SPOŁECZNOŚĆ
Menu
Grand
Imię Grand Cast
Ksywka Grand
Ranga Mando`ad
Pochodzenie Kamino
Historia
Ostatni Rozkaz
-Przegrupować się i udać się na punkt W 74,92
-Przyjąłem Generale.
Holoprojektor wyłączył się, a klon nie zdążył nawet schować go do zasobnika, gdy otrzymał
pytanie.
-Co to za punkt?
Klon odpalił holomapę i wskazał palcem punkt na hologramie.
-To tutaj, niedaleko plaży, przy której szturm poprowadzą klony z 41
-Przejdziemy na wyznaczony cel i stamtąd będziemy wspierać szturm
-Dlaczego nie weźmiemy bezpośredniego udziału w szturmie wraz z innymi klonami?
-zapytał jeden z żołnierzy z delikatną frustracją w głosie.
-Palisz się do walki żołnierzu?
-Oczywiście kapitanie-odrzekł pewnym siebie głosem.
-Ile czasu jesteś już na froncie?
-Od czasu bitwy na Coruscant sir…
-Jesteś jednym z nowych klonów prawda?
-Tak sir.
-Ja walczę prawie od początku-odrzekł kapitan.
Nastała chwila ciszy, po czym kapitan zaczął mówić.
-Dużo z naszych jednostek została niedawno zabrana z planety, ponoć mają wstawić się na
Coruscant, dlatego będziemy jednostką wsparcia.
-Coruscant? Co ważniejszego dzieje się tam niż tu?
-Nie wiem, ale rozkazy to rozkazy. Z wszystkich oddziałów, które były tu wystawione, została
tylko nasza kompania oraz kilka Jet-ów w formie wsparcia ataku z powietrza, z resztą to nie
czas na takie rozmowy. Musimy ruszać.
Droga przebiegała dosyć spokojnie przez szlak, który już dawno został odbity z rąk
separatystów. Wszędzie było błoto, które odznaczało się na biało-niebieskich pancerzach
oddziału, na trasie wciąż miejscami leżały zniszczone droidy, które od widocznego już zębu
czasu zaczeły rdzewieć.
-Jak myślisz sir, co zrobią z tą kupą złomu? – zapytał klon, który próbował zaczepić dowódcę
rozmową.
-Zostawią albo przetopią.- odpowiedział kapitan.
-Kapitanie?
-Tak?
-Wspomniał pan, że walczył prawie od początku wojny a dokładnie?
-Od bitwy na kamino.- odrzekł.
Klon szybko przyjrzał się dokładniej kapitanowi, po czym zapytał.
-Kapitan jest Alphą?
Pytanie to narzuciło się klonowi w głowie po tym, jak jeszcze raz spojrzał się na kapitana, był
on zdecydowanie wyższy od innych klonów, co było charakterystyczne dla Alph, z tego
powodu inne klony, z którymi służył dłużej, zwracają się do niego Grand.
-Tak-odpowiedział kapitan po czym dodał.
-Zaraz będziemy na miejscu-zrywając temat pytania, które zostało mu zadane.
Punktem okazało się miejsce, które kiedyś można by było nazwać, częścią wioski tubylców,
obecnie samo miejsce przypominało bardziej ruinę, z której miał powstać “punkt wsparcia”.
Klony zaczęły rozstawiać cały sprzęt, a z tarcz żelazne ściany, które prowizorycznie miały
przyjmować strzały z blasterów w razie ataku. Medycy w opuszczonych pomieszczeniach
budynków rozstawili punkt medyczny oraz przygotowali miejsce dla rannych. Przygotowania
zakończyły się późnym wieczorem, gdy słońce na Kashyyyk zaczęło już zachodzić,
w tym czasie również przybył mały oddział rozpoznawczy z nowymi rozkazami oraz z
przydziałem jedzenia.
Dieta na Kashyyyk nie należała do najgorszych, po rozpaleniu ognisk przygotowaliśmy
przydziałowe mięso, z którego zwierzęcia nie byliśmy w stanie nawet określić, aczkolwiek
nie przeszkadzało nam to dopóki było to w miarę dobre i mogliśmy zapełnić żołądki.
Podczas posiłku omówiliśmy rozkazy, które przyniósł wysłany oddział. Przekazali nam oni
szczegóły misji i jak dokładnie ma wyglądać nasze zadanie, po tym wszystkim zarządzone
zostało, kto weźmie pierwszą wartę i poszliśmy odpocząć. Noc minęła spokojnie wśród
dźwięków dżungli oraz szumu wody dobiegającego z pobliskiej plaży, jedyną osobą prócz
wartowników, która nie spała, był kapitan, który doglądał wszystkiego i sprawdzał, czy na
pewno wszystko jest przygotowane na jutrzejszy dzień. Poranek zaczął się dosyć
chaotycznie, wszyscy przystąpili do swoich zadań i zaczęli szykować się na szturm,
oczekiwania przebiegały w wielkim stresie pomimo braku bezpośredniej roli w zadaniu, na
pierwszy ruch Separatystów nie było trzeba czekać długo, ich siły pojawiły się od strony
wody, droidy szybko kolumnami parły na plażę wraz z czołgami, które prowadziły ostrzał z
dział w stronę większych stanowisk strzelniczych, klony z 41 legionu w odpowiedzi
rozpoczęli ostrzał oraz zaczęli przemieszczać się w stronę wroga z pomocą maszyn
kroczących i wookiee’ch, w tym samym momencie snajperzy oraz inne jednostki
rozstawione na koronach drzew zaczęły prowadzić ostrzał z góry, co zaskoczyło
przeciwnika, następnie do walki dołączyły się Juggernauty, które zaczęły, szarżować w
stronę plaży prowadząc ostrzał z dział oraz rakiet, w które maszyny były wyposażone.
Tymczasem my przyglądaliśmy się temu wszystkiemu i pilnowaliśmy, by przeciwnik nie
zbliżył się do naszego stanowiska. W tym też momencie do dowódcy przyszedł nowy
rozkaz.
-Kapitanie Grand mówi komandor Gree, proszę o wysłanie medyków na pierwszą linię, są
oni tam bardziej potrzebni.
-Rozkaz Komandorze.
Kapitan nie zdążył nawet się rozłączyć, gdy klony medycy zaczęli pakować swoje plecaki ze
sprzętem, po czym zgłosili się gotowi do działania.
Czas po ich odejściu strasznie się dłużył, z daleka było tylko widać chmury piachu i kolorowe
wystrzały blasterów, które wskazywały na przewagę klonów. Wszystko wskazywało na to, że
nasza misja przebiegnie bez żadnych problemów.
-Blaszaki! – krzyknął jeden z klonów.
Kapitan szybko zerwał się z miejsca, w którym opierał się o drzewo i spojrzał w stronę klona,
który krzyknął. Jego oczom ukazał się spory oddział droidów zmierzających w ich stronę.
Reakcja była natychmiastowa, zaczął szybko rozsyłać wszystkie klony na stanowiska oraz
zgłosił atak do dowództwa. Na ostrzał nie było trzeba czekać długo, droidy, które zobaczyły
chaotyczny ruch, zaczęły zbliżać się do stanowiska i przykrywały je coraz większym ogniem.
Oddział bronił się zaciekle, korzystając jedynie z broni, którą mieli przy sobie i działka
laserowego, które udało im się rozstawić na stanowisku. Droidy były coraz bliżej, brnąc do
przodu, raniły one i uśmiercały coraz więcej klonów, co widocznie wpływało na oddział i
samego kapitana, który ostatecznie zdecydował się na desperacką formę obrony.
-Gdy tylko droidy przestaną strzelać, wychylamy się i prowadzimy stały ogień, by skasować
ich jak najwięcej, zrozumiano?
Klony, które były najbliżej kapitana, kiwnęły tylko głową w geście potwierdzenia słów
dowódcy. Grand wyczekiwał momentu, w którym droidy zaczną prowadzić mniejszy ogień,
obserwując je z części stanowiska, z którym skrywała się część klonów.
-Teraz! – krzyknął kapitan, wychylając się zza osłony i rozpoczynając ostrzał ze swoich
blasterów.
Reszta klonów wyskoczyła wprost za nim, również prowadząc ostrzał w stronę droidów.
Pierwsze kilkadziesiąt sekund ostrzału dawały pozytywny rezultat, coraz więcej droidów
osuwało się bezczynnie na ziemię, jednak ta chwila nie trwała długo. Kapitan nie zdążył
ponownie skryć się za zasłona, gdy droidy rozpoczęły ponowny ostrzał, wiązki trafiły go w
głowę, z której pod wpływem prędkości pocisku spadł hełm oraz w bok brzucha przechodząc
na wylot, Grand osunął się na złamanym drzewie, które leżało za nim na ziemi. W tym
samym momencie do każdego klona został wysłany komunikat, który odtworzyli jak
najszybciej, myśląc, że będzie to odpowiedź sztabu na ich wezwanie o pomoc, jednak z
komunikatora padło tylko jedno zdanie.
-Wykonać rozkaz 66.
Wszystkie klony nagle zamilkły w obozie, który był pełen krzyków, nagle umilkł. Dowódca z
wielkim trudem poruszył szyją, w stronę skąd wcześniej było słychać krzyki klonów, przez
która mgłę przysłaniała mu oczy, widział jak klony, w pośpiechu opuszczają swoje posterunki
i się wycofują. Kapitan wyciągnął rękę i próbował prosić o pomoc jednak klony, które
przechodziły obok niego, nie reagowały na jego gesty, jak najszybciej oddalając się ze
stanowiska, zrozumiawszy, że nikt mu nie pomoże bezradny, zamknął oczy i stracił
przytomność. Nie wie jak długo, to trwało, ale nagle poczuł przypływ ciepła i kogoś
kręcącego się wokół niego, gdy otworzył oczy, pierwsze co uderzyło jego wzrok, był
intensywny płomień ogniska, które było rozpalone tuż obok niego, jego światło było tak
jasne, że klon nie zauważył nawet, że otacza go noc, próbował ruszyć głowa, by się
obejrzeć
-Leż spokojnie.-powiedział spokojny kobiecy głos.
W zasięgu wzroku klona ukazała się postać, która kucnęła przy nim, w międzyczasie
mówiąc
-Porządnie oberwałeś w głowę, miałeś szczęście, że strzał cię nie zabił.
Klon w końcu bliżej mógł przyjrzeć się osobie, która do niego mówiła, miała na sobie
pancerz, ale nie taki jak klona, wydawał się inny, zakrywał mniej ciała, podążył wzrokiem
wyżej i zobaczył hełm.
-Jesteś mandalorianką? – zapytał drżącym i wyczerpanym głosem Grand.
Na pytanie, kobieta kiwnęła tylko potwierdzająco głową i powiedziała.
-Jak na razie odpoczywaj, na rozmowę przyjdzie jeszcze czas.
Klon wykończony nie kwestionował tego, co powiedziała mandalorianka i po prostu zasnął.
Obudziło go szturchnięcie, otworzył oczy i znów ją ujrzał.
-Wstawaj już dzień, zrobiłam jedzenie, będziesz w stanie zjeść samemu?
Na te słowa kiwnął tylko głową, po czym podciągnął się na rękach tak, aby oprzeć się o
drzewo, które leżało za nim. Nieznajoma podała mu miskę, po czym zdjęła hełm z głowy i
zaczęła jeść, klon przyglądał jej się uważnie, wyglądała na niewiele starszą od niego, w
końcu mandalorianka czując jego wzrok, na sobie zapytała.
-Masz jakieś imię? – zapytała.
-Mówią na mnie Grand.
Mandalorianka zaśmiała się.
-Faktycznie jesteś wielki, jestem Juku – odrzekła.
-Skąd się tu wzięłaś? I dlaczego mi pomogłaś?
Juku pomyślała chwilę, spojrzała na klona i zaczęła mówić.
-Jestem inżynierem
-Inżynierem?-przerwał klon
-Mandalorianka i Inżynier, ciekawe.
-Mogę mówić dalej?
Klon tylko skinął głową w akcie przeprosin.
-Dzięki – i zaczęła mówić dalej
-Szukałam w tym miejscu części oraz sprzętu, który został po walce, gdy zabierałam się, za
zbieranie blasterów trafiłam na ciebie.
-Skoro byłaś tu dla przysłowiowych fantów, czemu mnie nie zostawiłaś? Jestem tylko
Klonem.
Na twarzy Mandalorianki pojawił się grymas połączony z pogardą w jej oczach.
-Gdy cię znalazłam, wiedziałam, jak ciężko oddychasz, czułam, że cierpisz, po prostu coś
nie dało mi zostawić cię tu na śmierć.
Klon nie spodziewał się takiej odpowiedzi, odłożył miskę, po czym powiedział.
-Dziękuję. Gdyby nie ty to byłby mój koniec, mój oddział pozostawił mnie tutaj bez pomocy.
-Myślałam, że klony starają się ratować swoich.
-Bo tak jest! – odpowiedział stanowczo klon.
-Ale wtedy było coś nie tak.
-To znaczy?
Grand zastanowił się chwilę i opowiedział, to co go spotkało.
-Dziwne, bardzo dziwne-odpowiedziała Juku po tym, jak wysłuchała jego historii.
-Tym bardziej potrzebujesz pomocy, wątpię, że wrócą tu po ciebie.
-Nie rozumiem, co się stało.
-Nie myśl o tym teraz.
Podeszła do klona i wyciągnęła do niego rękę. Przez Granda w tym momencie przeszło
wspomnienie, w którym ktoś podobny do Juku wyciągał już do niego rękę. Nie wahał się
złapać za wyciągniętą przez nią dłoń.
Juku pomogła mu wstać, po czym podparła go i powiedziała.
-Nie ma co tu dalej siedzieć, na moim statku będzie bezpieczniej.
Klon nie kwestionował jej zdania i, z jej wsparciem zaczął iść wraz z nią. Podczas drogi
Grand rozglądał się wokół siebie, przyglądał się powalonym droidą oraz kloną którzy polegli
w bitwie. Juku zwróciła na to uwagę, lecz nie przeszkadzała mu w jego przemyśleniach. Gdy
dotarli na statek, Mandalorianka posadziła klona na łóżku i ze schowka wyciągnęła opatrunki
oraz pojemnik z Bactą.
-Wasz posterunek miał być punktem medycznym prawda?
-Coś w tym rodzaju – odrzekł Grand.
-Ten sprzęt pomoże mi postawić się na nogi.
Podeszła do klona, po czym zajęła się zmianą opatrunków.
-Nie wygląda to za dobrze, masz przestrzelony bok, miejmy nadzieje, że opatrunki z lekami
oraz Bacta poradzą sobie z tą raną. Połóż się i odpocznij, musisz nabrać dużo sił.
Klon położył się i zasnął.
-Grand!-otworzył oczy na krzyk Juku, który biegł z innego pomieszczenia statku. Nie był
pewien jak długo spał.
-Grand, zobacz szybko!
Klon podniósł się i kulejącym krokiem podszedł do drzwi, które otworzyły się przed nim.
Zobaczył on krzesło, na którym siedziała Juku oraz holostół, który wyświetlał jakąś
transmisję.
-Chodź szybko i słuchaj.
Grand podszedł do holostołu i skierował oczy na postać, która wygłaszała przemówienie.
„…plany tych przyszłych tyranów zostały pokrzyżowane… Nasze lojalne oddziały klonów
stłumiły powstanie w świątyni Jedi i na innych planetach… Pozostali Jedi zostaną wytropieni
i zgładzeni… Zamach na moje życie pozostawił liczne rany i deformacje, ale zapewniam
was, moja wola nigdy nie była tak silna. Wojna się skończyła, Separatyści zostali pokonani,
a rebelia Jedi stłumiona. Stoimy u progu nowej ery. Dla zapewnienia, bezpieczeństwa i
stabilizacji, Republika zostanie przekształcona w pierwsze Galaktyczne Imperium”.
Na sali rozbrzmiały oklaski i wiwaty. Klon oderwał wzrok z obrazu i spojrzał zdezorientowany
na Juku. Po Czym cichym i przerażonym głosem powiedział.
-Imperium, Wojna się skończyła? To koniec?
-Na to wychodzi – odparła Juku.
-Zdrada Jedi? Oni by nie mogli, to niemożliwe! Walczyli razem z nami, byli strażnikami
dobra.
Grand nagle „przejrzał na oczy”.
-To wszystko to kłamstwo, przeniesienie jednostek na Coruscant, dziwne zachowanie
oddziału, to wszystko spisek, ale czemu klony się temu podporządkowały? Mieliśmy być
wierni Republice.
Klon schował twarz w dłoniach i oparł się łokciami o stół. Juku spojrzała się na niego,
podeszła i złapała go za ramię.
-To za co walczyłeś, upadło, nie masz już czego tu szukać i do kogo wracać, pozwól mi
zabrać cię w lepsze miejsce.
Grand skinął tylko głową potwierdzająco, dalej trzymając twarz w dłoniach. Juku odeszła od
klona i zostawiła go samego, aby mógł ułożyć myśli.
Pojednanie
Grand wszedł do kokpitu i zapytał.
-A więc dokąd chcesz mnie zabrać?
-Lecimy na Mandalorę, tam będziemy bardziej bezpieczni.
-Na Mandalorę?-zapytał zdziwiony. Nie uznają mnie za zagrożenie? Wielu Mandalorian
walczyło po stronie Separatystów.
-Dopóki jesteś ze mną, nic ci nie grozi.
Grand po tych słowach usiadł spokojnie na fotelu obok Juku i czekał jak ich podróż,
dobiegnie końca. W końcu znaleźli się w układzie Mandalory i nie czekając długo, skierowali
się od razu na planetę. Gdy wylądowali, oboje podeszli do rampy, która syknęła i opadła,
wpuszczając do statku świeże, leśne powietrze. Grand wyszedł jako pierwszy, rozejrzał się.
Nie tak wyobrażał sobie planetę zamiast suchych i jałowych terenów, o których słyszał, jego
oczom ukazał się las, a w oddali na skraju drzew kryła się niewielka osada, było to
dosłownie kilka zabudowań z kamienia, wtopionych w krajobraz. Juku wyszła zaraz za nim,
niosąc część ich bagażu.
-Nieźle co? – mruknęła, przechodząc obok Granda.
Ten jedynie skinął głową, wciąż wpatrzony w krajobraz.
-Ruszajmy – powiedziała w końcu.
I poszli razem, kierując się ścieżką między drzewami w stronę osady. Gdy dotarli na miejsce,
oczom Granda ukazały się skromne domki oraz małe pola uprawne, które znajdowały się
obok nich. Juku prowadziła Klona przez główną część osady, przechodząc przez ten region.
Grand obserwował samo miejsce oraz tubylców, którzy na moment podnosili wzrok na ich
dwójkę. Jednak widok klona wzbudzał w nich żadnej reakcji, po krótkim obojętnym
spojrzeniu wracali oni do swoich zadań, jakby nic się nie wydarzyło. Mandalorianka
zatrzymała się przed jednym z domostw, po czym powiedziała.
-To tutaj – otwierając drzwi
Pomieszczenie było niewielkie podzielone na kilka segmentów, przy palenisku znajdowało
się miejsce do przyrządzania jedzenia, lewą część zajmował warsztat oraz część
„magazynowa” a po prawej przestrzeń sypialna.
-To twój dom? – zapytał
-Coś w tym rodzaju – odpowiedziała uśmiechając się do Granda.
Gdy byli już w środku Juku rozejrzała się po pomieszczeniu i odłożyła sprzęt, który zabrała z
sobą. Grand w tym czasie usiadł na krześle, które znajdowało się przy stole rzemieślniczym i
zaczął się rozglądać, Mandalorianka podeszła do paleniska i rozpaliła je, równocześnie
rozglądając się za tym, co można by było zjeść, a poszukiwania wśród starych opakowań po
racjach stanęły na niczym.
-Hmm – pomyślała głośno Juku
-Musimy wyruszyć do miasta po prowiant, przy okazji wezmę z sobą trochę łupów, by je
sprzedać. A ty idziesz ze mną.-po czym spojrzała na Granda, który kręcił się na krześle.
Ale najpierw-mówiąc to podeszła do niego.
-Zdejmij z siebie część tego żelastwa – po czym spojrzała na klona, który siedział w pełnej
zbroi.
Juku podeszła do jednej ze skrzyń, wyciągnęła z niej ciuchy i rzuciła je w jego stronę.
-Trzymaj, w tym będzie ci wygodniej.
Grand zrzucił z siebie całą zbroję, założył spodnie na kombinezon, przerzucił ponczo przez
szyję, po czym przyjrzał się Mandaloriance i elementom jej zbroi, wzorując się, przywdział
elementy swojego pancerza, tak by przypominały to, co nosiła na sobie Juku.
-Od razu lepiej- powiedziała, przyglądając się mu.
Po Czym podniosła plecak, zarzuciła go na ramię a gestem machnięcia ręki, kazała podejść
do niej.
-Jeśli jesteś w stanie, weź to z sobą- wskazała mu kilka blasterów związanych z sobą
leżących przy ścianie. Grand złapał za sznur i przerzucił blastery przez ramię. Wyszli razem
z domu, po czym skierowali się na jego tyły, Juku podeszła do wielkiej plandeki, po czym
ściągnęła ją z tego, co przykrywała, był to ścigacz.
-Niezłe cudeńko.-powiedział Grand, przyglądając się ścigaczowi.
-Jak na latającą kupę złomu jest dobrze-odrzekła Juku. Śmigaczem dotrzemy do miasta
szybciej, a ty się nie styrasz- mówiąc to, spojrzała się na miejsce, w którym klon oberwał z
blastera.
Oboje wsiedli na śmigacz i ruszyli w drogę.
-Dokąd jedziemy?
-Do Enceri to małe miasto, ale jest tam targ, na którym kupimy wszystko, co nam potrzebne.
Ich droga na śmigaczu skończyła się tuż przy wjazdowej alejce miasta. Grand zeskoczył
pierwszy i rozciągnął plecy, a Juku złapała za plecak przymocowany na tylnej klapie
śmigacza.
-Najpierw musimy sprzedać te blastery-powiedziała patrząc najpier na plecak, a potem na
przewieszone blastery przez ramię Granda. Dopiero potem kupimy resztę rzeczy.
Grand skinął głową. Przeszli oni przez tętniącą życiem ulicę. Miasto było zdecydowanie
głośniejsze i większe od osady, z której wyruszyli, także Mandalorianie widocznie zwracali
większą uwagę na krążącą dwójkę, oraz szeptali coś między sobą, jednak nie przeradzało
się to w nic więcej.
-Przyciągam spojrzenia-mruknął klon
-Trochę tak – przyznała Juku. Ale dopóki tylko patrzą, nie ma problemu.
Dotarli do małego warsztatu w jednej z dalszych uliczek, drzwi rozsunęły się, a za nimi
czekał jakby gotowy na ich przybycie handlarz.
-Yuka’i! – zawołał z szerokim uśmiechem.Meg did gar bring ibi’tuur? (Co dziś przyniosłaś?)
-DC 17 Bal 15. (DC 17 i 15.)
-Tengaanar them at ni. (Pokaż mi je.)
Juku wyciągnęła fanty z plecaka oraz odebrała od Granda długie karabiny i położyła je na
ladzie. Kupiec spojrzał na karabiny i powiedział.
-Jate ga’amur, Ni’ll dinuir gar 6,000 par bic. (Niezła broń dam ci za nie 6000.)
-6 cuyir not luubid par blasters, 8. (6 to za mało za te blastery, 8.)
-Ni’ll dinuir gar a 7. (Dam ci 7.)
-7,500 bal koor. (7500 i zgoda.)
-Koor. (Zgoda.)
Sprzedawca schylił się i wyciągnął woreczki, w których były pieniądze i położył je na ladzie,
a Juku zgarnęła je do plecaka, po czym pożegnała się ze sprzedawcą i wyszli z Grandem na
ulice.
-Ten język, w którym gadaliście to Mandoa? – zapytał zdziwiony.
-Tak – odparła.
-Myślałem, że nie używa się go już oficjalnie.
-W tym regionie to norma-odrzekła Juku. Mamy sporo kasy, ruszajmy na targ.
Przeszli przez kilka wąskich uliczek i znaleźli się na targu, był on pełen straganów, przeszli
po większości z nich kupując prowiant, zapasowe ogniwa, część i inne rzeczy, które wpadły
Juku w oko. Podczas przechodzenia przez kolejne stragany Grand widział jak ludzie i
sprzedawcy przykuwali na nim wzrok.
-Zostałem chodzącą wystawą.
-To tylko ciekawość- uspokoiła go Juku.
Gdy skończyli zakupy, był już późny wieczór.
-Nie wiem jak tobie, ale mi już głód daje siwe znaki, droga powrotna zajmie nam dłuższy
czas, nie ma co się głodzić, chodźmy do kantyny.
Klon kiwnął tylko głową, gdyż sam czuł spory głód. Kantyna znajdowała się zaraz przy targu,
gdy weszli do środka, od razu uderzył w nich zapach pieczonego mięsa oraz przypraw, które
roznosiły się po całości pomieszczenia. Sama kantyna nie była za duża, główną część
zajmowały pościskane stoliki oraz lada przy której stało kilka osób, Juku podeszła do lady,
po czym zamówiła jedzenie, gdy skończyła, poszła wraz z Grandem zająć jeden z
najdalszych stolików, aby nie rzucać się tak w oczy i odpocząć. Niedaleko nich przy stoliku
siedziała grupa osób, która była zajęta graniem w sabacca, obstawianiem kredytów,
głośnymi rozmowami oraz piecem trunków. Po chwili oczekiwania i siedzenia w tej
atmosferze ktoś z kuchni przyniósł jedzenie do stolika, zapach był naprawdę wspaniały,
Mięso wyglądało wspaniale, do tego liczne sałaty i placki, które komponowały w pełne
treściwe danie. Grand wgryzł się od razu w kawał mięsa i był zadziwiony jego smakiem.
-Ostre, ale bardzo dobre- powiedział do Juku, po czym przegryzł mięso kawałkiem placka.
Juku uśmiechnęła się i powiedziała.
-Taka już jest nasza kuchnia.
Po czym sama zaczęła jeść, dalszy czas w kantynie spędzili na wszelkich rozmowach i picu
miejscowych trunków. Nieoczekiwanie do kantyny weszła grupa osób składająca się z 7
osób, wszyscy byli ubrani w pełne zbroje. Jeden z nich w złoto-bazowej zbroi podszedł do
lady i zapytał o coś barmana, ten tylko wskazał stolik, przy którym siedzieli Juku i Grand.
-Mamy kłopoty?- Zapytał spięty klon.
-Siedź spokojnie – opowiedziała Mandalorianka, po czym rozpięła kaburę i odbezpieczyła
broń.
W końcu grupa Mandalorian podeszła do ich stolika i stanęła wręcz nad nimi. Ten sam który
wcześniej zapytał barmana, spojrzał przeszywająco na dwójkę siedzącą przy stole, po czym
zapytał.
-Ty jesteś Juku?
– Zależy, kto pyta .- odrzekła.
Klon w tym momencie przyglądał się zarówno mu, jak i innym Mandalorianą, którzy otaczają
ich stół, szybko zorientował się, że pozostała 6 była równego wzrostu, jeszcze raz szybko
zarzucił wzorkiem na Mandalorianina który zadał pytanie i go oświeciło.
-Nazywam się…- zaczął mówić, zdejmując hełm, odsłaniając tym swoja twarz i posiwiałe
włosy.
-Kal Skirata. – odezwał się Grand, wyprzedzając słowa Mandalorianina.
-Widzę, że musieliśmy się już kiedyś spotkać-odrzekł do niego Skirata.
Juku była widocznie zdezorientowana tą sytuacją, jednak Grand dał jej znak, że wszystko
jest w porządku.
-Przynieście drugi stolik – powiedział Kal, zwracając się do reszty gromady, która była z nim.
Przepchali oni momentalnie 2 stolik i usiedli wokół. W końcu pozostali zdjęli swoje hełmy, a
spod nich ujawniły się takie same twarze.
-Plotki o nowym klonie szybko się rozniosły-powiedział Skirata. Wybaczcie nasze najście,
ale musieliśmy to sprawdzić. Juku skinęła głową do Skiraty w geście tego, że nic się nie
stało, po czym zwróciła się do Granda.
-Skąd znasz Kala?
-Skirata był szkoleniowcem na Kamino, a cała ta gromada to jego wychowankowie.
-To się zgadza – odpowiedział Skirata
-Co pan tu robi? – zapytał Grand
-Po tym, jak Jedi zostali ogłoszeni zdrajcami, uciekliśmy z kamino i ukryliśmy się tutaj, a ty?
-Juku mnie uratowała, po czym zaczął opowiadać swoją pełną historię.
-A więc to dziwne poruszenie wśród klonów, nie dotyczyło tylko Kamino.-przerwał Skirata.
Tej sprawie trzeba się przyjrzeć, musi być jakiś konkretny powód.
Dalszy czas przy stole mijał na opowieściach, doświadczeniach oraz wszelkich rozmowach
od tematu Wojny aż po najprostsze sprawy, Grand był szczęśliwy, że mógł spotkać swoich
braci, mimo że kiedyś nie darzyli się z Nullami wielką sympatią. W pewnym momencie
Skirata wstał od stołu bez słowa, a Juku podniosła wzrok znad kufla dokładnie w tej samej
chwili. Klony były pochłonięte rozmową i śmiechem. Kal spojrzał na Mandalorianke i
skinieniem głowy wskazał boczne przejście w kantynie.
-Chodź-rzucił krótko, po czym odszedł od stołu.
Odsunęła krzesło i ruszyła za nim. Oddalili się od stołu, zostawiając za sobą klony zajęte
rozmową i głośne dźwięki pochodzące z głównej sali. Zatrzymali się w wąskim korytarzu
prowadzącym do zaplecza. Juku skrzyżowała ramiona i zapytała.
-O czym chcesz porozmawiać?
Skirata oparł się o ścianę i westchnął ciężko.
-Wiesz, kogo przyprowadziłaś w to miejsce? – zapytał stanowczo. Imperium będzie na niego
polować.
-Wiem-odpowiedziała.
-Musisz się nim zająć, wyszkolić go, i nauczyć żyć poza armią.
-To ciężkie zadanie.
Skirata wyprostował się.
-Zapewnię ci pomoc. Broń, kredyty, kontakty wszystko, co będzie potrzebne.
-Dlaczego tak bardzo ci zależy, abym to ja go szkoliła? I dlaczego sam go nie zabierzesz i
tego nie zrobisz?
Skirata przez chwilę milczał, potem spojrzał w stronę stolika, gdzie wciąż siedział Grand i
pozostali.
-Jesteś mu już bliska, ufa ci i jest ci wdzięczny za wszystko.
Odwrócił się do niej.
-Rozmawiałaś z nim, obserwowałaś go, zauważyłaś rzeczy, których inni by nie dostrzegli.
-Jest klonem – powiedziała cicho.
-Jest człowiekiem. – poprawił ją. A ty to dostrzegłaś.
Te słowa uderzyły mocno w Juku zrozumiała, że już dawno przekroczyła granice
obojętności. To, że go wtedy uratowała, że sprowadziła go tutaj, że poświęciła mu czas. To
nie było tylko współczucie ani litość. Widziała w Grandzie kogoś więcej niż klona, więcej niż
narzędzie wojny, widziała, że jest on…
-Człowiekiem-powiedziała, po czym spojrzała na Skiratę.
-Imperium jest wielkim zagrożeniem, prędzej czy później mogą zjawić się i tutaj, a wtedy on
znów będzie zagrożony. – dodał Kal.
Juku milczała przez dłuższą chwilę, po czym skinęła głową.
-Dobrze wyszkolę go. Pomogę mu stać się jednym z nas.
Skirata uśmiechnął się lekko i poklepał ją ręką o ramię, po czym złapał za nie i ciągnącym
ruchem i obrócił ją za nie w stronę stolika. Gdy już podeszli do stolika i Juku spojrzała na
Granda, wiedziała, że dokonała dobrego wyboru.
Nowa Droga
Minęło kilka miesięcy. Grand szybko zrozumiał, że Mandalora nie była dla niego
przypadkowym miejscem. Treningi pod okiem Juku okazały się zaskakująco znajome,
Ruchy, pozycje bojowe, sposób myślenia w walce, to wszystko budziło w nim echo szkolenia
na Kamino.
-Zatrzymaj się – rzuciła Juku, gdy Grand po raz kolejny perfekcyjnie wykonał sekcję ruchów,
które mu pokazała.
-To wszystkim przychodzi ci z łatwością, ktoś cię już tego uczył?
Grand opuścił broń treningową i wzruszył ramionami.
-Podobnych ruchów uczyłem się na Kamino.
-To są Mandaloriańskie techniki, zawsze były.
I rzeczywiście im dalej posuwało się szkolenie, tym wyraźniej Klon widział, że tego, czego
nauczył się na szkoleniu, pod okiem Jango nie różni się od tego, co uczyła go Juku.
-W końcu otwiera się w tobie dusza wojownika. Problemem było to, że kazano ci walczyć
jako narzędzie Wojny.
-Teraz też walczę – odpowiedział.
Juku uniosła brew.
-Tak – Ale teraz masz w tym cel, wiesz, dlaczego to robisz.
Równolegle sytuacja na Mandalorze zaczęła się zmieniać. Imperium dotarło i tutaj, ich
wpływy się poszerzały, na początku był to zwykły handel, potem oferty pracy, wynajem ludzi
potem administracja a teraz ważniejsi ludzie z eskortą szturmowców przechadzający się po
ulicach miast. Dla Granda ich obecność była jak cień przeszłości i pozostałością tego, co
zostało po Republice.
-Oni tu zostaną- powiedział pewnego dnia Grand do Juku, widząc kolejną eskortę na ulicach
miasta. Imperium będzie stopniowo panoszyć się tu coraz bardziej, aż w końcu staniemy się
o nich zależni.
-Robi się tu coraz niebezpieczniej, a nikt nie reaguje-powiedziała Juku.
Dla Granda ta sytuacja była szczególnie niebezpieczna, jako dezerter Armii Klonów był
żywym przykładem na to, że idealny system Imperium ma nieścisłości, każdy kontakt z
Imperialnymi był dla niego wielkim ryzykiem.
-Jesteś już gotowy, staniesz się jednym z nas albo już zawsze będziesz uciekał.-powiedziała
Juku.
Decyzja zapadła szybko. Sama ceremonia odbyła się bez większych rytuałów, czy
zgromadzeń, lecz w bastionie Skiratów pośród nich. Grand przyjął zasady i kulturę
Mandalorian, stał się jednym z nich. Po przysiędze Juku podeszła do Granda i rzekła.
-Ni cuyir gar kyr’tsad. Ni korta, Ni su’cuyi, ni gar darasuum. Ni kar’tayl gai sa’ad.
(Już nie jesteś obcy, Jesteś moją odpowiedzialnością, moją opieką, moją dumą. Traktuje twe
imię jako imię mojego dziecka.)
Grand ukłonił się Juku, po czym rzucił się do uścisku.
-Teraz jesteśmy rodziną, powiedziała szczęśliwie, zatapiając się w uścisku wielkiego klona.
Następnie Juku podeszła do kufra, który stał przy ścianie i wyciągnęła z niego pakunek i
powiedziała.
-To nie jest dar, to zobowiązanie.
Klon delikatnie rozwinął pakunek, a jego oczom ukazały się elementy pancerza.
-Nie wiem, czy na to zasługuję.
-Zasługuje się czynami. Ty udowodniłeś, że zasługujesz.
Przez kolejne tygodnie Grand dostosowywał pancerz pod siebie. Wzmacniał go, zmieniał
mocowania, łączył z elementami starego pancerza oraz pomalował na zielono-szary kolor.
Gdy po raz pierwszy założył pełen pancerz, poczuł coś, czego nigdy wcześniej nie znał, nie
dumę z wykonanego poprawnie rozkazu, lecz własnego wyboru.
Jednak to szczęście nie trwało długo, życie na Mandalorze było coraz trudniejsze, coraz
więcej klanów podporządkowywało się Imperium i wchodziły z nimi w interesy dla pozornego
spokoju albo znikały, wynosząc się w inne miejsca. Taki wybór stanął również nad nimi.
-Musimy odejść-powiedziała Juku, gdy na ulicach kolejnego z miast widziała Imperialnych.
-Wiesz, że to miejsce stało się dla mnie domem? – powiedział Grand.
-Dom to ludzie nie planeta.
Gdy wrócili do siebie, spakowali wszystko, co użyteczne na statek i ruszyli w drogę,
opuszczając z żalem Mandalorę. Ich droga była długa i pełna improwizacji, przez większość
czasu polegała głównie, na lataniu z planety na planetę szukając miejsca, gdzie, Imperium
nie będzie zachodziło im aż tak za skórę, aż w końcu trafili na Zewnętrzne Rubieże, gdzie
zaczęli najmować się do pracy jako łowcy nagród. Jako najemnicy zdobyli uznanie klientów,
a dzięki swojej skuteczności zaczęli być popularni w swoim nowym fachu.