaster to zaraz na niego zerknę.

– Nie, zaraz to idziesz spać, nie odchodzisz od warsztatu od wielu godzin. Jadłeś coś chociaż?

– Zaraz zjem.. – Mandalorianin przerwał na chwilę, popatrzył na karabin leżący na stole, już złożony w całość – Nie wiem czy długo tak pociągnę Riduur. Coraz więcej mnie wymieniam na maszyny. Niedługo będę wyglądać jak Ejviś. Eh.. no tak, muszę go zwolnić ze sprawdzania systemów. Wysłałem go i zapomniałem..

– Nie musisz, już go zwolniłam. Wiem że sama nalegałam, żebyś bardziej osiadł, ale przecież widziałam jak się dusisz.. poza tym mamy wojnę. Implanty i protezy to nic niezwykłego ani nic złego. Dopóki jesteś sprawny, możesz walczyć. Serce masz wojownika..

– Też jest wspomagane impla.. – przerwał jej, ale nie dokończył, zgromiony wzrokiem, który mógłby przebić pancerz

– Wiesz o co mi chodzi, Di’kucie. Powiem więcej. Twoje oko.. musisz to zrobić.

– Moje oko jest moją pokutą, która przypomina mi codziennie o błędach jakie popełniłem. – odparł z dużo bardziej poważnym tonem, patrząc niby na nią, ale wzrokiem nieobecnym. Jakby recytował wyuczoną na pamięć formułkę.

– Buir’Sol, jak zginiesz przez poszerzone martwe pole widzenia to przysięgam że resztę życia poświęcę na szukanie drogi żeby cię wskrzesić i potem zatłuc samodzielnie – po chwili wybrzmiewania tych słów jej spojrzenie zmieniło się z surowego w ciepłe i pełne troski – wiem co to dla Ciebie znaczy, ale teraz masz nas. Mnie, syna, klan. Musimy wygrać tą wojnę, a do tego nie możemy pozwolić sobie na żadne słabości. Przemyśl to proszę – Mandalorianka pogładziła go po siwiejącej brodzie – a potem przyjdź do sypialni. Od ostatniej kontuzji niewygodnie ściąga mi się samej niektóre elementy pancerza.. – przeciągnęła rzucając mu dość jednoznaczne, przyjemne spojrzenie.
Buir’Sol w dużym skupieniu odprowadził ją wzrokiem, aż wojowniczkę zasłoniły zamykające się drzwi. Odwrócił głowę i spojrzał na swoje dłonie. Wyciągnął je przed siebie i rozstawił równo. Prawą widział (wybaczcie) jak na dłoni. Lewa jednak skrywała się w nicości, którą pozostawiał brak oka. Jeszcze raz musnął się po opasce i spojrzał przed siebie, nie na ścianę, pod którą leżał feralny pojemnik po gazie, a w nieokreśloną dal.

2 tygodnie później, mostek fregaty klasy Lancer “Czujny” – orbita parkingowa Nal Hutta

– Nie ma takiej opcji. Patrz mi na usta. NIE MA TAKIEJ OPCJI – Buir’Sol wyraźnie zaznaczył swoją dezaprobatę, prawdopodobnie obrażając przy tym dowódcę jednostki nowej republiki
– Mam rozumieć, że nam nie pomożecie? – odpowiedział oburzony kapitan okrętu
– Pomożemy, ale to w jaki sposób chcecie skorzystać z naszej pomocy jest di’kutla ashi, shabla mir’sheb.
Dowódca z kuriozalnym wyrazem twarzy patrzył na mandalorianina i zwrócił się do stojącego obok niewysokiego Rodianina:
– Co on do mnie..?
– Too e znaczy, w sensie że Pana sposób jest nieoptymalny i okupiony ryzykownym ryzykiem, Panieee.. – Rodianin przychylił się żeby przyjrzeć się plakietce ze stopniem – Komandorze, Panie Komandorze.
– Proszę więc zwracać się do mnie we wspólnym, zrozumiałym dla wszystkich języku – wyniośle zrugał Mandalorianina
– T… – chciał zacząć przez zaciśnięte zęby wojownik, ale Rodianin szybko wszedł między nich
– T t to oczywiste, tak – zająkał się – ale widzi Pan, język jest dla Mandalorian wielką dumą i ważnym elementem kultury. To przecież szanuje się w Republice prawda? Noo a odnośnie tego planu..
Obok ramienia Rodianina pojawiła się mechaniczna ręka, z kolczastym wbudowanym kastetem, kilkoma wylotami, niechybnie uzbrojeniem, ale Komandor nie zdążył określić jakiego typu, bo silne ramię zepchnęło Rodianina na bok
– Ja wytłumaczę Panu Komandorowi, Meeper, dziękuję za tak piękne wyjaśnienie naszego “nieporozumienia” językowego.
– Aa.. ale – Rodianin Meeper zająkał znowu, ale Mandalorianin ciągnął dalej:
– Twój plan, Panie Komandorze, zakłada, że przeciwnik zachowuje się jak niezbyt rozgarnięty oddział imperium, bo tylko z takimi miał Pan doświadczenie, prawda?
– Ja.. – chciał odpowiedzieć dowódca, ale nie zdążył się wstrzelić
– Zapewne tak właśnie dochrapał się Pan stanowiska dowódcy fregaty, a ciekawe ilu Pańskich ludzi poległo przez taką taktyczną niekompetencję. Pan wie z kim my mamy do czynienia?
– Jak śmiesz obrażać mnie, Komandora floty Nowej Republiki, na moim własnym okręcie?! – gromnie wykrzyczał, choć przy końcu nastąpiło lekkie załamanie głosu.
– Śmiem, bo nie zamierzam ginąć w tak bezsensowny sposób, ani wysyłać moich ludzi, dobrych ludzi, na śmierć. A ten twój okręt wygląda jak ori’kad. Poszukam kogoś kto wykorzysta moją pomoc w sensowny sposób.
– Wygląda jak co? – zapytał Komandor, ale odpowiedzi nie otrzymał, bo Mandalorianin już zmierzał szybkim i pewnym krokiem w stronę wyjścia z mostka. Rodianin spojrzał na dowódcę okrętu, ale obrócił się. Zaczął nadganiać za Mandalorianinem i zwrócił się do niego:
– Fierfek, czemu tak go znieważyłeś? Przecież jak to się rozniesie to żadna jednostka Nowej Republiki nie będzie chciała współpracować.
– To niech nie współpracują. Pójdziemy do kogoś innego. W tej wojnie nie tylko Nowa Republika może skorzystać z naszej pomocy. Dopóki Vongowie dostają, mogę pomóc większości z nich. Ale temu di’kutowi nie. Ten jego plan.. współczuję każdemu kto będzie pod jego rozkazami.
– O ile nas wypuszczą za tą akcję na mostku..
– Wypuszczą, o ile nie chcą przy okazji reperować hangaru przez następny miesiąc to wypuszczą.
Krótko potem “Gniew Zmarłych” oddalał się już od fregaty, a Komandor przez okna mostka obserwował jak frachtowiec skacze w nadprzestrzeń.
– C-5TU, jak on mnie nazwał? Znasz mandaloriański prawda?
– Tak Komandorze – odparł srebrny droid z niebieskimi oznaczeniami nowej republiki – ale oprogramowanie sugeruje, żeby tego nie tłum..
– Odpowiadaj. Jak on mnie nazwał.
– Ten Mandalorianin powiedział, że jest Pan pieprzonym idiotą z zewnątrz i jebanym mądralińskim.
– Komandor spojrzał gniewnie na droida i zaczerwienił się ze złości.
– Zaznaczam, Panie Komandorze, że ja jedynie tłumaczę, co z resztą sugerowałem, aby nie …
– A to drugie? Mój statek wygląda jak co? Onikad? Otikad?
Ori’kad, mój Panie
– Tak, co to znaczy?
– W niektórych klanach mandalorianskich określa się tak męski narząd rozrodczy, mój Panie.
Komandor w ciszy patrzył w gwiazdy, przywołując zewnętrzny wygląd fregaty klasy Lancer i miał już nigdy nie pozbyć się z głowy tego skojarzenia.

 

Kilka godzin później, przy sterach “Gniewu Zmarłych– zgrupowanie floty Nowej Republiki w systemie Toydaria

Holokomunikator generował niebieski, przestrzenny wizerunek innego dowódcy Nowej Republiki, w stopniu Kapitana. Zwrócił się do Buir’Sola
– Spore ruchy floty Vongów mają miejsce w sektorach niedaleko nas. Prawie na pewno zostaniemy zaatakowani i chcielibyśmy wyprzedzić ten atak, walczyć na naszych warunkach. Przyda nam się każde wsparcie.
– Macie plan?
– Tak, ale dla nas. Wiem że tacy jak Wy, z całym szacunkiem Mandalorianinie, lepiej funkcjonują według własnego doświadczenia. Nasz plan przetransmitujemy wam bezpiecznym kanałem. Przekaż proszę za 2 godziny jak chcecie się w tym planie wpasować, a będziemy mogli uderzać.
– Doceniam, Kapitanie, damy znać za godzinę. Omówię plan z moimi ludźmi.
– Wspaniale. Tak swoją drogą.. wieści o waszym “nieobyczajnym, oburzającym zachowaniu” na “Czujnym”. Dawno nie mieliśmy w gronie dowódczym tyle rozrywki. Tylko dowódcy fregat klasy Lancer nie doceniają Twojego humoru. He he he.. No nic, czekamy na transmisję z waszym planem. Cieszę się że będziecie mieć na nas oko.
Transmisja zakończyła się i postać Kapitana zniknęła. Mandalorianin odchylił się w fotelu i zaśmiał.
– Oj tak, będę miał na was oko, na wszystkich
Odwrócił fotel i otworzył niewielki panel, odsłaniając lustro. Podniósł opaskę zasłaniającą lewy oczodół i stwierdził, że proces gojenia po operacji zakończył się. Zaawansowane bioniczna proteza oka świeciła czerwonym światłem okalanym przez ciemny, matowy metal.
Zdjął opaskę i zawiesił ją nad oknem kabiny w formie talizmanu. Następnie otworzył komkanał ogólny przez kliknięcie guzika z boku kokpitu i ogłosił.
– Załoga, za 5 minut przy holostole, znalazłem kogoś godnego pomocy.