Gadzio

Imię                                                          Tara 

Ksywka                                                    Gadzio

Ranga                                                      Mando`ad

Pochodzenie                                           Onderon

Historia

Wśród drzew

Flyn Bes’Ade, dawniej Varao, oryginalnie urodziła się na Onderon, ale większość młodocianego życia spędziła na Dxun pośród drzew. Wychowywała się w niewielkiej społeczności Mandalorian w klanie Varao, która osiadła na planecie, by schronić się przed represjami Imperium. Jej rodzice byli tradycjonalistami, urodzonymi na Mandalore. Zarówno matka, jak i ojciec walczyli z Imperium i wraz z innymi Mandalorianami chcieli zjednoczyć wszystkich przeciwko jednemu wrogowi. Walki były krwawe i zawzięte. Niestety niespodziewana ciąża zmusiła rodziców Flyn do przegrupowania na jednej z planet niegdyś zamieszkałych przez Mandalorian. Rodzice Flyn, a wraz z nimi niemal cały klan Varao składający się tylko z parunastu członków, przenieśli bazę operacyjną z Mandalore na Dxun, gdzie matka Flyn mogła w spokoju wychować swoje dziecko. Do przegrupowania zmusił ich też fakt powstałej Akademii Imperialnej na Mandalore, gdzie Imperium szkoliło młodych
Mandalorian. Matka stanowczo stwierdziła, że jej dziecko będzie wolnej od wszelkiego rodzaju propagandy.

Wychowanka księżyca Dxun od dziecięcych lat miała kontakt z naturą, wielkimi lasami i zawiłymi ścieżkami. To dodatkowo zahartowało jej ducha i umocniło wpajane jej od dziecka wartości. Żyła w ciągłym ruchu, zarówno w jej społeczności, jak i na samej planecie, która nie dawała szans słabym i niezdecydowanym. Dxun nauczyło ją wytrwałości, ale też udało jej się spojrzeć na życie Mandalorianina z nieco innej strony. Doszła do wniosku, że może być wojownikiem w inny sposób, niż jej pobratymcy. W czasie, kiedy jej rodzice byli zajęci, ona szkoliła się w umiejętnościach parkouru i rekonesansu. Z czasem bardzo dobrze wyszlifowała swoje umiejętności zwiadowcze, tym samym stając się wartościowym członkiem dla jej klanu. Udało jej się także posiąść jump pack, którego używała do cięższych manewrów. 

Dziewczyna w wolnej chwili szperała w starych komputerach, które udało się odzyskać od przelatujących nieopodal złomiarzy. W nieco pradawnym sprzęcie ćwiczyła swoje umiejętności hakerskie. Wkrótce udało jej się nawet naprawić niewielkiego droida zwiadowczego, który zaczął jej towarzyszyć w terenie. 

Flyn urodziła się w jednym z najbardziej burzliwych momentów, gdzie społeczność Mandalorian była rozbita i porozrzucana na planetach, a reszta walczyła na Mandalore. Jednak to nie powstrzymało jej rodziców od wychowywania jej w duchu Mandaloriańskim. Od najmłodszych lat była uczona walki, obsługi broni, radzenia sobie w ciężkich warunkach. Swoją pierwszą zbroję dostała w wieku dziesięciu lat. Niestety tylko częściowo była ona z beskaru, gdyż przez wojnę dostęp do tego surowca był bardzo ograniczony.

Flyn wraz z zbroją otrzymała także swoją pierwszą broń wręcz. Miała do wyboru wiele solidnych, ostrych jak brzytwa mieczy czy potężnych toporów. Ku zdziwieniu wszystkich, jej bronią stał się czekan. Uznała, że będzie idealnym połączeniem broni z narzędziem, uzupełniającym jej ruchliwy, pełen eksploracji tryb życia. Czekan stał się nierozłączną częścią jej osoby, nigdy się z nim nie rozstawała. Zaprojektowany po mandaloriańsku, wykuty z czystego beskaru, ozdobiony wedle uznań Mandalorianki, wkrótce stał się potężną bronią. Flyn była pełna determinacji, chciała udowodnić wszystkim, że nawet z tak prostego narzędzia można stworzyć coś zdolnego do powalenia silniejszego od siebie. 

Dziewczyna wychowywała się w niewielkiej społeczności Mandalorian, gdzie każdy się czymś wyróżniał. Grupa posiadała własnego kowala starą i poczciwą Kese, która fach w ręku posiadła od wiernego tradycji nauczyciela z Mandalory. To ona wykonała pierwszą zbroję Flyn. W dbałości o szczegóły i z umiłowaniem do rzemiosła Kese wykonywała każdą rzecz jak najlepiej. Zbroja Flyn również wykonana była niemal doskonale, mimo braku beskaru odzienie dalej dawało wrażenie wytrzymałego. Prócz kowala w osadzie znajdował się też zbrojmistrz klanu, u którego większość zaopatrywała się w broń. Urg Varao broń pozyskiwał od lokalnych handlarzy i przewoźników. To on najczęściej opuszczał planetę na swojej przedimperialnej łajbie. Prócz tej dwójki, w klanie było wielu innych, z którymi Flyn zdążyła się zaprzyjaźnić. Jednak tytuł córki lidera przyległ do niej niemal na stałe, choć ta nigdy nie wykazywała chęci zyskania stanowiska po ojcu. Flyn marzyły się przygody, opuszczenie księżyca, zwiedzanie świata i co najważniejsze  walka z Imperium i odzyskanie Mandalory.

Dru jako lider klanu Varao i Mavra jako jego wieczna kompanka i ukochana wspólnie starali się stworzyć społeczność, która pozwoli Flyn dorosnąć i stać się twardą, silną Mandalorianką. Zarówno matka, jak i ojciec codziennie doglądali treningów córki. Ich dziecko chłonęło wiedzę i wszystko, czego jej uczyli. Dziewczyna powoli stawała się prawdziwą Mandalorianką, która poradziłaby sobie w niemal każdej sytuacji. Jednak większe wyzwanie miało dopiero nadejść, o czym dziewczyna miała się przekonać niebawem.

Pierwsza blizna

W społeczności galaktycznej od wielu lat przewijały się legendy o groźnych, żywych planetach. Opowieści o zabójczym Kashyyyk stały się niemal nieodłącznym elementem posiadówek przy ognisku klanu Varao. Ojciec Flyn niegdyś odwiedził tę lesistą planetę, która wywarła na nim nieopisane wrażenie. Zakochał się w gęstwinie, nieokiełznanej dziczy i jeszcze bardziej krwionośnej florze. Na Kashyyyk musiałeś być czujny, zawsze dobrze zorganizowany, gotowy na każdą ewentualność. Być może to wspomnienia o tej jakże niezwykłej planecie sprawiły, że sentyment do czasów młodości i miłość do gęstwin starego Dru doprowadziły do przeniesienia się na Dxun. 

Dxun bowiem, podobnie jak Kashyyyk, było księżycem, który dla wielu stanowił wyzwanie, nawet dla zahartowanych w boju Mandalorian. Klan Varao codziennie musiał się mierzyć z niebezpieczeństwami, pozbywać się roślinności z urządzeń i budynków. Jednak każde to przeciwdziałanie naturze stało się dla grupy Mandalorian codziennością. Powoli przyzwyczajali się do niesfornej flory, która codziennie dawała się we znaki. Lecz w pewnym momencie pojawiło się coś, co zaczęło stanowić większe wyzwanie, niż tylko sprzątanie po tym, co stara Dxun zniszczyła.

Wiedza o legendach planet żywych, myślących i nie lubiących przybyszów doprowadziła Mandalorian do rozpoczęcia śledztwa. Zaczęło się niewinne coś nagminnie przewracało skrzynie z zaopatrzeniem niedaleko ich osady. Lecz później zaczęło się robić coraz gorzej. Zaczęły znikać zapasy jedzenia, broni, wszystkiego, co gwarantowało Mandalorianom przeżycie na tym nieokiełzanym księżycu. Nie mogli to być inni ludzie, gdyż nawet Imperium nie zapuszczało się w te rejony. Dxun było księżycem obcym, niemal całkowicie prymitywnym. Stąd w obozie zaczęto snuć teorie o bestii, która jako wysłanniczka planety, zaczęła powoli zniechęcać Mandalorian do dalszego pobytu na księżycu. Zawsze w nocy słychać było ryki i widać było mknięcia między pudłami z zapasami. Bestia była bardzo zwinna i niemożliwym było zabicie jej w takim stanie. Dokładnie wiedziała, gdzie uderzyć, by zniszczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. 

Punktem kulminacyjnym było zniknięcie jednej grupy zwiadowczej, która zaczęła podążać tropem bestii. Dwójka Mandalorian nie wracała od ładnych paru godzin. Większość myślała o najgorszym. Stało się to w momencie większych potyczek na Mandalorze, stąd na planecie było mniej ludzi niż zazwyczaj. Rodzice Flyn choć chcieli, to nie mogli zostawić obozu z tak małą ilością ludzi. Flyn stwierdziła, że nie będzie siedzieć bezczynnie i musi coś zrobić.

Nie zwracając uwagi na swój młody wiek, ruszyła na pierwszą, dłuższą wyprawę wprost w paszczę zabójczej planety. Flyn już jako szesnastolatka uważała, że czas najwyższy pokazać, na co ją stać. Zabrała z obozu swój zasłużony czekan, pistolet, parę bandaży, wyposażyła się w szepczące ptaki i ruszyła przed siebie. Rodzice nic o tym nie wiedzieli, a byli zbyt zajęci, by zauważyć nieobecność córki. Przemierzała gęstwiny z droidem zwiadowczym, który momentami miał ochotę zawrócić. Dżungla wraz z kolejnym krokiem stawała się coraz bardziej zarośnięta i nieprzyjazna. Dziewczyna musiała uważać na każdy krok, na owady, na małe zwierzęta. Przez podróż towarzyszyły jej odgłosy ptaków, ryki w oddali i strachliwe dźwięki przerażonego droida. Niekiedy musiała użyć jump packa, by przedostać się na drugą stronę. Jeszcze nigdy wcześniej nie była tak daleko od obozu. Całość dziczy, w jakiej się znalazła, powoli zaczęła jej się wydawać piękna w swojej nieokiełznanej formie.

Po dwóch godzinach wędrówki, z przerwami na rekonesans i rozejrzenie się w terenie, Flyn w końcu trafiła na leżę potwora. Przed nią rozpościerał się widok jaskini niedaleko niewielkiej rzeczki. Miejsce niemal idealne na kryjówkę dużego zwierzęcia. Cuchnęło w nim rozkładającymi się szczątkami zwierząt, lecz nie znalazła w nich ciał swoich braci. Uważała na każdy swój krok, na każdą gałązkę, którą mogła przypadkiem nadepnąć. Weszła do środka. Zauważyła dwóch zaginionych skautów. Niesamowicie obitych, rannych i niemal wycieńczonych, ale żywych. Flyn od razu rzuciła się im na pomoc. Opatrzyła ich rany i je zdezynfekowała. Gdyby nie beskar… prawdopodobnie obaj byliby już martwi.

Niepokoił ją fakt nieobecności bestii w jej leżu. Kiedy była niemal przy końcu opatrywania ran, coś ją zaatakowało od tyłu. To była legendarna bestia. Wyrzuciła ją z swojej pieczary wprost na puste błotniste pole nieopodal rzeki. Dziewczyna wstała powoli i zobaczyła, co im kradło zapasy od tak długiego czasu.

Bestią okazał się być ogromny, jaszczuro podobny stwór z łbem iguany i ciałem zbliżonym do jednego z przedstawicieli nexu. Zwierz był niezwykle zwinny, posiadał długi ogon i ostre jak brzytwa pazury. Zauważywszy kogoś, kto wtargnął na jego teren, napuszył się i ryknął przeraźliwie. To jego ryki było słychać nieopodal obozu. Był gotowy do ataku, ale to Flyn oddała pierwszy strzał. 

Zaczęła się walka na śmierć i życie. Potwór sprawnie unikał ataków, ale dziewczyna również nie była mu dłużna. Dopiero teraz mogła zobaczyć, że ilość treningów i bieganie po drzewach nie zdały się na nic. Stwór był zaskoczony, że człowiek potrafił tak zwinnie się poruszać. Jeden atak, drugi. Jaszczur dotąd nie docenił siły i sprytu dziewczyny. Dopiero wtedy czekan przydał się jej najbardziej. Poharatała nim stwora, który zaczął gubić pierwsze krople krwi. Jeden strzał go wyjątkowo podburzył. Rzucił się na dziewczynę i ją powalił. Zaczął jej wbijać jeden ze swoich pazurów prosto w plecy. Trzymał ją łapą i próbował udusić w błocie. Flyn przechodziła wtedy przez agonię, pazur wkrótce zdążył się przebić przez pancerz i wbić w skórę. W ostatnim momencie udało jej się odpalić szepczące ptaki, inaczej jaszczur udusiłby ją w błocie i złamał jej kręgosłup. Szepczące ptaki przestraszyły zwierzę i je mocno poraniły. Stwór zaczął krwawić zielono–niebieską krwią. Wydarł się jeszcze raz, tym razem z bólu. Flyn korzystając z okazji wstała i poczuła napływ adrenaliny. Wzięła ostrą gałąź, która posłużyła jej za broń. Po paru ciosach w końcu udało jej się wbić gałąź prosto w serce potwora. Zwierzę wydało z siebie ostatni ryk i padło martwe na ziemię.

Dopiero wtedy dziewczyna poczuła przeraźliwy ból na plecach. Jednak nie to się teraz liczyło. Musiała ratować swoich kompanów. Kuśtykając wróciła do dwójki Mandalorian. Jeden z nich czuł się już lepiej, tak, że dałby radę sam iść. Drugi natomiast czuł się coraz gorzej, miał gorączkę i w jego rany wdała się infekcja. Dziewczyna biła się w pierś, że mogła tu przybyć szybciej, ale nie było czasu na osobiste rozterki. Musiała ratować życie im obum i sobie też.

Dwójka wzięła trzeciego, ledwie żywego Mandalorianina i pomogli mu wstać. Złapali go z dwóch stron i zaczęli prowadzić do osady. Drugi Mandalorianin zauważył martwego stwora. Był w szoku, że Flyn udało się go pokonać w pojedynkę. Dziewczyna również nie wiedziała, jak to się do końca stało. Zostawili za sobą pieczarę i ruszyli przed siebie.

Mandalorianin był w coraz gorszym stanie. Nie pomogły mu wstrzyknięte leki, zaczął majaczyć i osuwał się na nogach. Dwójka musiała zrobić przerwę, by opatrzyć plecy Flyn, mimo iż dziewczyna się wzbraniała, to Mandalorianin nalegał. Zatrzymali się przy jednym z kamieni. Z drugim zwiadowcą było coraz gorzej. Kazał sobie zdjąć hełm i zostawić go tutaj wraz z nim. Flyn i Jen, bo tak się zwał drugi z zwiadowców, nie zgodzili się na to. Mandalorianin niestety nie dał rady walczyć dłużej. Zmarł przy kamieniu, jego rany były zbyt poważne, on sam poddał się. Flyn bardzo to przeżyła, zaczęła się o to obwiniać. Jen pocieszał ją, że gdyby nie ona, to obaj byliby już dawno martwi. Opatrzył plecy dziewczyny, zdjął swoją pelerynę i zawinął w nią ciało martwego towarzysza.

Do obozu trafili w nocy. Rodzice od razu złapali córkę w swe objęcia. Początkowo byli źli, ale gdy tylko Jen powiedział, co zrobiła Flyn, ich serca wypełniła duma.

“Zabiła Gada, teraz to ona jest najsilniejszą Gadziną”, rzekł Jen.

Wtedy też narodził się jej pseudonim Gadzio, gdyż jest jedną z najzwinniejszych Mandalorianek, której żaden gad nie straszny.

Klanowy medyk opatrzył jej rany. Powiedział, że do końca życia zostanie z wielką blizną na plecach. Następnie odbyła się ceremonia pogrzebu. Dru i Mavra pożegnali wiernego kompana, który spoczął na ziemiach Dxun. Flyn za to została uhonorowana darem trofeum z potwora, którego zabiła i nową zbroją, która zastąpiła jej tą zdobytą w wieku dziesięciu lat. Tamten dzień sprawił, że stała się prawdziwą Mandalorianką, której żadne zło nie straszne.

Czas zmian

Po tym incydencie księżyc stał się jeszcze bardziej drażliwy i niebezpieczny. Dxun na każdym kroku pokazywał, że nie życzy sobie obecności Mandalorian. Śmierć jednego z zwiadowców tylko utwardziła w przekonaniu, że czas na zmiany. Klan Varao przeniósł się z Dxun na Onderon, gdzie założyli nową bazę operacyjną. W tym czasie w klanie nastąpiło wiele zmian. Dołączali do nich nowi członkowie, którzy pragnęli wyzwolić lud Mandalore spod rządów Imperium. Tak o niewielki klan Varao stał się częścią solidnej i zgodnej społeczności z jednym, ważnym celem pokonaniem Imperium. Na planetę również zlatywały inne klany chcące się przegrupować. Jednym z takich klanów był klan Awaud. Jego członkowie byli znani z doskonałej obsługi broni białej i zaskakująco dużej tolerancji w stosunku do droidów. Flyn parę razy przyglądała się im, jak trenują walkę mieczem. Zapragnęła bycia częścią tej społeczności.

Stąd pewnego razu wyzwała jednego z Awaudów na pojedynek. Ten, po ujrzeniu jej broni w postaci czekana, wyśmiał ją i kazał wrócić po prawdziwy oręż. Flyn jednak się nie poddała i weszła mu na ambicje. Członek klanu był co prawda o dwa lata starszy od Flyn, ale został przez nią skopany jak małe dziecko. To zainteresowało resztę klanu, która zaczęła w niej widzieć potencjalnego rekruta. Dodatkowo historia o pokonaniu Gada w wieku szesnastu lat zachwyciła członków klanu. Gadzio uchodziła za kogoś, kogo warto mieć ze sobą. Klan potrzebował dobrych zwiadowców, którzy nie bali się ryzyka. 

Nowym członkom wszystkich klanów Mandalorian brakowało jednego ważnego elementu beskaru, metalu tak wartościowego, że niemal niemożliwego do zdobycia na zwykłym targu. Rosnąca liczba Mandalorian na Onderon zmusiła ich do rozesłania ludzi po całym kosmosie w poszukiwaniu surowców. 

Flyn stanęła przed wyborem, czy pożegnać się z rodzinnym klanem i dołączyć do klanu Awaud, czy pozostać na planecie i dalej działać w formie zwiadu. Od dziecka marzyła o przygodach w kosmosie, o walce z Imperium, o odzyskaniu Mandalory. Stwierdziła, że czas pożegnać klan, z którym się wychowywała i ruszyć w kosmos z nowymi towarzyszami. 

Pożegnała się z rodzicami, ze starymi znajomymi, z leśnymi gęstwinami, które tak kochała, z dzieciństwem, które tak szybko minęło. Od rodziców na pożegnanie dostała prezent nowy, beskarowy hełm.

Uroczystość wstąpienia do klanu Awaud była kameralna, ale Flyn i tak przyjęła to bardzo emocjonalnie. Zwłaszcza objęcie nowego symbolu klanu, który symbolizował dla niej nowy początek, obranie nowej drogi w życiu. Z uśmiechem na twarzy żegnała Onderon i Dxun, które jej przyniosło wiele niezapomnianych wspomnień.

Flyn, jako jeden z najbardziej uzdolnionych zwiadowców, już jako pełnoprawna Mandalorianka, wyruszyła jednym z pierwszych transportów prosto w nieznane peryferia galaktyki. Wyposażona w pistolety blasterowe, zasłużony czekan, parę racji na drogę i dumny mandaloriański pancerz, ruszyła wraz z innymi członkami Awaud w poszukiwaniu beskaru. Oczywiście towarzyszył jej przy tym dron zwiadowczy.

Dziki i nieokiełznany świat zrobił wielkie wrażenie na młodej Mandaloriance. Dotąd przyzwyczajona do życia w dziczy pośród roślin, teraz musiała się zmierzyć z czymś jeszcze bardziej nieprzewidywalnym innymi istotami. Flyn była zafascynowana nowo napotkanymi rasami, miejscami. Każda planeta była dla niej czymś innym, wyjątkowym. Wkrótce w klanie Awaud zaczęto ją uważać za tę, którą nawet kolorowy kamień zafascynuje. Flyn wraz z klanem napotkała wiele trudności, ale i też nie obyło się bez niesamowitych przygód.

Siódemka

Flyn w czasie swej kariery wśród Awaudów poznała pewnego dość nietuzinkowego Mandalorianina. Odziany w pomarańczowo-grafitowy pancerz, cichy, skryty, zawsze w hełmie lub masce. Niezwykle uzdolniony pod względem pirotechnicznym. Uważany przez Awaudów za „szczęśliwą siódemkę”. Flyn przez jakiś czas tylko się mu przyglądała z zaciekawieniem. Coś w nim było. Czy to w posturze zawsze gotowej na atak ze strony wroga, czy w bystrym i czujnym spojrzeniu wychodzącym znad brązowej chusty. Ich pierwsza “rozmowa” nie należała jednak do tych najprzyjemniejszych, choć Flyn dobrze ją wspomina.

Awaudowie wysyłali swoich członków co jakiś czas na misje zwiadowcze. Kompletowali drużynę, pakowali ją w statek, dawali kilka racji na drogę i wysyłali na dalekie peryferia galaktyki. Flyn i Valear po raz zostali częścią drużyny zwiadowczej. Oprócz nich częścią składu był ciężki, masywny Mandalorianin o szlachetnym imieniu Vido. Dobra drużyna także nie dałaby sobie rady bez wykwalifikowanego speca od technologii. Tym samym czwartym członkiem drużyny stał się Hilr, Mando–Twi’lek o umyśle tak szybkim, że zdziwiłby nawet samego Kaminoanina.

Cała ta czwórka widziała się po raz pierwszy. Vido okazał się być twardym, acz wyrozumiałym mężczyzną. Hilr nawijał jak najęty, głównie o silnikach i komputerach. Flyn starała się dopasować do reszty paplając głupstwa z nadzieją, że jej nie skreślą na starcie. Valear… siedział cicho. Przyglądał się, analizował, polerował noże, czyścił broń. Flyn zechciała go bliżej poznać, przeprowadzić parę fascynujących rozmów. Nie wiedziała jednak jak, więc jak to na nią przystało – wygłupiła się. Jednak gdyby nie ta rozmowa, to jej życie wyglądałoby teraz zupełnie inaczej.

Zagadała do niego w czasie przerwy na jednej z misji. Akurat wtedy, kiedy był bez hełmu. Zapytała się jego o to, skąd pochodzi, jaki był jego rodzimy klan, jaka jest ogólnie jego historia. Wszystko z szczerym uśmiechem na twarzy. Zaczynając rozmowę nazwała go żartobliwie “szczęśliwą siódemką”, nie wiedziała wtedy jednak znaczenia tego przezwiska.

Valear skrzywił usłyszawszy te pytania. Było widać, że nie były one dla niego ani wygodne ani komfortowe. Mimo to odpowiedział jej. O tym, że nie był Mandalorianinem od urodzenia, że jego rodzinę wybito, że ostał się sam, żył jako najemnik, spotkał Awaudów na jednej z misji. Uratował im życie i pomógł w odzyskaniu beskaru. Tym samym Awaudowie stwierdzili, że jest godzien noszenia pancerza i wzięli go w swoje szeregi. Dla Flyn był to szok. Dotąd znała Mandalorian z krwi i kości, od urodzenia szkolonych na wojowników. Ich rozmowa skierowała się na inny tor. Dwa światy zostały ze sobą zderzone. Indywidualista i osoba, dla której pobratymcy byli i zawsze będą najważniejsi. Rozmowa była zawzięta, emocjonalna, pełna ciężkich tematów. Mimo wszystko, pod koniec Valear przyznał, że była bardzo owocna. Podziękował jej za dyskusję i wrócił do swoich spraw.

Ta rozmowa rozpoczęła coś nowego. Dwa światy i dwie całkowicie różne osoby, a jednak coś ich zaczęło przyciągać do siebie. Zaczęło się od przekomarzanek, docinek, sarkazmu czy przyjacielskich sparingów. Ona dokuczała jemu, a on się jej odgryzał na różne sposoby. Drwił z jej niskiej postury, z jej czekana, małego pistoleciku czy “satynowo (w nawiązaniu do Satine Kryze)-pstrokatego” koloru zbroi. Ona nie była mu dłużna. Drwiła z jego długich i niewygodnych dla niej broni, z tego, że nie umie posprzątać po sobie, że jest chaotyczny, “wybuchowy” (bo przy nim często coś wybucha.

Mimo tego, tych wszystkich docinek, byli dla siebie jak najwierniejsi kompani. Jeden mógłby wskoczyć w ogień za drugim. Hilr i Vido wspólnie podkreślili, że ich “przekomarzanie” to nic innego, niż nieudolna próba flirtu. Zarówno Valear, jak i Flyn bali się przyznać do uczucia, jakie między nimi zaistniało. Obaj byli wręcz stworzeni dla siebie. Flyn nieco spokorniała i spoważniała przy Valearze, on natomiast bardziej otworzył się na ludzi. Zaczął się uśmiechać, tlić się niczym ogień.

W końcu Valear za namową chłopaków odważył się wyznać uczucia dziewczynie. Zabrał ją podczas jednej z misji na urokliwe, ustronne miejsce – zarośnięte ruiny miasta. Uznał, że to miejsce przypomni jej o domu, że poczuje się tutaj dobrze. Chłopak stresował się niesamowicie, Flyn natomiast pełna energii zwiedzała zarośla i zniszczone budynki. Ten w końcu jednak chwycił ją za rękę i zbliżył do siebie. Zaczął się nerwowo śmiać. Każde wyznanie uczuć wyparowało z jego głowy. Flyn od razu przeczuła, co się święci. Stwierdziła, że jedyne co teraz uratuje tego biednego chłopaka, to przejęcie inicjatywy. Delikatnie zdjęła jego hełm, następnie chustę. Po raz pierwszy ujrzała wielką bliznę na jego twarzy. Praktycznie jej połowa była pomarszczona, jak go jakimś konkretnych wybuchu. Wyszeptał jedynie “to dzięki niej tutaj jestem”. Dziewczynie się zaświeciły oczy. Pocałowała go delikatnie w policzek. Następnie uśmiechnęła się i położyła dłoń na miejscu pocałunku. “To dzięki niej jesteśmy tutaj razem” – wyszeptała. Chłopak na te słowa po prostu się rozpłakał. Przytulili się razem i stali jeszcze tak przez parę minut.

Do obozu wrócili już jako para. Gdyby tylko Vido i Hilr zobaczyli ich trzymających się za ręce, Hilr ucieszył się, ale następnie wręczył Vido 200 kredytów. Najwyraźniej przegrał zakład. Vido natomiast rzekł “No w końcu!”. Dzień zakończyli hucznym ogniskiem i pysznym żarciem.

Od tego momentu Valear i Flyn razem latali na przeróżne misje. Oczywiście dalej nie mogli sobie odpuścić docinek i sparingów, ale mieli też chwile tylko dla siebie pełne czułości i wsparcia. Udało im się nawet być częścią przemytu kryształów Kyber, ale to historia na dłuższe posiedzenie przy ognisku.

Szala goryczy

Po wielu latach walki z Imperium w końcu wszechświat zaczęły obiegać wspaniałe nowiny – Imperium zostało pokonane. Jednak dla Mandalorian nie był to powód do świętowania, prędzej łyżka miodu w beczce żalu i rozpaczy.

Zaraz przed upadkiem Imperium, Moff Gideon zorganizował masowy atak na Mandalorę. Noc Tysiąca Łez zabrała ze sobą wielu członków klanu Awaud, Varao i innych, których Flyn napotkała na swojej drodze. Na szczęście rodzice dziewczyny przeżyli, gdyż nadal stacjonowali na Onderon. Niestety inni nie mieli tyle szczęścia. Planeta, o którą tak ciężko walczyli, stała się skałą niezdatną do życia.

Flyn nie mogła się po tym pozbierać. Widok jej domu, w którym nigdy nie było dane jej mieszkać, a o którym marzenie rosło wraz z wiekiem, teraz wprowadzał jedynie w łzy. Zniszczone miasta, zainfekowane wody, wieczne burze. Nie o taką Mandalorę walczyli. 

Wojna się skończyła, ale wraz z nią historia Mandalory. Jednak nie historia Flyn, która przysięgła sobie pokonać każdego byłego członka Imperium, którego spotka. Lata w kosmosie nauczyły ją, by nie mieć litości dla imperialnych i takich, którym niewiele do nich brakuje.

Flyn załamała się po upadku Mandalory, odeszła z klanu Awaudów i poszukała innej drogi. Razem z Valearem ruszyli przed siebie. Para wróciła na rodzimą planetę Flyn. Ujrzawszy rodziców, rozpłakała się ze szczęścia. Ogromnie się cieszyła, że przeżyli katastrofę. Onderon stało się miejscem żalu, płaczu i tęsknoty. Trafiali tutaj ranni mandaloriańscy cywile, część wyznawców Satine, część tych, którzy poszli w stronę Bo Katan. W tym momencie nie liczyły się przeszłe zaszłości. Każdy zasługiwał na pomoc i ratowanie życia. Flyn przez pewien czas pomagała rodzicom. Ogarniała wszechobecny chaos.

Po kilku latach sytuacja na Onderon ustabilizowała się na tyle, że Flyn zaczęła myśleć o tym, co robić dalej. Nie chciała już wracać do Awaudów, chciała tworzyć, nie walczyć. Przez te lata zmienił się jej światopogląd. W młodości wyszalała się jako dumna wojowniczka, ale Mandalorianie potrzebowali teraz kogoś, kto pomoże się im pozbierać z popiołów. Kolejne zaszłości i bitwy na nic się nie zdadzą. Na Onderon wkrótce trafili członkowie dość młodego klanu Bes’Ade. Byli oni niewielką grupą inżynierów i rzemieślników, którzy, podobnie jak Flyn, chcieli odbudować chociaż część Mandalory. Dziewczyna zafascynowała się ich ideą, tym zapałem, którego nie czuła od lat. Zainspirowali ją. Wkrótce poprosiła o dołączenie do klanu. Bes’Ade zgodzili się zobaczywszy nietuzinkowe szkice Flyn. Dziewczyna przez całe życie prowadziła szkicowniki połączone z pamiętnikami. Rysowała budynki, przedstawicieli innej rasy lub po prostu projektowała. Teraz w końcu mogła wykorzystać swoje umiejętności w wyższym celu.

Chwilę pobyła z członkami Bes’Ade, lecz wraz z czasem odlotu, musiała po raz kolejny pożegnać się z rodzicami i rodzimą planetą. Flyn zaczęła pomagać przy odbudowie Mandalory. Spotkała nawet paru przedstawicieli Dzieci Straży, choć idea drogi noszenia hełmu cały czas wydała się dla niej kuriozalna. Mimo to współpracowali razem i tworzyli lepsze jutro dla ludu Mandalorian.

Umiejętności

Doskonale odnajduje się w terenie, porusza się niczym zwierzę. Zna techniki parkouru. Flyn nie jest fanką plecaków odrzutowych, woli się gdzieś dostać za pomocą jump packa. 

Skacze, ślizga się, sunie po ścianach niczym gad. Kocha to robić i jej to wychodzi bardzo dobrze. Bardzo rzadko można ją spotkać na ziemi, zwykle preferuje wyższe kondygnacje.

Dziewczyna jest uzdolniona w wielu dziedzinach. Jest typem odkrywcy, wizjonera. Często majsterkuje przy urządzeniach, komputerach. Jest bardzo dobrym hakerem. Posiada nawet własnego mini drona, który jej pomaga w zwiadzie. Mimo iż zwykła pracować na rupieciach od złomiarzy, niekiedy uda jej się ogarnąć cięższy system. Czasami przypali obwody. Na szczęście nie na statku klanu, bo tam jej do systemu nie wpuszczają.

Prócz tego jest uzdolniona artystycznie. Pamięta czasy, kiedy zawzięcie projektowała swoją pierwszą zbroję. Uwielbia szkicować nowo napotkane tereny oraz istoty. Ze statku nie rusza się bez czegoś do rysowania i szkicownika. Kiedy nic się nie dzieje, wskakuje gdzieś wysoko i rysuje otaczający ją świat. Szkicuje ważne momenty jej życia. Utrwala na papierze bitwy, które stoczyła. Maluje portrety ludzi, których straciła. Uwielbia różne świecidełka i kryształy, kilka z nich nosi przy pasie jako trofea.

Jej umiejętności walki wręcz również zasługują na osobną kategorię. Wśród klanu Awaud wsławiła się pokonaniem ogromnego gada, lecz już wcześniej wykazywała się dobrą znajomością sztuki miecza. Od zwykłej broni preferuje tą niekonwencjonalną. Jej bronią główną jest czekan, którym się także wspomaga przy wspinaczce. To właśnie nim zgładziła potężne zwierzę i zasłużyła na miejsce w klanie Awaud. Czekanem walczy podstępnie, szuka słabych punktów wroga. Najczęściej wbija się nim w jedną z kończyn i ją uszkadza, by przeciwnik stracił równowagę. Czekan jest dla niej jak trzecia ręka. Zasłużony, beskarowy, niezwykle skuteczny w jej dłoniach, w obcej dłoni staje się prostym narzędziem. Dlatego niektórzy członkowie klanu dziwią się, że potrafi się nim obsługiwać tak dobrze.