Buir'Sol

Imię                                                          Buir’Sol Awaud

Ksywka                                                    Buir’Sol

Ranga                                                      Cuy’val Dar

Pochodzenie                                           Kalevala

Historia

Przed Wojnami Klonów 43 – 22 BBY

Buir’Sol urodził się na planecie Kalevala w mandaloriańskim klanie Adhad w 43 roku przed bitwą o Yavin. Dzieciństwo nie różniło się od tego innych mandaloriańskich dzieci. Miał oboje rodziców biologicznych, którzy zaczęli jego szkolenie we wczesnym wieku 4 lat. Zaprzyjaźnił się z mandaloriańskimi dziećmi – chłopcem imieniem Jax oraz dziewczynką Karni. Dużo razem trenowali, a w wolnym czasie byli nierozłączni. Obaj chłopcy gdy tylko weszli w dorastanie zaczęli czuć do pięknej dziewczyny pociąg i nieporadnie smalili do niej cholewki.  Jako obiecujący młodzieniec w wieku 13 lat przystąpił do Verd’goten.

Verd’goten

Ambicje rodziców względem młodego Buir’Sola doprowadziły do bardzo ciężkiego podejścia do tej próby. Rodzinnym statkiem zawieźli go na Kashyyyk w 30 roku przed bitwą o Yavin i wysadzili Buir’Sola przy zejściu do czeluści Kashyyyk, gdzie plączą się korzenie drzew wroshyr i roi się od niebezpieczeństw – Cieniste Ziemie. Celem było przejście wielu kilometrów po spowitym w ciemnościach gruncie planety i spotkanie z rodzicami przy ich statku w wyznaczonym punkcie. Na początku szło gładko, pomniejsze drapieżniki i inne zagrożenia fauny, takie jak Tachy były bez większych problemów wykrywane i zestrzeliwane szybkimi i celnymi salwami z blasterów. Tak jak uczyli rodzice. 

Nie wszystkie zabite stanowiły zagrożenie. Podekscytowany i zadowolony łatwością zadania młodzieniec umilał sobie czas polowaniem, które bardzo lubił od kiedy ojciec pierwszy raz zabrał go ze sobą na łowy za zwierzyną. Zabijał dla sportu. Pierwsze otrzeźwienie przyszło gdy kanonada Buir’Sola i zapach krwi zwierząt zwabiły realne zagrożenie. Wizjer termalny hełmu wykrył jakiś ślad na jednym z drzew, ale przy próbie zidentyfikowania nic tam nie było. Wzmocniony przez aktywny system słuchowy świst wywołał wyuczoną reakcję młodego wojownika, który szybkim odskokiem z przeturlaniem uniknął ataku Katarna od tyłu. Niewysoki chłopiec w tymczasowym pancerzu został przykryty cieniem górującego nad nim zwierzęcia, którego tereny łowieckie zostały zakłócone.

Patrzył w gadzie oczy przez krótki moment, który wydawał się pełną, płomienną konwersacją międzygatunkową, ale szybko oddał strzały w stronę zwierzęcia. Łuski ramion przyjęły na siebie wiązki niewielkich bliźniaczych pistoletów blasterowych, a cios łapy zwierzęcia wyrzucił Verd’ika w powietrze. Buir’Sol spadł w bagnistą kałużę pomiędzy korzeniami. Próbował szybko wstać mimo wciągającego bagna, ale gdy ledwo złapał równowagę musiał robić unik przed szarżą Katarna. Korzystając z chwili gdy zwierzę wytracało pęd po nietrafionym ataku sprawdził swoje systemy. Większość wspomagających trybów wizjera przestała działać, pancerz częściowo stracił integralność, a uzbrojenie lewego karwasza nie odpowiadało przez zerwane połączenia ze sterownikami. I tak nie byłby w stanie skutecznie ich użyć, bo lewa ręka była zgruchotana, a krwawienie zatrzymywała tylko szczelna warstwa pod kombinezonem. W kałuży błota utopił też jeden z bliźniaczych blasterów. Najgorszym było to, że odbiornik sygnału lokalizacyjnego przestał działać, więc z radaru zniknął cel wyprawy.

Mocno rozbrojony, ranny i wystraszony chłopak stał teraz oko w oko ze wściekłym katarnem i trzymał jeden pistolet, którym nie był w stanie spenetrować twardych łusek. Wściekły schował blaster do kabury i wyjął miecz, którego nie zakładał używać, ale matka wcisnęła mu go przed wyruszeniem. Wyczekał ruch drapieżnika i gdy ten wyskoczył Buir’Sol zeskoczył z jego toru lotu jednocześnie tnąc mieczem w powietrze w miejscu gdzie miał nadzieję że klinga spotka się z mniej opancerzonym brzuchem katarna. Poczuł lekki opór i zobaczył krew na ostrzu. Trafił gadossaka. Ten po lądowaniu wyraźnie wykazywał mniej płynne ruchy. Naruszone mięśnie brzucha musiały mu się dawać we znaki. Dzięki temu osłabieniu Buir’Sol mógł sprawniej wykonywać kontrataki mieczem, a gdy osłabił Katarna dostatecznie, wskoczył mu na plecy i utrzymując się jedną sprawną ręką przed zrzuceniem dał radę wyczuć moment, wysunąć z prawego karwasza vibroostrze i zatopić je pomiędzy łuskami u nasady czaszki zwierzęcia. To szybko zakończyło życie drapieżnika. Uznając go za godną zdobycz, choć początkowo sam prawie skończył jako taka, wyrwał kilka ostrych zębów jako trofea i wyruszył dalej do celu. Osłabiony, zmęczony, ranny i ze zubożonym arsenałem przemierzał Cieniste Ziemie, ale teraz możliwie cicho, nie zwracając na siebie uwagi i oszczędzając siły oraz amunicję. 

Po kilku dniach spędzonych na wędrówce, szukaniu jedzenia i próbach ukojenia bólu ręki powinien być już blisko wyznaczonego celu, ale mógł tylko nawigować z pamięci przez niesprawny system lokalizacji. Statek rodziców miał stać na lądowisku w opuszczonej wiosce Wookiech i cały czas nadawać sygnał. Młody mandalorianin próbował naprawić odbiornik i udało mu się na ułamek sekundy złapać sygnał, który potwierdził, że nie zostało mu wiele do celu, a jego umiejętności orientacji w terenie są całkiem użyteczne. Teraz był pewny w którą stronę się kierować, ale na jego drodze stanęła przeszkoda. 

Grupa trandoshan zabiła zdziczałego wookiego. Opatrywali rannych, ale niezbyt zwracali uwagę na poległych. Jeden z nich zobaczył obserwującego ich Buir’Sola przy pomocy swoich superczułych oczu. Ciepło ciała przebijające przez zszargany kombinezon umożliwiło zobaczenie młodzieńca w spektrum podczerwieni. Syknął wrogo i wskazał kompanom pozycję Verd’ika, który zdążył uchylić się za gruby korzeń przed nadchodzącą salwą z kilku blasterów. Czuł, że nie ma szans z kilkoma ewolucyjnie przystosowanymi łowcami. Na pewno nie w obecnym stanie. Jedyną szansą była przewaga sprzętowa. Odpinał od pasa kolejne ładunki. Najpierw rzucił ogłuszający detonator świetlno dźwiękowy, który miał oślepić i ogłuszyć wrogów, pozbawiając ich na chwilę przewagi wyostrzonych zmysłów. Zgodnie z przewidywaniami salwa z blasterów ustała na moment, ale ciszę przerwał wybuch kolejnego ładunku – detonator odłamkowy, który miał poranić wciąż zgrupowanych łowców. Syki bólu sugerowały, że plan działał, więc Buir’Sol rzucił ostatnią niespodziankę – kamień. Trandoshanie widząc niewyraźnie lecący przedmiot, straumatyzowani poprzednimi ładunkami odwrócili się i próbowali schować, ale w tym samym momencie Buir’Sol zdjął z pleców cięższy blaster samopowtarzalny i ogniem ciągłym kosił kolejnych uciekających podtrzymując broń na biodrze starając się utrzymać odrzut jedną ręką i zapierając się pasem nośnym. 

Ostatni tchórzliwy trandoshanin próbował uciec, ale gdy tylko zniknął w zaroślach wydał z siebie okrzyk przerażenia i bólu, a coś, co głośno ryknęło najwyraźniej rozrywało go na strzępy. Zanim Buir’Sol mógł zidentyfikować zwierzę na otwartą polanę usianą ciałami, z rykiem silników, zaczął zstępować znajomy statek. Czujniki statku musiały wykryć wybuchy detonatorów. Gdy wylądował rodzice wyszli z niego z blasterami markującymi potencjalne lokacje zagrożeń i zabezpieczyli strefę lądowania z pełnym profesjonalizmem.

Matka nie potrafiła jednak zachować go dłużej gdy zobaczyła syna ledwo stojącego, pokrwawionego i w zbroi w opłakanym stanie. Rzuciła się do niego i objęła, zaczęła o wszystko wypytywać, ale po chwili się opanowała. Widząc wszystkie te ciała, syna, który przetrwał mimo obrażeń z dymiącym blasterem w dłoni i z zębami katarna zwisającymi z pasa rozpierała ich duma. Młodzian zwrócił jeszcze uwagę na leżącego zdziczałego wookiego. Nie wszystkie leżące jaszczury padły od blastera. Sporą część zabił ten wojowniczy owłosiony gigant. Młody mandalorianin razem z ojcem podziwiali wojowniczość martwego wookiego, a Buir’Sol postanowił, że kiedyś musi wyzwać wojownika tego ludu na honorowy pojedynek. Zabrali go na statek, którym opatrzony wrócił do klanu i świętował z jego członkami jako pełnoprawny Verd – dorosły wojownik.

Życie w klanie

Klan lubował się w tworzeniu zmodyfikowanych blasterów i wszelkiej broni palnej. To zainteresowanie również przeniosło się na Buir’Sola, który musiał grzebać w każdym blasterze, który wpadł mu w ręce. Połączył to z zamiłowaniem do polowania, które tylko wzmocniło się od czasu Verd’goten i chciał stworzyć dla siebie idealną broń myśliwską.

Pracował nad karabinem rozpryskowym, który minimalizowałby uszkodzenia skór i futer, ale byłby w stanie przebijać pancerze takich zwierząt jak Katarn. Stworzył tak własną konstrukcję opartą na niezawodnym mechaniźmie dźwigniowym, celownikiem synchronizowanym z wyświetlaczem hełmu i wytłumieniem, pozwalającym na prawie bezgłośne strzały, by nie zwracać na siebie uwagi. Sporo wniosków wyciągnął przez bliskość śmierci podczas próby na Kashyyyk.

Relatywnie spokojne życie – na tyle na ile takie istnieje u mandalorian – przerywane łowami z ojcem i towarzyszeniem matce na okazjonalnych prostych zleceniach – trwało aż do 22 roku przed bitwą o Yavin. On i jego przyjaciele mieli wtedy po 21 lat. W tym czasie Karni związała się z Jaxem, co bardzo bolało Buir’Sola i wypełniała go zazdrość. To oddaliło go od przyjaciół i odmówił gdy zaprosili go do udziału w zleceniu.

Siedział przy warsztacie, nad którym wisiały liczne trofea łowieckie z różnych planet i majstrował przy nowym projekcie bliźniaczych blasterów, gdy wylądował statek i wszyscy zaczęli się do niego zbiegać. Poruszenie oderwało majsterkowicza od pracy i ruszył sprawdzić o co zamieszanie. Widział że wylądował statek przyjaciół. Przez tłum członków klanu zobaczył jak zapłakana Karni zwozi leżącego Jaxa na noszach repulsorowych.

Buir’Sol przedarł się przez przez tłum i oparł o nosze. Jego przyjaciel był martwy, ale nie było widać żadnych śladów na pancerzu. Zdjął jego hełm i zobaczył odbarwioną twarz oraz brązowawe zacieki krwi z ust. Karni wypłakała, że został otruty przez łowcę, z którym mieli podzielić się nagrodą, ale zabrał całą i uciekł. Dosypał trucizny do alkoholu którym wznosili toast za udaną misję. Buir’Sol przez łzy przepraszał martwego przyjaciela. Gdyby nie odmówił przez zazdrość nie werbowali by do pomocy takiego Shabuir hut’uun.

Przysiągł Karni, że pomoże jej zemścić się za Jaxa. Przemalowali swoje pancerze. Dziewczyna przywdziała złoto, symbol zemsty, a Buir’Sol czerń, symbol sprawiedliwości. Wyruszyli pomimo zakazu starszyzny, która zgadzała się z zemstą, ale naciskała, żeby poczekać na lepsze informacje wywiadowcze na temat celu.

Nar Shadda

Lecieli zmodyfikowanym statkiem HWK-290 Jaxa, którego znak wywoławczy ustawili jako Gniew Zmarłych – „A’den kyrayc”. Ich destynacją był jeden z portów na Nar Shadda, gdzie rozbita para spotkała się wcześniej ze zleceniodawcą oraz trucicielem. W barze znaleźli lokalnego watażkę Devaronianina, który za “drobną” opłatą wskazał lokalizację byłego zleceniobiorcy. Buir’Sol i Karni ładunkiem wyważyli drzwi od jego apartamentu, ale zamiast trafić na zaskoczonego tchórza natknęli się na całą grupę uzbrojonych najemników. Gdyby nie mandaloriańskie pancerze z durastali wzmacnianej stopami beskaru już by nie żyli. Karni dostała w nogę, ale Buir’Sol zasłonił ją własnym ciałem i przyjął kilka trafień pozostawiających ślady na pancerzu. Zdetonował detonator ogłuszający jeszcze przyczepiony do pasa, ale mandaloriańskie hełmy uchroniły ich przed całkowitym ogłuszeniem. Kanonada ustała na moment i wojownik zdołał wyciągnąć towarzyszkę za ramę drzwi i wrzucić przez nie potężny detonator termiczny, który spopielił część wrogów wychylonych zza osłony.

Na pozostałych trzech wystarczyło jedno przejście już dużo bardziej doświadczonego mandalorianina przez światło drzwi podczas którego oddał kilka strzałów z bliźniaczych blasterów. Mieszkanie było “czyste”, ale po tym Hut’uun nie było śladu. Bith miał nosić niebieski kombinezon dopancerzony srebrnymi płytkami i żółty hełm lotniczy.

Zleceniodawca musiał dać znać że po niego idą. Kusiło się zemścić za tą zdradę, ale to mogło poczekać. Karni otrząsnęła się i przeszukiwała mieszkanie w celu znalezienia śladów. W jednym z terminali znalazła informację o zakupionym bilecie na prom. Wiedzieli już gdzie i kiedy się udać, ale nie mogli zrobić jatki w zatłoczonym promie. Postanowili dorwać swój cel gdy będzie z niego wysiadał i śledzić go do dobrego miejsca zasadzki.

Zakradli się do przedziału technicznego promu gdzie ściśnięci razem w ciasnej przegrodzie spędzili kilka godzin mogąc tylko milczeć lub rozmawiać przez komkanał swoich dźwiękoszczelnych hełmów. Karni zapytała dlaczego odmówił wtedy wyruszenia z nimi i Buir’Sol wyznał swoje uczucia. Od tego czasu milczeli aż do lądowania. 

Opuścili w ciszy przedział techniczny i zlokalizowali Bitha wychodzącego z promu. Wydawał się bardzo zadowolony. Śledzili go do opuszczonej fabryki na jednym z księżyców Nal Hutta. Tam obserwowali cel, który spotkał się z kilkoma zamaskowanymi postaciami. Na saniach repulsorowych, prowadzonych przez kolejną zamaskowaną, ale bardziej opancerzoną postać, podjechały skrzynie. Na jednej z nich był symbol Czarnego Słońca. Mandalorianie widzieli że to musi być jakaś transakcja. Buir’Sol chciał zaczekać na jej zakończenie i zlikwidować cel, ale Karni wstrząśnięta wyznaniem uczuć i tym, że przez te uczucia Jax nie żyje, wyskoczyła zza osłony i puściła serię z blastera, która powaliła dwie z trzech zamaskowanych postaci, raniła ochroniarza oraz Bitha, który zdążył ukryć się za skrzyniami. Buir’Sol został na punkcie widokowym i wściekły postawą towarzyszki osłaniał ją ogniem ze swojego karabinu rozpryskowego. Ochroniarz szybko zginął od cichego strzału, tak samo jak ostatnia zamaskowana postać, ale Bith schowany za skrzyniami osłaniał się ogniem z blastera na ślepo. Karni przyjęła na siebie 3 jego strzały, podchodząc na odległość ręki, wytrąciła mu blaster uderzeniem kolbą i zaczęła go tłuc, w przerwach wbijając wibroostrze w jamę brzuszną. Bith krzyczał, aż przestał, bo umarł, ale Karni nadal masakrowała go bez opamiętania. Buir’Sol chciał ją powstrzymać, powiedzieć, że już wystarczy, że dokonali zemsty, ale zanim zebrał się do tego ryzykownego posunięcia. Zielona wiązka blasterowa trafiła Karni w hełm, a ta padła na ziemię, kolejna świsnęła obok hełmu mandalorianina, a ten szybką woltą ukrył się za zniszczoną ścianą fabryki. Krzyczał do Karni przez komunikator w hełmie, ale bez odpowiedzi. Nie widział czy hełm wytrzymał. Przez dach na platformach wleciała grupa najemników, których osłaniał niewidoczny snajper. Szybko zeskoczyli i otoczyli skrzynie oraz Karni. Buir’Sol chciał przez chwilę użyć sprawdzonego manewru z granatami, ale detonator ogłuszający został już zużyty, a nie mógł użyć innych, by nie zranić Karni jeśli przeżyła.

Przygnieciony ostrzałem z broni ciężkiej zamontowanej na platformach nie mógł odpowiadać ogniem. A w każdej chwili mógł być zagrożony jeśli snajper zmienia pozycje i szuka kąta żeby trafić i jego. Jego serce i duma pękały, ale do przetrwania prowadziła jedna droga – haniebna ucieczka.

Ładunkiem miotanym wyrwał dziurę w ścianie i przebiegł pod osłoną kurzu na otwarty teren poza fabryką. Miał nadzieję, że tego miejsca nikt nie będzie pilnował, lub że w najgorszym wypadku pancerz go uratuje. Napastnicy najwyraźniej nie byli nim tak bardzo zainteresowani żeby rzucić się w pogoń. Jasne stało się, że ich celem był skrzynie, a mandalorianie znaleźli się w złym miejscu i niewłaściwym czasie. Przez głowę Buir’Sola przetaczały się teraz słowa starszyzny: “Poczekajmy na informacje wywiadowcze, nie ryzykujmy utratą kogokolwiek jeszcze, ten Hut’uun i tak się nie wywinie”. Biegnąc przez drogę do portu promów krzyczał ze smutku i wściekłości, że zostawił martwą lub ranną towarzyszkę i swoją miłość, że nie posłuchali starszyzny klanu będąc zaślepieni ambicją i rządzą zemsty. 

Wbiegając do kosmoportu zauważył, że statek, którym przylecieli jest na jednym z lądowisk, a przy nim przegrupowuje się oddział żołnierzy kierowany przez jego rodziców. Wytropili Buir’Sola podążając po jego śladach gdy tylko zorientowali się, że ten wymknął się z Karni pod osłoną nocy. Buir’Sol wbiegł na lądowisko i zrzucił hełm w zadyszce i łzach. Wśród żołnierzy była też przybrana matka Karni, która przygarnęła ją jako znajdę w wieku 4 lat po śmierci jej biologicznych rodziców w ataku piratów. Widząc, że nie ma jej córki obok zrozpaczonego Buir’Sola rzuciła się na niego, ale pobratymcy zdążyli ją zatrzymać. Krzyczała do niego wszelkie mandaloriańskie przekleństwa. Rozumiał ją i nie winił, nawet te najcięższe obelgi uznał za zasłużone, szczególnie Hut’uun – tchórz bez honoru, bo tak się zachował uciekając od walki i zostawiając towarzyszkę. Wskazał im fabrykę i bez zwłoki wyruszyli, ale on został na statku pod strażą własnej matki, która nie była w stanie wyrazić zawodu. Mandalorianie szybko wrócili, ale nie nieśli dobrych wieści. Fabryka była czysta. Oprócz osmaleń z nietrafionych strzałów, kałuż krwi i dziury w ścianie nie ma tam niczego. Ani ciał, ani skrzyń. Matka Karni mobilizowała jeden pododdział na swój statek i od razu ruszyli szukać śladów i informacji. Buir’Sol z rodzicami wyruszył do siedziby klanu, gdzie miał stanąć przed starszyzną.

Wygnanie

Starszyzna szybko podjęła decyzję. Skutki lekkomyślnej decyzji naraziły nie tylko ich, ale też innych członków klanu, którzy ruszyli na ratunek. Karni nadal nie została odnaleziona. Buir’Sol został wygnany, a jego rodzice nawet nie protestowali. Ciągle patrzyli na niego z wielkim zawodem. Zabrał swoją broń, warsztat i trofea, zapakował je na “Gniew Umarłych” i odleciał w przestrzeń jako pohańbiony wygnaniec zmagający się ze swoim poczuciem winy, nie mając nawet pojęcia gdzie mógłby zacząć szukać towarzyszki, która jeśli przeżyła, pewnie go nienawidzi.

Zaczął szukać informacji na temat Czarnego Słońca. To był jedyny trop. Miesiącami wykonywał różne zlecenia, tylko po to, żeby opłacać swoje poszukiwania. Natknął się na śladowe zapisy transmisji mówiącej o mandaloriance. Jego serce na chwile się zatrzymało. Znalazł coś. Nie mógł wrócić do klanu i poprosić o pomoc. Musiał to załatwić sam, odkupić swoje winy. Namierzył źródło transmisji i ku jego zdziwieniu pochodziło z pobliża Kalevali, siedziby jego klanu. Udał się w pobliże starego lądowiska górniczego w pasie asteroid i przez powiększacze optyczne statku obserwował lądowisko z ukrycia. Zobaczył jak jego towarzyszka idzie o swoich siłach. Nie była skuta, ani ranna, widział tylko spore osmolenie na hełmie. Ten widok bardzo go ucieszył, ale zaczął zastanawiać się dlaczego jest tu i wygląda jakby przyjmowała właśnie rozkazy od zamaskowanych postaci podobnych do tych z fabryki.

Przeszła mu przez myśl okropna myśl, że mogła zdradzić im położenie bazy klanu. Wsiadła do statku, który wyglądał jak jakiś stary frachtowiec, taki jak te które często można spotkać na Nar Shadda, i poleciałą w stronę planety. Buir’Sol śledził statek z bezpiecznego dystansu, ale szybko stało się jasne, że leci do ich bazy. Pytania kłębiły się w jego głowie. Może spłaciła jakoś okup? Może po prostu ją wypuścili? 

Statek wleciał do wewnętrznego hangaru przy głównej sali. Mandalorianin musiał wylądować na zewnętrznym lądowisku. Wybiegł ze statku i ile sił w nogach ruszył na spotkanie z towarzyszką. Wartownik zatrzymał go, ale gdy tylko zobaczył dziewczynę w złotym pancerzu schodzącą po rampie puścił Buir’Sola i razem pobiegli w stronę statku. Z daleka BuirSol zobaczył jak Karni sięga do niesionego worka i coś wyciąga. Nagle okrzyki radości mandalorian zgromadzonych przy statku ucichły, gdy ujrzeli, że postać w jednej ręce trzyma obciętą, posiniaczoną i zakrwawioną głowę Karni, a drugą zdejmuje hełm ujawniając głowę droida protokolarnego. Buir’Sol zastygł, a parę kroków przed nim również wartownik. Mandalorianie otworzyli ogień do droida, który szybko padł na rampę. Było słychać głównie krzyk rozpaczy matki Karni, która była w bazie po zapasy do dalszych poszukiwań. Nagle zagłuszył ją komunikat z głośników statku. “Pozdrowienia od Czarnego Słońca, złodzieje”. A statek eksplodował niszcząc większość hangaru, zabijając wszystkich mandalorian obok statku. Siła wybuchu posłała wartownika na Buir’Sola i razem przelecieli w stronę drzwi którymi weszli. Odłamek pancerza wartownika przebił wizjer Buir’Sola i zniszczył oko, a po wylądowaniu w pobliżu drzwi na obu spadł fragment skrzyni z lądowiska, wgniatając hełm mandalorianina i naruszając jego głowę.

Przebudził się gdy po jakimś czasie trenerzy wrócili z dziećmi z treningu poza bazą. Wydobyli go z gruzów i opatrzyli, ale nie mógł chodzić. Zanim znów stracił przytomność słyszał tylko rozpaczliwe krzyki dzieci, które ujrzały obraz tragedii.

Ruiny

Buir’Sol obudził się kilka dni później w zbiorniku z baktą. Gdy się rozejrzał zobaczył że każdy zbiornik posiadany przez klan w siedzibie był zajęty przez wojowników w różnym stanie. Po wydobyciu ze zbiornika od razu wchodził do niego kolejny ranny z kolejki. Potrzebujących było dużo, martwych dużo więcej. Buir’Sol niczym zjawa przeszedł przez ruiny bazy podpierając się kulą i oglądając zniszczenia, które by nie powstały, gdyby nie jego decyzje.

Kilku ocalałych mandalorian potwierdziło jego przypuszczenia na podstawie informacji zdobytych przez te dni – Czarne Słońce obwiniało klan o kradzież cennego ładunku z wymiany. Skrzynki w tej fabryce, ale to nie oni je zabrali. Najwyraźniej inna grupa wykorzystała ich obecność żeby zatrzeć za sobą ślady, a znaleziona Karni przeżyła męki na torturach aż pękła i wyjawiła lokalizację bazy klanu. Albo pękła, albo użyli czegoś co wydobyło te informacje. Mandalorianin nie mógł spędzić z powiek obrazu ściętej głowy dziewczyny którą kochał, a którą zostawił na pastwę losu. Starszyzna nie przeżyła, nowe tymczasowe dowództwo stwierdziło że mimo win nie mogą sobie pozwolić na stratę kogokolwiek więcej. Przykazali Buir’Solowi by poświęcił się odbudowie klanu. Tylko tak mógł zachować resztki honoru.

Buir’Sol szukał swoich rodziców z nadzieją że byli z dala od eksplozji. Jedna z wojowniczek zaprowadziła go do miejsca, gdzie leżały zniszczone pancerze, które jakkolwiek przetrwały temperatury blisko epicentrum, w przeciwieństwie do użytkowników, po których nie został ślad. Wojownik upadł na kolana przy resztkach pancerzy rodziców i płakał cicho przez kilka godzin, aż starszyzna kazała zabrać go i zamknąć w pokoju aż dojdzie do siebie.

Rozważał usunięcie się, by już nikogo nie skrzywdzić swoimi decyzjami, ale przypomniał sobie nauki rodziców o honorze. Zrozumiał że dowództwo ma rację tak jak miała ją starszyzna przed wyprawą po zemstę.

Po szybkiej rekonwalescencji wyruszył zaciągnąć się do wojsk najemnych zgodnie z ogłoszeniem federacji niezależnych systemów, która obiecywała solidne wynagrodzenie w zamian za usługi doświadczonych wojowników. W ten sposób może udać się zebrać środki potrzebne do odbudowy siedziby i samego klanu. Może tak uda się odzyskać honor.

Wojny klonów

Najemnik konfederacji

Po wybuchu wojen klonów Buir’Sol walczył na różnych planetach. Jego czarny pancerz, z czerwonymi akcentami, które miały upamiętnić rodziców stał się rozpoznawalny po obu stronach konfliktu. Na tyle hełmu widniał symbol Mir’shupur, który oznaczał obrażenia mózgu, ale mocno starty był już zaledwie ostrzeżeniem dla wojownika, który przypominał mu o bliskości śmierci za każdym razem gdy ściągał hełm. Niewielu napotkanych miało szansę zrozumieć jego znaczenie, a tym bardziej droidy.
W walce obok droidów bojowych wypracował sobie taktykę, w której wykorzystuje ich różne jednostki jako osłonę i sprawnie porusza się między rzędami maszerujących maszyn, prowadząc ciągły ostrzał i miotając ładunkami wybuchowymi po zbliżeniu się na dostateczną odległość. Klony faktycznie były stworzone z genów Jango Fetta, ale całe szczęście żaden nie jest nawet w części tak dobry jak sławny mandalorianin.

Szczególnie standardowe klony w czystych, białych pancerzach świadczących o braku doświadczenia na prawdziwym polu walki, które często padały od trafień Buir’Sola.

Mandalorianin nie dbał o powody wojny, słuszność którejś ze stron czy politykę. Separatyści płacili dużo, szczególnie przy jego efektywności, a tylko to się liczyło.

Przez pierwszy rok wojny widział i robił straszne rzeczy. Jedyne co było w stanie poruszyć jego wyprute z emocji serce to niepotrzebna krzywda osób postronnych. wielokrotnie strzelał do droidów licząc na to, że nikt nie zauważy, ratując życie komuś, kto może być czyimś, bratem, rodzicem lub dzieckiem.

Nie był jedynym najemnikiem w jednostce. Wielu innych organicznych najemników zbierało się przy ogniskach po bitwach i świętowali kolejne dni, które udało się przeżyć. To przypominało Buir’Solowi o domu, czyli o jego nadrzędnym celu.

W takich okolicznościach poznał kilku mandalorian z klanu Awaud, z którymi wymieniali się opowieściami i ekspertyzą na wszelkie tematy w dziedzinie sztuki wojennej. Przyłączył się do ich oddziału i po kilku wspólnych bitwach zostali zaufanymi przyjaciółmi.

W jednej z bitew Buir’Sol natknął się na Twileka Jedi oraz jego togrutańskiego padawana, którzy byli otoczeni przez nacierające droidy, a ich żołnierze klony padały od strzałów przeważającej siły maszyn. Mandalorianin zobaczył w tym szansę na godny pojedynek. Jeden z wielu, które zamierzał stoczyć by odbudować swoje poczucie honoru i utraconej chwały.

Jedi gdy tylko zobaczył Mandalorianina rozkazał padawanowi zająć się droidami, a jemu zostawić walkę z najemnikiem. Buir’Sol wiedział że strzelanie do Jedi nie jest najmądrzejszą opcją, ale znał ich rozumowanie. Osłonił się stając za wysokim Superdoidem bojowum i z pistoletu blasterowego wypalił do klona stojącego 2 metry od rycerza. Ten rzucił się by odbić strzał i uratować żołnierza, a Buir’Sol w skorzystał z okazji by z karwasza wolnej ręki posłać w Jedi chmurę ognia z miotacza lepkiej palnej substancji. Jedi zdążył rozproszyć atak pchnięciem mocy, ale przez jednoczesne odbijanie wiązki blasterowej nie zdołał odepchnąć wszystkiego i ręką trzymająca miecz została mocno poparzona. Przez ból wypuścił miecz z dłoni, a Buir’Sol nie trafił ani chwili i uszkodził broń Jedi celnym strzałem z blastera. Wściekły Twilek mocą wyrwał wojownikowi blaster z ręki i starli się w walce wręcz. Świadomy niebezpieczeństwa walki wręcz z mocowładnym Buir’Sol skorzystał z repulsora w karwaszu by zmusić Jedi do skoku w górę, następnie rzucił nożem w celu wymuszenia uniku na konkretną pozycję i zakończył kombinację doskakując i zatapiając vibroostrze wysunięte z prawego karwasza w boku rycerza jednocześnie łapiąc go za gardło. Rana była śmiertelna i szybko unieszkodliwiająca. Jedi nie był już zagrożeniem. Buir’Sol rozejrzał się i zobaczył że padawan uciekł, a żaden klon nie pozostał żywy. Zastanawiał się czy młody czuł to samo co on, gdy przed laty pozostawił na polu walki Karni. Nagły atak tragicznych wspomnień nie pozwolił mu cieszyć się z wielkiego osiągnięcia jakim było pokonanie rycerza Jedi. Zabrał tylko uszkodzony miecz z odkrytym przez trafienie blastera kryształem Kyber, by dołączyć go do swojej rosnącej kolekcji trofeów. Z pokonanych klonów nie zbierał trofeów nawet jeśli byli wyżsi rangą lub wyjątkowo wojowniczy. Ich pancerze, geny i wyszkolenie zbyt przypominało mu wszystkich mandaloriańskich braci których znał, by czuć się komfortowo kolekcjonując takie trofea.

Pewnego wieczoru siedział i pił z grupą najemników, którzy przechwalali się przed nim swoimi dokonaniami, a on udawał że go obchodzą, byle ktoś zajmował jego myśli. Nagle jak grom z jasnego nieba uderzyło go zdanie: “Raz zakosiliśmy dostawę Czarnego Słońca i do tego nikt nas nie ścigał, bo gangsterzy znaleźli na miejscu ranną mando dziewczynę, którą postrzeliliśmy i uznali że to jej wina”. Najemnicy wybuchli śmiechem i wskazali na Buir’Sola z satyrycznym pytaniem czy znał taką. Śmiech przerwała szybka seria 6 strzałów, po 3 z bliźniaczych blasterów. 6 najemników padło martwych, a ostatni, który opowiadał szukał ręką blastera. Zanim zdążył go wymacać, Buir’Sol złapał Nemoidianina za ucho i rzucił nim w ognisko. Ten próbował wstać, ale został postrzelony w kolano i znowu spadł do ognia. Gdy próbował wyczołgać się rozpaczliwie, vibroostrze przebiło drugą nogę i wciągnęło go znów w ogień. Paląc się żywcem zrozumiał dlaczego to się dzieje. Przypomniał sobie, że mandalorian tej nocy było dwóch i jeden uciekł. Ognisko zagasiło się przez zastępujący je przy szamotaniu piach, ale było za późno. Najemnik umierał w agonii patrząc na czarno-czerwony pancerz.

Po czymś takim Buir’Sol musiał opuścić wojska Konfederacji zanim któryś z dowódców zorientował się do czego doszło w obozie najemników. Udał się do przyjaciół z klanu Awaud i opowiedział o zajściu oraz po raz pierwszy otworzył się przed nimi ze swoją haniebną przeszłością. Przyjaciele pomogli mu zniknąć z rekordów Konfederacji Niezależnych Systemów, bo dane odnośnie najemników na ich usługach nie były mocno strzeżone. Odeskortowali Mandalorianina do siedziby klanu, po czym szybko nawrócili, żeby dotrzeć zanim Separatyści mogli się zorientować. Na miejscu Buir’Sol znalazł jednak tylko zgliszcza i ciała. Wojowników i dzieci, każdego kto pozostał po niegdyś silnym klanie Adhad. Teraz stał sam w miejscu masakry jako ostatni ocalały. Pracował przez 2 dni bez wytchnienia, żeby wyprawić wszystkim poległym pogrzeb. Stosy płonęły, a ładownia “Gniewu umarłych” została wypełniona pancerzami, bronią i jakimkolwiek nadającym się do czegokolwiek sprzętem. Jasnym było, że Czarne Słońce przybyło dokończyć to co zaczęli zamachem bombowym.

Okres piractwa 

Buir’Sol chciał zemścić się na organizacji, ale nie wiedział gdzie zacząć szukać, a środki zdobyte na wojnie były zbyt skromne na zdobywanie informacji o tak silnym w tym czasie ugrupowaniu.

Za pieniądze, które zostały mu z wojaczki zwerbował grupę kilku piratów i zaczął pomnażać majątek dokonując abordaży różnych jednostek, które wydawały się potencjałem na zysk. Zwrócił na siebie uwagę lokalnych Separatystów, którzy zawarli z Mandalorianinem umowę, na mocy której załoga “Gniewu umarłych” będzie oszczędzać ich jednostki, a skupi swoje ataki na jednostkach Republiki oraz jej sympatyków. Buir’Sol został korsarzem na usługach byłych mocodawców, którzy najwyraźniej nie byli świadomi jak dużo przelał już krwi za ich pieniądze lub udawali że tak jest. Płacili niemało i to było ważne na ten moment.

Ataki stawały się coraz bardziej śmiałe, a fortuna załogi rosła, ale majątek kapitana Buir’Sola na bieżąco był przekuwany w zbiór informacji i sieć kontaktów, mając na celu zemstę na Czarnym Słońcu.

Niestety załoga traciła czasem członków, a zastępstwa nie były zadowalające i niedoświadczeni piraci ginęli jeszcze szybciej, co nasilało zniecierpliwienie Mandalorianina.

Po miesiącach poszukiwań nareszcie trafił na jakieś ślady. Dowiedział się, że przywódca organizacji został zabity. Coś w nim pękło. Zemsta stała się bezcelowa. Lider organizacji zginął bez udziału Buir’Sola i nie mógł się on z tym pogodzić.

Zrezygnowany odstawił załogę do najbliższego baru, wyprawił z zapłatą i podziękował za walkę ramię w ramię. Pomimo niezbyt imponującego końca, banda z “Gniewu umarłych” była wspominana jeszcze długo w kantynach i portach kosmicznych, a barwione opowieści o ich rozbojach wzbudzały strach wśród podróżujących.

Okres władzy Imperium

Poszukiwania godnej śmierci

Pozbawiony celu Buir’Sol nie miał już niczego konkretnego do śledzenia i pozostał z niczym. Nie miał już jak uratować swojego honoru i nie miał do czego wracać. Walka dla imperium dawałaby jakieś zajęcie, ale nie mógł się aż tak upodlić. Przybycie na Mandalorę pod wpływami imperium również nie było zachęcające, a jak mógłby się pokazać innym mandalorianom na oczy?

Wstyd wyżerał jego duszę wojownika i starał się tłumić kotłujące się uczucia smutku i wściekłości. Postanowił, że najlepszym co może go spotkać to godna śmierć.
Przypomniał sobie wtedy o poległym wojowniku Wookie, który przed tym jak zginął, zabrał ze sobą kilku silnych Trandoshan. Wybrał się więc na Kashyyyk w poszukiwaniu wojowników, z którymi będzie walczył na śmierć i życie. Ominął imperialną blokadę i wylądował w opuszczonej wiosce, w której przy jego próbie czekali na niego rodzice. Stąd wyruszył na poszukiwania kogoś, lub czegoś co godnie zakończy jego żywot.

Wioska była opuszczona, ale szybko trafił na Katarna, który utworzył legowisko w jednej z drzewnych chat. Był większy niż ten, którego zabił podczas Verd’goten. Jeden szybki strzał z karabinu rozpryskowego jego roboty i Katarn leżał martwy. Niegdyś śmiertelne zagrożenie teraz było zaledwie zwierzyną łowną. Zabrał trofeum jak dawniej i ruszył dalej. 

Po dłuższej wędrówce system aktywnej ochrony słuchu wychwycił szelest w zaroślach, a termowizja pokazała kilka sygnatur cieplnych, próbujących otoczyć Mandalorianina.

3 rosłych Wookiech i 2 ludzi. Mandalorianin wywołał ich z ukrycia celując z blastera i trzymając już detonator w dłoni. Postacie wyszły spokojnie, ale każdy był wyraźnie zdziwiony, że próba zaskoczenia wojownika nie powiodła się.
– Imperialni nigdy się nie orientują – powiedziała kobieta obok największego z Wookiech
– Imperialni nie mają sprzętu, ani instynktu – odpowiedział Buir’Sol
Po chwili rozmowy okazało się, że są członkami rebelii przeciw Imperium, która formowała się na Kashyyyk w celu wyzwolenia Wookiech. Mandalorianin oświadczył że poszukuje takich wojowników, żeby stoczyć honorowy pojedynek na śmierć i życie.
Dowódca włochatego oddziału skomentował to w języku Shyriiwook, częściowo znanym przez Buir’Sola:
“Teraz nie możemy sobie pozwolić na jakiekolwiek straty, ale gdy wyzwolimy nasz dom i nasze rodziny, stoczę z Tobą tyle pojedynków ile chcesz”

Słowa wojownika poruszyły zmrożone serce mandalorianina.
“Dom”, “Rodzina” – “Yaim”, “Aliit”
Wartości, których najbardziej mu brak i za którymi tęskni.
Życzył rebeliantom powodzenia i odszedł w dalszą podróż, ale poprosił Wookiego by zdradził mu swoje imię. Brzmiało ono Tarffulor.
Przez miesiące polował, co było dla niego rodzajem medytacji. Gdy skończyły się zapasy amunicji polował bardziej tradycyjnymi sposobami. Statek traktowany jako baza wypadowa ogołocony został z zapasów jedzenia i picia, ale tego było pod dostatkiem jeśli wiedziało się gdzie szukać. W końcu Buir’Sol postanowił, że te słowa, które wypowiedział Wookie są prawdziwym celem jego życia. Stracił dom oraz rodzinę przez własne błędy, ale jego życie się nie skończyło. Jego dom gdzieś istnieje, a jeśli nawet nie, to może go stworzyć i dać go swoim vode, którzy również go poszukują.

Klan Awaud

Buir’Sol postanowił odnaleźć i skontaktować się z przyjaciółmi z frontu wojen
klonów – klanem Awaud. Długo zastanawiał się nad znaczeniem rodziny i właśnie oni objawiali się w jego głowie jako wizja rodziny. Załoga piracka nie była tego nawet bliska. Mandalorianie z klanu Awaud walczyli z nim ramię w ramię, wspierali się, razem cieszyli każdym przeżytym dniem przy ognisku, posiłku i trunku. W trudnej chwili pomogli mu bezinteresownie, w ramach braterstwa, które powinno łączyć wszystkich mandalorian. 

Poszukiwania całe szczęście nie trwały długo, ale były opóźnione przez konieczność wykonania kilku zleceń, bo w końcu paliwo i amunicja kosztują. Po zdobyciu środków ruszył na poszukiwania. Sława klanu jako najemników była dość powszechna. Mandalorianin dowiedział się, że po wojnach klonów część klanu założyła osadę Arumorut na planecie Vlemoth przez irytację i zmęczenie konfliktami frakcyjnymi na Mandalorze. Udał się tam i szybko trafił do kantyny Sheb Niktose z nadzieją natrafienia na znajomą twarz, lub kogoś z wiedzą o jej posiadaczu. Roześmiał się oglądając szyld przedstawiający mandaloriański opancerzony but kopiący tyłek jakiegoś Nikto i zastanawiał się jaka jest geneza nazwy. Wchodząc przykuł wiele spojrzeń jako ktoś obcy, ale młody barman z uśmiechem zaproponował napitek za parę kredytów. Nazywał się Adiik i najwyraźniej również był członkiem klanu Awaud. Przy barze tuż obok przysypiał oparty o ladę mandaloriański weteran, którego młodzieniec przedstawił jako Teroch, ale ten ignorował nowo przybyłego Buir’Sola. Mimo to wydawało mu się, że weteranowi zdarzyło się parę razy zerknąć z zaciekawieniem, ale nie tyle na wojownika co na jego autorski karabin rozpryskowy.

Młody Adiik z zaciekawieniem słuchał co sprowadza mandalorianina w to miejsce, a kolejne opowieści po kolejnych kolejkach powodowały, że w pobliżu Buir’Sola pojawiało się coraz więcej słuchaczy z wilkiem lothalskim na pancerzu. Podpity mando był blisko żeby zacząć wchodzić w traumatyczne elementy swojej historii, gdy poczuł że ktoś z impetem położył mu dłoń na naramienniku. Odwrócił się i zobaczył czarnowłosą mandaloriankę, która dość stanowczo wskazała mu że ma pójść z nią poza kantynę.

Szybko ogarniając swój chwiejny krok, który tym razem nie był wynikiem starych obrażeń, a raczej szczodrego polewania Adiika wyraźnie zawiedzionego powrotem do rutyny obsługiwania tych samych klientów. Kobieta przedstawiła się jako Vera Beroya, obecna przywódczyni klanu Awaud. Jeden z jej towarzyszy doniósł jej o tajemniczym nieznajomym, który opowiada w kantynie o wspólnej walce z grupą, która przywodzi na myśl Nomad Ramikade, grupę członków klanu, którzy walczyli po stronie konfederacji i razem z ojcem Very, Namem Beroya, mieli po zakończeniu wojny udać się tu, ale kontakt z nimi został utracony jeszcze w trakcie jej trwania, a poszukiwania choć nieustanne nie przynosiły rezultatu. 

Ponowna strata

Buir’Sol nie dał po sobie poznać, że kolana miały się pod nim załamać gdy usłyszał o ponownej utracie bliskich osób. W oczach liderki klanu widział jednak coś w formie nadziei, a przynajmniej tak wyglądającej zawziętości. Wypytywała go kiedy ostatnio ich widział i w jakich okolicznościach. Porównała szybko informacje od niego i własne. Udało się zawęzić krąg poszukiwań. Podczas sprawdzania kilku potencjalnych planet odebrali słaby sygnał wezwania pomocy. To był statek Nomad Ramikade, na powierzchni planety Msst.

Buir’Sol, Vera i kilku doświadczonych mandalorian wylądowali możliwie blisko sygnału na skraju kryształowych bagien na niezamieszkałej części lądu. Buir’Sol sprawnie przedzierał się przez nowy teren przypominając sobie wcześniejsze wędrówki przez Cieniste Ziemie na Kashyyyk. Dotarli do punktu, z którego widać było statek i dość solidnie rozbudowane obozowisko przy jego burcie. Sama jednostka znajdowała się w bagnie głębiej niż przewidział to producent, ale tłumaczyły to wyraźne uszkodzenia ostrzałem na lewym silniku. Zza formacji kryształów blisko mandalorianina nagle odezwał się kobiecy głos z głośnika hełmu: “Znam Cię”. W źrodło głosu skierowane zostały wszystkie lufy, których było więcej niż użytkowników blasterów. Z cienia wyłoniła się mandalorianka, a z nią kilku kolejnych, widocznie pokiereszowanych i zaniedbanych, ale żywych. Kobieta mocno uścisnęła przedramię Buir’Sola i zderzyła się z nim lekko hełmami.

Po dłuższej chwili ciepłych powitań z obu stron rozpoczęły się wyjaśnienia, z których wynikało, że po odoskortowaniu Buir’Sola na Kalevale, ich statek miał się tu zatrzymać uzupełnić zapasy, ale został przechwycony przez wysuniętą grupę uderzeniową republiki. Udało im się zniszczyć kilka myśliwców i lekko uszkodzić krążownik, ale tarcze nie wytrzymały i szybko znaleźli się na torze kolizyjnym z planetą. Pilot, którego Buir’Sol znał z przechwalania się przy ognisku na temat swoich umiejętności latania zginął ratując jednostkę przez skierowanie na bagna, a swoją ofiarą uratował resztę załogi, która latami czekała aż ktoś trafi na sygnał z nadajnika krótkiego zasięgu starając się przeżyć. Wszyscy oddali honory poległemu i zabrali się do podróży na statek ratunkowy razem z odnalezionymi braćmi i siostrami. Ci z zaciekawieniem słuchali na temat przebiegu reszty wojny i aktualnej sytuacji klanu.

Na Vlemoth grupa została powitana radością mandalorian z ponownego zjednoczenia grupy z resztą klanu. Buir’Sol natomiast wciąż przepraszał liderkę Nomadów w fioletowym pancerzu, Oyalę, bo obwiniał się że zostali zaatakowani po odeskortowaniu go. W końcu dostał w twarz i został zrugany, że jak jeszcze raz przeprosi to zostanie nowym szyldem kantyny zamiast tyłka Nikto, którego geneza nadal go ciekawiła. Ciało pilota zostało wyciągnięte ze statku i wyprawiono mu mandaloriański pogrzeb, ale nawet tak smutna okoliczność nie była w stanie stłumić radości z powrotu do klanu.

Zjednoczenie nie mogło skończyć się inaczej niż przez kolejki na koszt Buir’Sola dla wszystkich i potężne ucztowanie w kantynie, która pękała od natłoku pijanych, radosnych wojowników. Vera podziękowała Buir’Solowi za dostarczenie informacji, które pozwoliły odnaleźć ich braci i siostry oraz wspólne poszukiwania. Zaczęła mówić o tym, że słyszała już o historii jego klanu i jeśli tylko chciałby to zawsze znajdzie swój yaim, w klanie Awaud. W wielkiej wdzięczności bez konieczności namysłu został członkiem klanu ku uciesze wszystkich zgromadzonych, a nawet aprobacie Terocha, który przełamał się żeby zapytać o ten karabin rozpryskowy i skazać się na godzinny wykład o technikaliach. 

Biesiadowanie trwało dalej do rana, ale już bez Buir’Sola i bez Oyale, ponieważ w pewnym momencie gdzieś zniknęli i nikt nie mógł ich znaleźć… aż do rana gdy na potężnym kacu powrócili do kantyny zjeść i siedzieli wyraźnie bliżej siebie niż jest to w zwyczaju.

Rebelia

Po tym jak galaktyczna wojna domowa rozkręciła się mocniej, klan Awaud sprzymierzył się z mieszkańcami planety Xorrn oraz z Sojuszem Rebeliantów, a co za tym idzie – trzeba było nakopać imperialnym. Buir’Sol z wilkiem lothalskim na naramienniku walczył w grupie Nomad Ramikade, którzy funkcjonowali jako oddział uderzeniowy polegający na szybkich abordażach i szturmach na flankach. Doświadczenie z czasów piractwa bardzo się przydawało, a gablota z trofeami na “Gniewie Umarłych”, będącym nowym statkiem grupy została zasilona przez sporo trofeów z różnych imperialnych dystynkcji, ale też zwierzyny i bestii, na które Buir’Sol, teraz wspólnie z ukochaną, polowali przy okazji na planetach odwiedzanych poruszając się po teatrze wojennym.

Spotkanie po latach

Podczas jednej z akcji grupa mandalorian miała przechwycić transport imperialny, zabezpieczyć ładunek i wrócić z nim do bazy. Abordaż był wręcz rutynowy. Buir’Sol po wyważeniu grodzi ładunkiem zasłonił salwę imperialnych tarczą szturmową i wszedł szybko na pokład wprowadzając za sobą grupę celnie strzelających braci i sióstr. Do kokpitu pilotów wrzucił detonator hukowy skutecznie ogłuszając pilotów, a chwilę później eliminując ich rzutem dwoma bliźniaczymi nożami, ewidencji popisując się przed dziewczyną. Ta pokręciła głową, ale zaśmiała się przez komunikator. Ładunkiem okazali się niewolnicy Wookie, którzy nie byli zbyt zadowoleni na widok mandalorian, ale szybko zrozumieli że są ratowani i bezpieczni, a nie że staną się materiałem na trofea w jakich gustował niesławny Boba Fett, a jakie mimo kontrowersji marzyły się Buir’Solowi. W końcu wojownicy Wookie to zdecydowanie godni przeciwnicy, po których trofeum przynosiłoby dumę.

Przeprowadzając Wookiech do kapsuł, które łatwiej było transportować przyczepione do kadłuba Gniewu, Buir’Sol zobaczył jednego znajomego osobnika.

“Tarrfulor!” – zawołał, co zwróciło uwagę wielkiego, nawet jak na Wookiego, włochacza. Wookie którego spotkał poszukując godnej śmierci pamiętał go i powiedział:

– “Mój dom nie jest wyzwolony, ale ja jestem i mogę o niego walczyć. Dziękuję.” – Buir’Sol specjalnie dla niego douczył się shyriiwook

– “To lepiej wyzwalaj go szybko, bo wisisz mi pojedynek” – odparł Buir’Sol

Wookie zaryczał z nadzieją i wszedł do kapsuły, która już bez problemów dotarła do placówki polowej Rebelii przyczepiona do kadłuba Gniewu.

Nowa rodzina

Buir’Sol i Oyale wzięli mandaloriański ślub na pokładzie “Gniewu Umarłych” po jednym z udanych abordaży na imperialny transport broni. Dziewczyna była 15 lat młodsza od wojownika i w świetnym wieku do rodzenia dzieci, więc mandalorianin nie posiadał się z radości gdy chwilę po ślubie wyznała mu że jest w ciąży. 1 rok przed bitwą o Yavin Buir’Sol wrócił z żoną do siedziby klanu.

Wojna toczyła się dalej, ale musiał a pierwszej kolejności zadbać o bezpieczeństwo brzemiennej ukochanej. Marzył o tym, żeby doczekać dziecka, wychować je na wojownika. Na mandalorianina lepszego niż on.

Zostawił żonę pod opieką klanu. Rozumiała, że nie może walczyć nosząc dziecko więc nie kłóciła się. Buir’Sol powrócił na front z nową, mandaloriańską załogą Gniewu, żeby walczyć o dobry byt dla swojej rodziny.

Życie rodzinne podczas galaktycznej wojny domowej

Mandalorianin regularnie powracał do żony i raczył ją opowieściami z frontu pomiędzy dopytywaniem o jej samopoczucie i zdrowie dziecka. Walki po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci nie zmieniły się za bardzo mimo rozbudowy sił Sojuszu. Wojownik zaczynał jednak czuć, że najlepsze lata ma już za sobą, a jego ciało nadgryzane przez czas, rany i kontuzje przestaje nadążać za stylem walki Buir’Sola. Powrócił do siedziby klanu by zregenerować się i solidnie dogoić najnowsze rany.

Gdy wylądował tym razem na lądowisku nie czekała na niego ciężarna żona. Zmartwił się i udał szybko do domu dręczony myślami co mogło się stać. Wbiegł do domu i zastał żonę karmiącą malutkie dziecko. Przytulił do siebie żonę i syna obiecując, że jego potomek będzie dumą klanu.

Era Nowej Republiki 5 BBY – ?

Trening potomka

Sol’Ad, bo tak nazywał się syn Buir’Sola, szybko stał się ulubieńcem mandalorian, którzy przesiadywali w kantynie zabawiając go ku wytchnieniu Oyale. Buir’Sol nadal walczył na froncie. Wojna dość szybko dobiegła jednak końca, a w 4 roku po bitwie o Yavin zniszczenie drugiej Gwiazdy Śmierci nad Endorem rozbiło imperium. Mandalorianie powrócili do siedziby klanu dzieląc między sobą imperialne łupy. Buir’Sol, który podróżował i walczył od osiągnięcia dorosłości czuł się nieswojo osiadając gdzieś na dłużej niż parę dni, nawet przy rodzinie. Nie mógł doczekać się aż jego syn będzie wystarczająco dojrzały by rozpocząć trening na wojownika. Cieszył się oglądając jak dziecko zdrowo rośnie i sprawia wiele dumy matce. Miał wrażenie, jakby czasem czuł obecność swoich martwych rodziców, ale to pewnie tylko przez powracające wspomnienia z jego własnego dzieciństwa. Był jednak pewny, że gdyby to widzieli, byliby dumni.

Sol’Ad był zdrowym i silnym dzieckiem i jego rodzice rozpoczęli jego trening gdy miał 6 lat. Buir’Sol na przemian z żoną trenowali syna i wykonywali różne zlecenia jako najemnicy. Sprzęt nie był tani, a chcieli zapewnić młodemu najlepszy jaki mogli.

Ząb czasu i ząb bestii

Oyale wciąż w kwiecie wieku zdobywałą coraz większą sławę i umacniała swoją pozycję w klanie, ale Buir’Sol coraz częściej narażał się na szwank przez utratę sprawności. Wiele ran i kontuzji odcisnęło piętno na organizmie, a starość doganiała go. Korzystając ze stymulantów bojowych nadal był siłą, z którą trzeba było liczyć się na polu walki, ale podczas polowania w tundrach planety polegał na sobie samym. Tropił narglatcha, dużego osobnika, ale ten zaskoczył wojownika, który rozproszył się przez natarczywe bóle w kontuzjowanych kończynach. Drapieżnik przy pierwszym naskoku odgryzł Buir’Solowi lewą rękę poniżej łokcia. Wojownik prawie sparaliżowany potwornym bólem przetoczył się po zboczu, ale zdołał dobyć blaster i niezbyt stylowo wielokrotnie postrzelił zwierzę, które padło podziurawione energetycznymi wiązkami, a te nie zostawiły zbyt dużo materiału na solidne trofeum poza kłami i pazurami. Po zatamowaniu krwotoku z kikuta, Buir’Sol pozyskał ich kilka, a następnie vibronożem rozciął narglatcha i wydobył cenny karwasz, ale porzucił odgryzioną rękę. Powrócił na statek i wrócił nim do osady. Wstydził się pokazywać z utraconą kończyną, a raczej bez niej, ale żona widząc go zrugała wojownika za nieostrożność i wskazała na przestraszonego syna wytykając Buir’Solowi że raczej nie chciałby żeby Sol’Ad stracił ojca tak szybko i to przez polowanie. Wojownik był wściekły, że ukochana zrobiła mu publiczny wywód na oczach klanu i dziecka, ale wiedział, że miała rację i niepotrzebnie narażał się przeceniając własną sprawność. “Ori’buyce, kih’kovid”, pomyślał sam o sobie. Przysłowie “duży hełm, mała głowa” dobrze określało jego życie dawną chwałą za którą nie nadążało jego ciało. W utraconej kończynie dostrzegł jednak szansę i zniknął w warsztacie na kilka dni. 

Wykorzystując części protez mechanicznych oraz pistoletów blasterowych i karwaszy stworzył protezę mieszczącą taką siłę ognia jak niewielki oddział piechoty. Dumny ze swojej kreacji od razu zaczął wypróbowywać ją na strzelnicy trafiając coraz sprawniej w cele używając podwójnego działka blasterowego na wierzchu, mikro rakiet i miotacza małych pocisków kinetycznych na wzór karabinu rozpryskowego. Miał już ruszać na tor treningowy żeby testować miotacz płomieni, vibroostrze, miotacz linki i możliwość miażdżenia samą siłą uścisku durastalowej dłoni, ale na jego drodze stanęły zaniepokojone Oyale oraz sama Vera Beroya.

Nie ukrywały, że konstrukcja wojownika imponuje im, ale wytłumaczyły mu, że jak coś odgryzie mu głowę to jej sobie sam nie zastąpi, a jest potrzebny zarówno swojej rodzinie jak i klanowi. Vera stwierdziła jasno, że Buir’Sol jest weteranem i mało kto zasługuje na to miano tak jak on. Jeśli chce się przysłużyć klanowi Awaud i własnej rodzinie, to w czasie gdy nie ma żadnej większej wojny, najbardziej chwalebną rzeczą jaką może zrobić jest szkolenie rekrutów, dzieci i znajd, ale też dbanie o doświadczonych wojowników, którzy mogą nauczyć się czegoś od weterana dwóch wielkich wojen galaktycznych, byłego kapitana piratów i łowcę z jedną z najbardziej okazałych kolekcji trofeów. Wspomnienie o trofeach przypomniało mu o niedokończonej sprawie, a mianowicie o nieodbytym pojedynku z pewnym wojownikiem Wookie. Spojrzał na swoją zmartwioną żonę i syna sparingującego się z koleżanką. Przystał na propozycję liderki, ale zastrzegł że w razie zagrożenia nie godzi się na nieobecność na froncie. Vera z uśmiechem zrozumienia uścisnęła organiczne przedramię wojownika.

Specjalista do spraw eliminacji celów miękkich i twardych

Kolejne zastępy wojowników przechodziły szkolenie Buir’Sola i przygotowani na prawie wszystko ruszali ku galaktyce. Dzieci trenowały pod jego okiem, które było szczególnie surowe dla własnego syna, przez co niejednokrotnie kłócili się i Oyale musiała godzić ojca z synem. Robił to jednak z troski, wiedząc, że jeśli nie będzie surowy dla Sol’Ada teraz to naraża go na niebezpieczeństwo w przyszłości. Dobrze pamiętał jak nadmierna pewność siebie może być zgubna. Za każdym razem gdy o tym myślał ściskał wiszący u pasa kieł Katarna i spoglądał na metalową protezę z osmoleniami wokół luf i dysz miotaczy.

Relatywnie spokojna starość

Buir’Sol stał się bardzo szanowanym członkiem klanu Awaud, posiadał piękna wojowniczą żonę, utalentowanego syna na dobrej drodze aby podejśc do Verd’goten, a kredytów zawsze starczyło mu na trunki w kantynie, której genezy szyldu nadal nie poznał. Siedział przy barze czekając aż Oyale wróci ze zlecenia, a syn z treningu z przyjaciółmi. Rozmawiał z dużo dojrzalszym już Adiikiem tak jak niegdyś poległy już weteran Teroch. Do kantyny wszedł ktoś kto najwyraźniej zwrócił uwagę większości osób, więc i Buir’Sol odwrócił się by sprawdzić źródło poruszenia. W drzwiach stał rosły, posiwiały Wookie ze znajomym pancerzem plemiennym. Zaryczał patrząc na mandalorianina:
– Słyszałem że można tu znaleźć pruchniejącego Mando z czarno-czerwonym pancerzem, wilkiem na naramienniku i opaską na oku, ale robotyczna ręka trochę zbiła mnie z tropu.
– Tarrfulor.. – zaczął Buir’Sol – wybacz, że ociągam się z odebraniem umówionego pojedynku, ale rodzina mnie potrzebowała, a to najważniejsze.

– Cieszę się, że do tego doszedłeś. To może jednak przyjacielski pojedynek? Nie na śmierć i życie? – zaryczał z nadzieją Wookie – Moja rodzina też mnie potrzebuje, ale honor nie pozwala porzucić naszej obietnicy.

Mandalorianin uśmiechnął się kiwając głową.

– Chodź szybko, zanim żona wróci i zabije nas obu. Ale jak wygram biorę trochę futra!

– O ile wygrasz, blaszaku – odpowiedział Wookie wychodząc z Buir’Solem z kantyny odsłaniając dla jej gości zachodzące słońce Vlemoth.