Kendar

Imię                                                          Kendar

Ksywka                                                    Kendar

Ranga                                                      Mando`Evaar

Pochodzenie                                              —

Historia

Dzieciństwo i tragedia

Na zewnątrz zrobiło się głośno. Wycie, szum, odgłosy marszu. Kendar wyjrzał przez okno
zlękniony, ale i ciekawy powodu wszechobecnego zamieszania. Na niebie pędziły Zety, Sentinele i
stada myśliwców TIE. Wszystko to na tle niszczyciela gwiezdnego unoszącego się w przestrzeni
kosmicznej. Dla 12-letniego dziecka takie zjawisko było niecodzienne, a co za tym idzie wyjątkowe. Z
ulicznych megafonów rozbrzmiał najpierw dźwięk przesteru, a następnie powtarzający się komunikat:


„UWAGA THEED! TU SIŁY IMPERIALNE! MIESZKAŃCY PROSZENI SĄ O POZOSTANIE W
DOMACH W OCZEKIWANIU NA WIZYTĘ ODDZIAŁU SZTURMOWCÓW! CELEM JEST
WERYFIKACJA TOŻSAMOŚCI I PRZESZUKANIE DOMOSTW! KAŻDY AKT SPRZECIWU
BĘDZIE KARANY SĄDEM WOJSKOWYM!”


Komunikat ten był wielokrotnie powtarzany, w momencie gdy żołnierze z bronią
legitymowali ludzi stojących pod ścianami budynków i wchodzili do domów z odbezpieczoną bronią.
Do Kendara szybko podbiegł ojciec siłą zabierając go od okna.
– Nie wolno ci się pokazywać! Jazda do piwnicy! – mówiąc to szybko otworzył przykrytą dywanem
klapę w spiżarce. – Nie wychylaj się, dobrze ci radzę!
Klapa z impetem zatrzasnęła się. Nastała cisza, które po kilku chwilach została przerwana
głośnym waleniem do drzwi.
– Otwierać!
Rodzice Kendara posłusznie wykonali polecenie, robiąc wszystko co w ich mocy, by nie
okazać strachu. Ojciec wstukał kod, a będąca przed nimi metalowa bariera rozdzieliła się. Do środka
weszło pięciu szturmowców w dopiero co świeżo wprowadzonych czysto białych pancerzach.
– Dokumenty! – rozkazał dowódca.
Matka Kendara sięgnęła po dwie laminatowe karty leżące na stole. Znajdowały się na nich ich
zdjęcia, dane osobowe oraz kody dostępu do kartotek prawnych, medycznych i pracowniczych
opisane w aurebeshu. Stojący za dowódcą szturmowiec z tabletem przewieszonym przez ramię wziął
je do ręki i zaczął po kolei wertować cyfrowe kartoteki. Mając do czynienia z kolejną weryfikacją z
rzędu nie wykazywał w duchu większego zaskoczenia. Ta sama instrukcja, powtarzana kilka razy na
odprawie.
„Sprawdźcie ich pod względem działalności wywrotowej. Imperator życzy sobie, by w Światach Jądra
panował spokój i porządek. Musimy mieć pewność, że nikt nie zakłóci dostaw na Kuat. Upewnijcie się,
że nie kryją nikogo w domu. Jeśli byliby to zbiedzy, kryminaliści, bądź co gorsza, Jedi, należy zgłosić
te informację na kanale 27! W razie oporu obezwładnić i uwięzić. W przypadku braku szans,
rozstrzelać.”
Zarówno matka Kendara jak i jego ojciec byli czyści, przynajmniej w teorii. Ona zajmowała
się domem, a on pracował przy wydobyciu plazmy – surowca niezwykle ważnego pod względem
energetycznym dla całej galaktyki. Plazma była stałym elementem życia mieszkańców Imperium
Galaktycznego. Paliwo, źródło zasilania czy też pomoc w produkcji były konieczne do budowania
gospodarki.
Nask, bo tak nazywała się głowa rodziny, wykorzystywał potajemnie swoją pozycję
pracowniczą inżyniera w rafinerii plazmy do ukrywania Jedi i ludzi, którym autorytarny rząd
Imperatora zaszedł za skórę. Ponad to na Naboo miała ruszyć młodzieńcza szkoła werbunkowa dla
młodych dzieci, celem ich indoktrynacji i powolnego wcielenia do armii jako wiernych i posłusznych
szturmowców. To właśnie dlatego kazał synowi się schować do piwnicy.
Kendar przyglądał się wszystkiemu mając do dyspozycji niewielki lufcik, przez który widział
blat kuchenny ze świeżo przyrządzoną kolacją, plecy rodziców i tajemnicze białe postacie. Owszem,
był ciekawy. Chciał wyjść, spytać i dotknąć. Popisać się przed wojskowymi, a najlepszym wypadku
zostać jednym z nich. Wszystko jednak utrudniała mu dźwiękoszczelność owej klapy, która miała go
ukryć przed wrogimi zamiarami armii.
Coś się jednak zmieniło. Spokojne ruchy ustąpiły miejsca gwałtowności. Ojciec się
nienaturalnie i szybko poruszył w stronę dowódcy. Nie zdążył jednak do niego dotrzeć, bo jeden z
jego podkomendnych oddał strzał z blastera w klatkę piersiową. Wiązka przeszła na wylot i
rykoszetem odbiła się od metalowej szafy powodując iskry tuż nad włazem do piwnicy. Matka
Kendara stała sparaliżowana w przerażeniu. Chłopiec widział jej spięte do granic możliwości plecy i
schowaną szyję. Żołnierze zabrali ją ze sobą. Młody został sam w domu z ciałem taty.
Gdy tylko w domu zrobiło się pusto, wyszedł ze swojej kryjówki i nieśmiało podbiegł do
ciała. Ojciec leżał na wznak na podłodze domu nie dając znaku życia.
– T…tato? – zaczął nieśmiało szturchać Naska licząc na jakąkolwiek odpowiedź.
Po chwili jednak zdał sobie w pełni sprawę z sytuacji. Został sam. Ludzie, którym dosłownie
minutę temu chciał jeszcze zaimponować, właśnie zamordowali mu ojca, a matkę porwali. Poczuł
żałość, ale i bardzo silną wściekłość, która miała prowadzić go przez dalsze życie.


Działalność wśród Rebeliantów


Od feralnej nocy minęło dwanaście lat. Matka chłopca została zwolniona z więzienia do
domu, a Kendar podrósł i wydoroślał. Zdecydowanie za wcześnie musiał przygotować się do
samodzielności. Zaczynając od żebrania kontynuując po pracę w sklepie u pana Bureta, a kończąc na
aktywnym udziale w lokalnej komórce sabotażystów, również skrzywdzonych przez reżim. Młody
Nabooanin zasłynął z niespotykanego zmysłu do pilotażu jak i do materiałów wybuchowych,
poczynając na lekkich i przylepnych detonatorów termicznych, a kończąc na minach magnetycznych.
Celem komórki w Theed było sabotowanie szlaków logistycznych mających na celu przewóz
plazmy poza planetę, m.in. na Kuat. Skupiało się ono na unieruchamianiu statków powietrznych
wyposażonych w specjalne kontenery przewozowe jeszcze przed startem. Jeśli sytuacja nie pozwalała
na to, taką jednostkę wysadzano w powietrze. Grupa działała aktywnie od bardzo krótkiego czasu,
jednakże napsuła krwi imperialnym oficerom do tego stopnia, że straże przy transportach podwojono,
a w powietrzu eksportowały je myśliwce TIE.
Całą komórkę tworzyło pięć osób. Każdy z nich był dla każdego bliskim przyjacielem i
oparciem w ciężkich chwilach. Kendar był z nich najmłodszy, a grupą dowodził najstarszy, Tion. To
on wprowadził osieroconego chłopca i obiecał zemstę.
Ostatnie uszczelnienie ochrony transportów plazmy zmusiło ich do przyczajenia się i
obmyślenia planu B.
– Trochę narozrabialiśmy – zaczął Tion wprawiając towarzyszy w rozbawiony nastrój. – Jednak
musimy przez to zmienić taktykę. Nie podejdziemy już tak łatwo do statków jak wcześniej. Jakieś
propozycje?
Odpowiedziała mu cisza. Każdy zdawał sobie sprawę z bezsilności w wobec nieprzebranych
zasobów Imperium i tego, że akcja powoduje reakcję. Liczyli się z utrudnieniami, ale nikt nie chciał
samobójczo ginąć.
– Mam propozycję – zaczął po dłuższej chwili Kendar.- Moglibyśmy przechwycić jeden z kontenerów
„na pusto” i zrobić z nim to co powinno być zrobione.
– To znaczy?
– Jak to co? Przejechać się
– Co?… – zdziwił się dowódca. – Czemu i po co? To nie ma sensu.
– Ja się tym zajmę – mówiąc to wskazał palcem na kieszeń w swoim pasku, szczerze się przy tym
uśmiechając.
Grupa zaczynała rozumieć zamysł. Spodobał im się.
– No dobrze. Przejmiemy kontener, załadujemy i co dalej?
– Wjedziemy nim na to nowe lądowisko. Stare wysadziliśmy tak, że nie było co zbierać.
– A mundury skąd weźmiesz?
– Musimy przyczaić się na jakiś pomniejszy patrol, obezwładnić i możesz nazywać mnie garnkiem!
Było to zdecydowanie coś innego niż wcześniej, gdy Imperium czuło się bezpieczne i
lekceważyło ochronę transportów. Ostatnim razem nawet się nie spocili przechodząc za patrolem.
Skończyło się niebieskimi fajerwerkami.
Zdecydowali się poczekać do nocy. Wtedy ulicami Theed przechodziły patrole, z reguły
pięcioosobowe. Poczekali, aż ci ich miną, by następnie obezwładnić przeciwników. Wtedy
przywdziali białe kombinezony. Kendar poczuł obrzydzenie do siebie z powodu przywdziania zbroi
morderców ojca.
– Naprawdę mogliby kiedyś je wyprać – skwitował Tion – Cuchną jakby tydzień w nich chodzili i
spali.
Udając patrol przenieśli się we wschodni rejon miasta, do którego miały dotrzeć nowo
zbudowane kontenery. Tak też się stało. Tion zatrzymał transport podnosząc rękę.
– TK, pokaż dokumenty – powiedział odczytując numer szturmowca kierującego z jego zbroi.
– Tak jest, sir.
Wszystko się zgadzało. Kontener był pusty.
– Przejmujemy transport, TK. Odmaszerować do jednostki.
– Otrzymałem rozkaz dowieść go na samo lotnisko!
Tion rozejrzał się wokół. Niby pusto, ale jeśli do niego teraz strzeli to na pewno ktoś usłyszy.
Transport niedawno przekroczył granice miasta.
– To ja jestem dowódcą tego dystryktu, więc się z nich wywiązuj, TK! – mówiąc to uderzył pięścią w
pauldron.
– Rozkaz!- odpowiedział szturmowiec z zawahaniem.
Udało się. Połowa roboty za nimi. Do tej pory poszło jak z płatka.
– Za łatwo…-pomyślał Kendar. Coś mu w tym wszystkim nie grało. Do tej pory nie oddali ani jednego
strzału, a szturmowców praktycznie nie było.
Po kilku dobrych minutach dotarli na lądowisko, gdzie kontener został przeskanowany pod
względem zawartości i przekazany pod ładowanie plazmą. Byli w jaskini lwa.
W tym momencie nadeszła najcięższa część planu – podłożyć niespodziankę i zniknąć, zanim
ktoś się zorientuje co się stało.
Gdy Kendar zaczął podkładać ładunki usłyszał wystrzały. Coś mu mignęło przed oczami i
odbiło się. Była to wiązka z blastera. Zaraz po nich coś spadło na ziemię. Rozejrzał się. Wszyscy
czterej towarzysze leżeli bezwładnie na ziemi z przestrzelonymi, wypalonymi hełmami.
Tak szybko jak tylko mógł pobiegł w najbliższe miejsce, w którym nikt nie mógł go trafić –
do pustego kontenera. Zanim zdał sobie sprawę z tego co się naprawdę stało właz został zamknięty od
zewnątrz. Dał się złapać jak mysz na pułapkę z serem.
– Oni wszyscy…nie żyją- pomyślał z przerażeniem.
Przed oczami zaczął mu przelatywać widok sprzed chwili. Wszyscy dostali w hełmy.
Snajperzy. To oznaczało zasadzkę. Dali się podejść jak dzieci.
Nagle kontener się poruszył. Był załadowywany na statek.
– Oni chcą mnie gdzieś wysłać! – zląkł się.
Chwilę później usłyszał charakterystyczne syczenie przy zamykaniu klapy bagażowej i ryk
silników sygnalizującym, że transport właśnie rusza.


Ucieczka z Kessel


-Szlag by to! Wszędzie, ale na Kessel? Nie po to przeszkadzałem w transportach surowców,
żeby je teraz wydobywać! -syknął Kendar pod nosem.
Pracujący obok niego więzień tylko się na niego wściekle spojrzał, wymownie przy tym dając
znać, że lepiej się zamknąć. Nabooanin tylko warknął i wrócił do pracy.
Znajdował się już 3 tydzień na Kessel. 3 tydzień wdychania ciężkich oparów, życia bez słońca
i ciągłego poganiania. Codzienność przebiegała mu na oglądaniu żółtych i czerwonych ścian, byciu
poganianym przez Pykeów i strażników imperialnych oraz liczeniu po cichu w duchu, że wydobywane
właśnie coaxium nie eksploduje od byle iskry.
W kopalniach Kessel pracowała masa więźniów politycznych, dłużników jak i droidów.
System stawiał jednak na istoty organiczne. Pobyt na tej planecie miał być ich karą i grobem. Średnia
długość pobytu tutaj to 2-3 lata.
W trakcie kolejnego dnia pracy Kendarowi w oczy rzucił się ponownie tajemniczy, wściekły z
wyglądu współwięzień. Był człowiekiem średniego wzrostu oraz słabo rozbudowanej sylwetce. Tym
razem jego uwagi nie zwrócił grymas twarzy, lecz tajemnicze 'coś’ co spawał w zaciszu swojej pryczy.
„Skąd on ma narzędzia?” – pomyślał.
Chcąc zaspokoić swoją ciekawość zerkał coraz dogłębniej. Jednakże, gdy w pewnym
momencie odwrócił wzrok tylko po to by spojrzeć jeszcze raz, jego nie było.
Minął moment i poczuł gwałtowny chwyt na szyi i czyjąś rękę przed twarz. Odruchowo złapał
ramię napastnika i próbował się wyrwać.
– Dlaczego mnie śledzisz? Jesteś figurantem?- usłyszał głos przy prawym uchu.
– Ja figurantem? Zlituj się człowieku!
– Gapisz się na mnie cały dzień! Takie jest twoje wytłumaczenie?- uścisk na szyi się
wzmocnił.
– Trafiłem tu za sabotowanie imperialnym transportów na Naboo. Zabili mi ojca i przyjaciół!
Jak mógłbym dla nich robić?!
Uścisk na szyi się zwolnił. Kendar ostatkiem sił próbował złapać oddech patrząc się na
oprawcę. To był on. Ten spawacz.
– Naprawdę twoja kultura w niezwykły sposób zawiera znajomości.
– Moja kultura powinna cię najmniej obchodzić. Raz zadrzesz i nie dożywasz do rana.
– Mi tez miło cię poznać. Jestem Kendar.- Nabooanin wyciągnął rękę na przywitanie.
– Miło poznać, Kendar – wycedził nieznajomy.
– A ty kim jesteś, Spawaczu?
– Cicho! Jak się dowiedzą to będę zupełnie uziemiony!
Kendar prychnął pod nosem przyjmując do wiadomości, że Spawacz nie chciał wyjawić
swojej tożsamości. Przynajmniej zamienili ze sobą jakieś słowo. Sam fakt, że coś kombinuje
pozwalało się domyślić planów współwięźnia. Nie zamierzał tu długo gościć.
Kendar podzielił się swoją historią, ze Spawaczem, by zyskać jego zaufanie. Opowiedział o
swojej chęci zemsty i dążeń do sprawiedliwości. Zdawało się, że współwięzień uśmiechnął się w
trakcie tej historii. Pierwszy raz w trakcie ich znajomości. Wtedy wyznał mu:
– Może jednak do czegoś się przydasz. Słyszałeś kiedyś o Mandalorianach?
– Nie bardzo.
– Jesteśmy wojownikami, łowcami nagród, rodziną. Narodem gnębionym i tłamszonym przez
to samo Imperium co zabiło ci bliskich. Jeśli byś tylko chciał, to możesz znaleźć drugą rodzinę.
Dobrzy piloci i pirotechnicy są zawsze na wagę beskaru.
-Beskar?
– A długo by opowiadać – Spawacz machnął zrezygnowany ręką.
I tak płynęły dni. W trakcie pracy nie rozmawiali, jednakże czas wolny przeznaczali na
poznawanie się, opowieści o Mandalorianach jak i planowaniem ucieczki.
Któregoś dnia do uszu Spawacza dotarła informacja, że kopalnia szykuje się na wizytację
jakiegoś wyżej postawionego oficera spoza systemu. Oboje z Kendarem zgodzili się, że to może być
ich droga ucieczki. Było jedno ALE: zrobić to po cichu.
Wydostanie się na powierzchnię było możliwe tylko poprzez zajmowanie miejsca w brygadzie
ładunkowej, a na to nie było najmniejszych szans. Polityczni nigdy nie mogli tam trafić. Musieli
cierpieć. Tak samo łowcy nagród, których syndykat oszukał lub wręcz przeciwnie, którym się nie dał
oszukać. Spawacz był w tej pierwszej grupie.
Jedyną opcją została ucieczka nocą. Najlepiej w momencie, gdy wymieniały się zmiany
wartowników. Założenie było: ogłuszyć strażników w momencie zmiany, wymienić wartę i porwać
okręt oficerski. Pozwoliłoby to bezpiecznie opuścić układ.
Wieczorem, gdy wszyscy spali, a zbliżała się zmiana, Spawacz zwabił dwóch strażników do
celi. W międzyczasie Kendar zaczął udawać ból w brzuchu i wić się na podłodze. Szturmowców jako
tako średnio interesowało czy dany niewolnik przeżyje czy nie. Koniecznym jednak było
potwierdzenie śmierci, celem prowadzenia statystyk kadrowych.
Gdy Kendar wprowadził żołnierzy w najwyższy stan napięcia, udał swój zgon. Jeden z
imperialnych pochylił się nad ciałem celem dokonania sprawdzenia i przeszukania, w międzyczasie
drugi obserwował z bliska Spawacza. Ta wiadomość rozkojarzyła drugiego ze szturmowców.
Mandalorianin od razu przystąpił do akcji. Wybił przeciwnikowi blaster z rąk i powalił na ziemię. Gdy
tylko TK sprawdzający zorientował się w sytuacji, próbował zastrzelić napastnika, jednakże nie zdążył
wypalić z broni. Kendar zerwał się i zaczął dusić napastnika. Obaj szturmowcy padli na ziemię.
Buntownicy nie zastanawiali się długo. Tak szybko jak tylko mogli przywdziali zbroje oraz
wyposażenie strażników, a ich nieprzytomnych zamknęli w celi.
– Najwyższa pora wrócić na ich pozycję. Raz przyjdzie nowa warta.
Mężczyznom udało się dotrzeć na czas i wymienić z innymi szturmowcami. Po tak długim
czasie znali większość krętych korytarzy sztolni. Jednakże, gdy byli już blisko, Spawacz zatrzymał
Kendara:
– Teraz idziesz sam. Za niedługo zacznie świtać. Ja muszę zahaczyć jeszcze jedno miejsce.
Gdy wrócę masz być gotowy do startu!
Po tych słowach odszedł bez słowa odnogą korytarza. Nabooanin nie zrozumiał nic poza
poleceniem: Przygotuj statek.
Kendar przeszedł niepostrzeżenie wśród strażników, a następnie zapoznał się z jednostką
VT49 Decimator – okrętem solidnym, dużym, ale i szykownym. Idealnym dla imperialnego oficera. W
trakcie pobytu w kabinie usłyszał zbliżające się strzały. To był znak, którego nie mógł bagatelizować.
Przez okno kokpitu ujrzał tajemniczego wojownika w niebieskiej zbroi, który właśnie próbował się
przedrzeć w jego stronę przez garnizon szturmowców. Ten zaczął dawać znaki ręką, jakby chciał,
żeby jednostka się wzniosła.
To był Spawacz. Kendar zrozumiawszy sytuację, uruchomił okręt i wzniósł się z otwartą
rampą. Chwilę później usłyszał uderzenie czegoś ciężkiego o podłogę i polecenie:
-Zamykaj! Spadamy zanim wezwą TIE!
Mandalorianin przybiegł na mostek i rozpoczął procedurę nawigacyjną.
-Ty umiesz tym latać?- spytał
– Latałem gorszymi.
– Wprowadzam kod sektora O-5. Układ Raada. Tam nas nie znajdą.
Kendar wyprowadził jednostkę poza atmosferę, a następnie po ustawieniu się w odpowiedniej
pozycji dokonał skoku w nadprzestrzeń.
Nowa Rodzina
Uciekinierzy zaszyli się na rolniczej planecie Raada, wtapiając się pośród okolicznych
mieszkańców. Mijały dni, tygodnie. Żadnych imperialnych.
Najpewniej wpłynął na to ich mały „remont” Decimatora. Wybebeszyli go z wszelkich
możliwych nadajników jakie Imperium mogło w nim zainstalować w drodze produkcji. Sam statek
został przykryty pożyczoną od lokalsów siatką i liśćmi roślin.
Wszystko zmieniło się 15 dnia pobytu na planecie. W pobliżu ich wioski wylądował
niebiesko-szary Lancer, z którego wyszła Mandalorianka średniego wzrostu. Widzący ją mieszkańcy
wioski zachowywali się jak u nigdy nic. Musieli ją znać. Podeszła do Spawacza i spytała wskazując na
Kendara:
– O nim mi opowiadałeś?
Rozmówca tylko skinął główą i poprosił kobietę na stronę.
– On potrzebuje szkolenia. Ja muszę wrócić do zarabiania jako łowca.
– Dobrze, zrobię to, ale będziesz wisiał mi za to przysługę.
Kendar przyglądał się całej sytuacji z boku. Ciekawiło go, kim jest przybyła Mandalorianka i
w jakim celu się tu znalazła. Po krótkim czasie tajna rozmowa zakończyła się, Spawacz zniknął celem
założenia zbroi, a kobieta podeszła do Nabooanina
– Witaj. Jestem Vyv’anna.
– Kendar
– Obiecałam, że cię wyszkolę, bo słyszałam o twoim potencjale i o tym czym kierujesz się w
życiu. Mogę ci z tym pomóc. Pytanie czy chcesz?
Kendar chwilę pomyślał. Był świadom swojego położenia. Był na odludziu. Z imperialnym
statkiem na własność. Gdyby go tylko gdzieś przyuważyło Imperium natychmiast miałby kłopoty.
Chciał też z nim walczyć, by pomścić ojca, ale nie umiał. Musiał się zgodzić. I chciał.
-Chcę.


Wolność, Równość, Braterstwo.


Kendar przez cztery lata pracując na wspólnych zleceniach z Vyv’anną powoli kompletował
swój ekwipunek, zbroję oraz doświadczenie. Dominującym kolorami uzbrojenia były złoty oraz
czarny. Pierwszy miał symbolizować jego chęć zemsty, drugi zaś dążenie do sprawiedliwości.
Jednakże, z pamięci do ojca, przywdział czerwoną pelerynę. To jego śmierć rozpoczęła zmiany w
życiu, których nie dało się zatrzymać. Szkolenie pod okiem empatycznej Mandalorianki miało
zrównoważyć jego pragnienie destrukcji poprzez zimną zemstę. Z biegiem czasu zaczęło to zdawać
egzamin.
Ostatnie zlecenie Kendara polegało na przejęciu transportu durrastali Pykeów w okolicy
Kessel. Zadanie to było wymagąjace nie tylko ze względu na ochronę transportu, ale i na pamięć o
krzywdzie jakiej doznał na tej planecie. Praca w trudnych warunkach wpłynęła na jego układ
oddechowy. Poskutkowało to chronicznym kaszlem oraz trudnościami z oddychaniem. Do tej pory
pomagał mu autorski aparat oddechowy wyglądający jak maska pokrywająca dolną część szczęki.
Wszystko miało się jednak zmienić.
Klient był zadowolony z wykonanej usługi. Dzięki temu, Kendar mógł w końcu pozwolić
sobie na wykonanie hełmu, który pozwoliłby mu wygodniej oddychać, ale i również godnie
reprezentować swój klan.
Kendar kończył właśnie dalekodystansowy trening strzelecki. Czekał na wieści od Kowala,
który miał mu wykuć hełm. Obiecał sobie, że nie odpocznie, póki nie dowie się o wykonaniu go. Gdy
nadszedł wieczór, drzwi otworzyły się i weszła Vyv’anna.
– Mam dla ciebie przesyłkę. Przygotuj go należycie, ponieważ jutro złożysz przysięgę przed klanem. –
mówiąc to przekazała mu hełm.
Kendar wstał, odłożył broń i spokojnie podszedł do mentorki.
– Dziękuję, ci że mi go przyniosłaś. Daje słowo, że nie przyniosę wstydu ani tobie ani klanowi.
Gdy tylko Vyv’anna wyszła, Kendar wziął się do pracy. Głównym kolor miał pozostać złoty.
Jedynie ”policzki” i ”czoło” pomalował na czarno. Całym sednem jednak było pięć śladów po pazurach
jakie wymalował nad lewym okiem. Była to każda z ofiar, które go doprowadziły do tego miejsca:
ojciec oraz czwórka przyjaciół z partyzantki. Chciał w ten sposób okazać im hołd i pamiętać o nich za
każdym razem, gdy spojrzy na hełm.
Na ceremonii zebrał się cały klan, m.in. Vyv’anna i Spawacz. Obecność tego drugiego była
zaskoczeniem, ponieważ od momentu rozstania się na Raada nie widzieli się ani razu.
Gdy przyszła pora na złożenie przysięgi, Kendar przemówił:
– Przysięgam, że w chwili zagrożenia klanu stawię się, by dobyć broni i go bronić.
Przysięgam, że pięć ofiar wymalowanych na mym hełmie nie pójdzie na marne, a moja
sprawiedliwość dosięgnie wszędzie, dokąd zawitam.
Przysięgam nosić złoto i czerń z honorem, a krew na mej pelerynie niech będzie świadectwem mych
czynów.
Przysięgam żyć zgodnie z Credo i być oddanym Bratem dla mych Współbraci i Współsióstr. Oya!